W niewielkiej, niemodnej już herbaciarni, usytuowanej przy bocznej ulicy, tam gdzie chodniki są węższe i trochę nierówne, czas jakby się zatrzymał. W lokalu panują stare zasady etykiety, nie wolno korzystać z telefonów, mówić zbyt głośno ani zamawiać na wynos.
Yuki otwiera herbaciarnię codziennie o tej samej porze. Celebruje podawanie herbaty gościom, którym nie przeszkadza, że krzesła nie pasują do siebie, a filiżanki nie są od kompletu.
Pewnego dnia do lokalu trafia Ewa, młoda, skłócona ze światem kobieta. Herbaciany rytuał, rozmowy z Yuki i spotkania z innymi klientami powoli uczą ją innego spojrzenia na życie - bardziej uważnego, czułego i nieoczywistego. Następnego dnia pojawia się kolejna osoba z kłopotami i swoją opowieścią. Te historie łączą się ze sobą, nawet jeśli ich główni bohaterowie nie mają o tym pojęcia.
Yuki serwuje przybyszom różne gatunki herbaty, które - zgodnie z filozofią chado - mają inne znaczenia. Herbata może być cierpka jak początek żałoby, słodka jak pojednanie, gorzka jak prawda. Powoli, bez fajerwerków, ale z ogromną delikatnością rozwija się historia uzdrawiania poprzez ciszę, obecność i przyjęcie tego, co nieidealne. Najważniejsze bowiem to usiąść do stołu z samym sobą.

Do przeczytania książki Nataszy Sochy Tańczące filiżanki zaprasza Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Tańczące filiżanki. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Rozdział 2
Za dużo rzeczy, za mało przestrzeni
O Yuki można by długo mówić i pisać. Ale to dobrze, bo to właściwie historia o niej, nawet jeśli przez większość czasu stoi za ladą swojej herbaciarni. To opowieść o kobiecie, która chciała tu tylko pracować, ale przy okazji odkryła, jak bardzo myśli potrafią człowieka uwięzić.
Najpierw trzeba jednak poznać tło tej historii.
Yuki lubiła prostotę. Lubiła, kiedy w domu było mało rzeczy. Kiedy widać było ściany. Kiedy podłoga nie była zastawiona. Kiedy na blacie stało tylko to, co konieczne.
W jej mieszkaniu było miejsce na oddech. Na to, żeby myśl mogła dojść do końca i nie zahaczać po drodze o niepotrzebne przedmioty. Yuki uważała, że człowiek potrzebuje przestrzeni tak samo jak światła. Że bez niej zaczyna się kurczyć w środku.
Kiedy wprowadziła się do Jana, od razu poczuła, że jest jej za ciasno. W jego domu było dużo przedmiotów. Za dużo łyżek w szufladach i szklanek w szafkach. Za dużo misek, talerzy i kubków. Wszystko było „na wszelki wypadek”. Na gości, którzy nie przychodzili. Na okazje, które się nie zdarzały. Na potem, cokolwiek to oznaczało.
Yuki otwierała szufladę i widziała metal, który nie był jej potrzebny. Otwierała kolejną i widziała szkło, które tylko zajmowało miejsce. Miała wrażenie, że te rzeczy nie są martwe. Że kiedy jest ich za dużo, zaczynają żyć własnym życiem. Co gorsza – zaczynają wymagać i pragną ciągłej uwagi.
Zajmują czas, ręce, a najczęściej głowę.
Myślała wtedy, że przedmioty potrafią zabrać człowiekowi również duszę. Nie od razu, raczej powoli. Najpierw przez to, że trzeba o nich myśleć. Czasem umyć, wysuszyć, odłożyć na miejsce. Potem przez to, że trzeba o nich pamiętać. A na końcu przez to, że człowiek zaczyna się poruszać ostrożnie, żeby czegoś nie strącić, nie zniszczyć, nie naruszyć porządku, który tak naprawdę tylko go krępuje.
Yuki wierzyła, że do dobrego i zdrowego myślenia potrzebna jest przestrzeń. Pusta półka. Wolny stół. Miejsce, na które można spojrzeć i poczuć, że nic nie przykuwa uwagi, nic nie osacza. Że można usiąść i po prostu być.
U Jana początkowo nie potrafiła tego znaleźć. Próbowała. Przesuwała rzeczy. Układała je równo. Chowała część z nich na dno szafek, jakby chciała je tam uciszyć. Ale one i tak były i ciągle o sobie przypominały. Z jakiegoś powodu wysuwały się na wierzch, wołając: „Hej, pamiętasz o nas?”.
Yuki uważała, że dom powinien być jak lekki oddech, swobodne nabranie powietrza w płuca.
Lampa pojawiła się w ich życiu bez zapowiedzi. Jan przyniósł ją pewnego dnia, zadowolony z samego faktu znalezienia czegoś, co nie było zaplanowane. Postawił ją przy ścianie, jeszcze w kartonie, jakby chciał dać jej czas, żeby się zadomowiła. Yuki spojrzała na nią tylko raz i cicho westchnęła.
Lampa była ciężka. Szkło miało kolor przydymionego miodu, a stelaż zrobiono z ciemnego drewna. Najpierw stała w salonie. Potem w sypialni. Potem w przedpokoju, bo nigdzie tak do końca nie pasowała. Jan mówił, że to przejściowe. Że zaraz coś wymyślą. Ale dni mijały jeden za drugim, a lampa jakoś nigdzie nie chciała się zadomowić. Jakby sprawdzała, ile miejsca mogą jej oddać.
Pierwszy raz Jan potknął się o nią trochę przypadkiem. Po prostu nie patrzył pod nogi. Zaklął pod nosem, roztarł obolałe kolano. W sumie nic się nie stało. Potem był już bardziej uważny, a mimo to zahaczył stopą o kabel. Tym razem trochę się wkurzył. Mruknął coś o bezsensownych rzeczach, wspomniał też o braku miejsca. Yuki nic nie odpowiedziała. Przesunęła tylko lampę bliżej ściany, choć wiedziała, że to niczego nie zmieni.
Za trzecim razem Jan podniósł głos. Stał i krzyczał na lampę, jakby była kimś, kto go zawiódł. Yuki patrzyła na jego plecy i pomyślała, że złość rzadko rodzi się z wielkich spraw. Częściej z drobiazgów, które nie chcą ustąpić.
– Widzisz – powiedziała wtedy spokojnie. – Tej złości można było uniknąć.
Spojrzał na nią zdziwiony. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie znalazł słów. Poszedł do kuchni i odgrzał sobie wczorajszą zupę.
Lampa została.
Kilka dni później Jan niechcący zahaczył o nogę stołu i próbując ratować się przed upadkiem, chwycił się lampy, przewracając ją na podłogę. Szkło pękło bez ostrzeżenia. Dźwięk był krótki, ale dosadny. Jak coś, co kończy się nagle. Jan stał bez ruchu, patrząc na rozsypane odłamki. Było mu smutno. Nie z powodu lampy samej w sobie, lecz dlatego, że coś się zepsuło i trzeba będzie sprzątać. I że coś, co miało „się przydać” i być ładną ozdobą ich domu, właśnie zniknęło.
Yuki uklękła i zaczęła zbierać szkło. Każdy kawałek był inny, jakby niepasujący do reszty. Pomyślała, że tak właśnie jest z przedmiotami. Pojawiają się całe, a odchodzą w częściach, zostawiając po sobie obowiązek i poczucie straty.
Jan długo siedział na krześle. W końcu powiedział cicho, że szkoda. Yuki skinęła głową. Tak, szkoda. Ale bardziej szkoda było tych wszystkich chwil, które lampa zabrała po drodze. Tych drobnych napięć. Złości i przekleństw pod nosem. A także ostrożnych ruchów i uważania, żeby o nic nie zawadzić.
Od tamtego dnia częściej myślała o tym, jak łatwo człowiek daje sobie wmówić, że coś musi mieć. Jak łatwo gromadzi na zapas rzeczy, których nie potrzebuje. Przedmioty nic nie mówią, ale czekają. Aż ktoś się do nich przywiąże. Aż zacznie się wokół nich poruszać ostrożniej niż wokół siebie nawzajem.
Yuki już wtedy wiedziała, że spokój nie przychodzi z posiadania. Przychodzi z ubywania i robienia miejsca. Z odważnego pozbywania się tego, co jedynie stoi i zabiera przestrzeń. To przekładało się nie tylko na przedmioty, ale również na nadmiar niedobrych myśli.
To było jakieś cztery lata temu, na wiosnę. Szli wtedy bez celu, trzymając się za ręce, ciesząc się pierwszym tego roku naprawdę pięknym dniem i wdychając zapach słońca. Nagle Jan zatrzymał się przed sklepem meblowym.
– Zobacz – powiedział. – Ten stół jest całkiem fajny. Yuki spojrzała.
– Mamy stół.
– No tak, ale ten jest… inny.
– W jakim sensie?
Jan zmrużył oczy, jakby próbował znaleźć właściwe słowo.
– Bardziej nowoczesny? Yuki się uśmiechnęła.
– A nasz jest przestarzały? Jan się zawahał.
– Może i nie, ale ten jest ładny. Yuki skinęła głową.
– Ja lubię nasz.
– A te krzesła? – Jan wskazał reką. – Wydają się lekkie.
– A nasze są ciężkie?
– Nie.
– To może ktoś ostatnio z nich spadł? Jan parsknął.
– Nie przypominam sobie.
– To po co nam nowe? Jan wzruszył ramionami.
– Bo… są inne.
Yuki spojrzała na niego z rozbawieniem.
– Czyli chcesz zmienić coś, co działa, na coś, co po prostu wygląda inaczej.
– Kiedy tak o tym mówisz, brzmi trochę głupio – przyznał. – To może chociaż kupimy nowe szklanki? – Zerknął na nią pytająco.
– A ile mamy szklanek w domu?
– Dużo.
– Ile z nich jest pękniętych?
– Żadna.
– Hmmm, a ile z nich nie nadaje się do picia wody? Jan się zamyślił.
– Wszystkie się nadają.
– To dlaczego potrzebujemy nowych? Jan się roześmiał.
– Czyli co, wracamy do domu bez stołu, krzeseł i szklanek? Yuki skinęła głową, a Jan zaprosił ją na lody z polewą czekoladową.
Książkę Tańczące filiżanki kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
