W wigilijną noc Tomasz Fonda stoi na moście, przekonany, że jego historia dobiegła końca. Stracił wszystko, co kochał, a w jego sercu pozostała jedynie pustka. Przed oczami niczym kadry z filmu przewijają mu się wspomnienia o ukochanych osobach, które w okrutny sposób odebrał mu los. Właśnie wtedy decyduje się skoczyć.
Tyle że zamiast utonąć w lodowatej wodzie, nabiera powietrza w miejscu, które nie powinno istnieć. Tom rozpoczyna wędrówkę po Mer-Avelli, poznaje historię tej spustoszonej wojną krainy i wspina się na kolejne poziomy wznoszącej się w jej sercu Kryształowej Wieży, by przejść przez szereg prób. Od tego, co podczas nich zrobi, zależy, czy zbliży się do światła... czy pozwoli się całkowicie pochłonąć ciemności.

Kryształowa Wieża Łukasza Pipera to poruszająca i pełna metafor opowieść o upadku i odrodzeniu, o bólu rozrywającym serce, oraz o odwadze zrodzonej w beznadziei. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Kryształowa Wieża:
W byciu tatą Tom najbardziej kochał te chwile wieczorem, kiedy czytał Frankowi na dobranoc te same opowieści, które czytała mu jego mama. Często po takim wspólnym przeżywaniu rozmaitych przygód wraz z bohaterami opowiedzianych historii, gdy Tomek zamykał książkę, zaczynał się wyjątkowy moment. Wtedy Franek zadawał ważne pytania. Noc to uprzywilejowany czas na głębokie rozmowy i otwarcie serca przed kochającą i bliską osobą. To właśnie wtedy Franek pytał o sens, o to, skąd się wzięliśmy i po co w ogóle żyjemy…
– Tato, kochasz mnie?
– Franek, no pewnie, że cię kocham. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie.
– A mamę też kochasz?
– Oczywiście, to dlatego, że kocham mamę, ty przyszedłeś na świat. Jesteś owocem naszej miłości.
– Tato, zawsze będziesz przy mnie? Nawet jak będę już duży?
– Chcę zawsze być przy tobie i mamie. Jesteście sensem mojego życia. Cokolwiek się wydarzy, ja zawszę będę przy was.
– Tato, dlaczego ludzie umierają? Boję się śmierci.
– Franek! Nie myśl o śmierci. Przed tobą wiele lat wspaniałego życia. Teraz idź spać, bo jutro długi dzień przed nami. Jak będziemy na boisku, to nauczę cię strzelać z lewej nogi.
– Tato… lubię z tobą grać. Dobranoc.
– Ja też lubię z tobą spędzać czas, mały. Dobrej nocy i niech ci się przyśni piękna kraina z naszej książki.
Życie to ból.
Te szczęśliwe sceny z życia, które przetaczały się przez głowę Tomasza, spowodowały jeszcze większe rozdarcie i przeszywający ból. Zaraz po pięknych, rodzinnych obrazkach nadciągnęły wspomnienia, które wydawały się snem na jawie, koszmarem, z którego każdy chciałby się jak najszybciej obudzić. Retrospekcja, która dokonywała się w głowie Toma, dotyczyła wydarzenia, które miało miejsce kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Tomek podjął decyzję, że tamtego dnia pozostanie dłużej na uczelni, aby podgonić wszystkie swoje zaległości. Cały uniwersytet opustoszał, a mimo to pozostał jeszcze jeden samotny adiunkt, który chciał się uwinąć ze sprawdzeniem prac swoich studentów. W ten sposób chciał uwolnić czas świąt od niepotrzebnych obowiązków, aby spokojnie go przeżyć w gronie rodziny i przyjaciół. Gdy w końcu Tomasz postanowił wyjść z pracy, na zewnątrz gęsto prószył śnieg, co wprawiło go w dobre samopoczucie. Lecz ten stan miał się wkrótce drastycznie zmienić…
Głęboko w pamięci Toma zapadła droga powrotna do domu. Niestety, czasem to, co akurat chcielibyśmy zapomnieć, wdziera się z całym impetem w najdalsze rejony pamięci i niepostrzeżenie powraca, nawiedzając znękanych biedaków nawet we śnie. Mimo narastających trudności pogodowych Tomek jechał naprzód, by jak najszybciej dotrzeć do domu i w końcu odpocząć po długim dniu pracy w towarzystwie swojej rodziny. Gdy przejeżdżał przez jedno z trzech dużych skrzyżowań, które miał do pokonania na trasie praca – dom, minął stojący na poboczu zastęp strażaków, karetkę pogotowia i trzy radiowozy policji. Pomyślał, że jakiś nieszczęśnik miał ogromnego pecha i podczas kraksy musiało go z wielką siłą wyrzucić z drogi. Kiedy już prawie minął całe zbiorowisko, dostrzegł kątem oka zielony kolor karoserii samochodu znajdującego się w rowie. Nagle, niczym prąd, przeszyła go myśl, że ów charakterystyczny kolor ma również samochód Matyldy. Ogarnął go lęk. Tomasz zatrzymał się na poboczu i wrócił do miejsca, w którym stały służby ratunkowe. Teraz z bliska dostrzegł samochód i miał już pewność, że należał do jego żony. Policja, stojąca dla zapewnienia porządku, nie chciała przepuścić spanikowanego mężczyzny.
– Przepuśćcie mnie, to samochód mojej żony! – krzyczał Tomasz, nie ukrywając skrajnych emocji.
– Pan Tomasz Fonda? – zapytała policjantka, która podeszła do roztrzęsionego mężczyzny.
– Tak! To ja! Co się stało?! Co z moją żoną?!
– Panie Tomaszu, bardzo mi przykro. Pana żona miała wypadek, jechała z synem…
– Z Frankiem?! Ale dlaczego?! Przecież mieli siedzieć w domu! Co się stało?! Co z moim synem?! – wrzeszczał mężczyzna.
– Nie wiem, jak panu to powiedzieć… Pana żona prawdopodobnie chciała jeszcze dzisiejszego wieczoru zrobić zakupy w pobliskim supermarkecie. Gdy przejeżdżała przez skrzyżowanie, wjechała w nią ciężarówka. Z nieznanych jeszcze powodów kierowca tira stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w samochód, którym jechała pana żona. To trudne, co teraz powiem, ale… – Kobieta zawahała się przez ułamek sekundy i ciągnęła dalej: – Pana syn został wyciągnięty z wraku pojazdu jako pierwszy, jednak obrażenia były na tyle poważne, że chłopiec zmarł w drodze do szpitala.
– Nie! To nie może być prawda! Tylko nie mój synek! Tylko nie mój mały synek! – Zaczął szlochać Tom, nie potrafiąc zapanować nad sobą.
– Panie Tomaszu, bardzo mi przykro… – próbowała pocieszać kobieta.
– A co z moją żoną? Co się stało z Matyldą?! – dopytywał zdruzgotany mężczyzna.
– Pana żona znajduje się jeszcze we wraku pojazdu, część karoserii niefortunnie wbiła się w jej brzuch. Nie jesteśmy w stanie jej pomóc… Ona umiera, ale jest jeszcze przytomna… Może pan tam pójść i pożegnać się z żoną… – wykrztusiła z siebie policjantka.
Tomek, jak w jakimś amoku, przeszedł koło zgromadzonych tam policjantów, strażaków i ratowników medycznych. Uklęknął i zbliżył się do okna po stronie kierowcy. Wtedy zobaczył miłość swojego życia. Jego wzrok powędrował na kawałek metalu wbity w ciało jego żony. Matylda miała otwarte oczy, ale cała dygotała. Gdy tylko Tomasz wsadził głowę przez okno, ona spojrzała na niego z przerażeniem w oczach, jakiego nie da się opisać żadnymi słowami. Wzrok, którego po prostu się nie zapomina.
– Kochanie… – wykrztusił z siebie mężczyzna.
– Tom… przepraszam, tak bardzo cię przepraszam, chciałam tylko zrobić zakupy… – wymamrotała kobieta, z ledwością łapiąc oddech.
– Matylda, kochanie, wiem… spokojnie, nie martw się… – wyjąkał Tomasz, a łzy ponownie napłynęły mu do oczu.
– Gdzie Franek?! Co z Frankiem?! – pytała nerwowo.
– Franka zabrała karetka, nie myśl o tym teraz… – wypowiedział ostatkiem sił, z ledwością utrzymując nerwy na wodzy. Stwierdził, że nie może jej w tym momencie powiedzieć całej prawdy.
– Tom, tak mi przykro… – wyznała kobieta, z trudem nabierając powietrza.
– Matylda, nie zostawiaj mnie… Tak bardzo cię kocham… – Mężczyzna, płacząc, ściskał dłoń swojej żony.
Matylda spojrzała jeszcze raz na Tomka, a w jej oczach nagle pojawił się spokój, tak jakby przestała już walczyć i pogodziła się z całą sytuacją.
– Tom… idź naprzód… wieża… wejdź do niej… – Wypowiadając ostatnie, nie do końca zrozumiałe dla jej męża słowa, Matylda oddała ostatni oddech i zmarła.
Ciemność. Cierpienie. Rozpacz. Tak można opisać stan duszy Tomasza po wypadku, w którym stracił żonę i synka. Dwie osoby, które kochał najbardziej na świecie. Tomek, izolując się od wszystkich, siedział samotnie w swoim domu i wielokrotnie wracał pamięcią do ostatnich słów Matyldy. Mimo że analizował je godzinami, nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia, uznając, że przed śmiercią jego żona nie była już świadoma tego, co mówi. Te słowa nie miały większego sensu, jak zresztą całe jego obecne życie. Sens umarł wraz z Frankiem i Matyldą.
Tom stał nad mroczną taflą wody. Pomyślał jeszcze raz…
Życie to ból… nie chcę dłużej cierpieć.
Skoczył.
* * *
Zetknięcie z lodowatą wodą i spadanie coraz niżej w czarną głębię wydawały się czymś surrealistycznym. Tomek pozostał całkowicie świadomy, a jednak nie miał kontroli nad swoim ciałem. Czuł, jak prąd rzeki zaczyna nim szarpać, na przemian to w górę, to w dół. Nie mógł otworzyć oczu ani poruszać rękami i nogami. Był jak papierowy stateczek puszczony na rzekę, targany przez siłę żywiołu.
Tom nadal płynął z nurtem rzeki, gdy niespodziewanie odczuł wokół siebie dziwne ciepło, które po chwili zaczęło rozchodzić się po całym jego ciele. Od momentu wypadku po raz pierwszy poczuł ulgę, jakby ktoś zdjął z jego pleców ogromny ciężar. Było to jak wrażenie wędrowca, który w pochmurny dzień błądzi po ciemnej puszczy, gdy nagle przez gęstą koronę drzew przebijają się pierwsze nieśmiałe promienie słońca. Przypominało otwarcie drzwi w ciemnym pomieszczeniu – nie tylko tych zamkniętych, ale i takich, o których nikt nie wiedział, że w ogóle istnieją.
W sercu Toma pojawiło się uczucie tak dawne, że sam nie potrafił go rozpoznać i nazwać po imieniu. Przez jego głowę przemknęła myśl, że właśnie tak wygląda śmierć – koniec wszystkiego i zwieńczenie ludzkiej egzystencji, ostatnie podrygi ludzkiego umysłu, procesy chemiczne, które towarzyszą obumieraniu mózgu. Pomyślał, może nieco naiwnie, że umieranie jest nawet całkiem przyjemne.
Tomek spodziewał się, że jego stan był przejściowy, a to, co miało go spotkać później, to nicość – ogromna, bezkresna i ciemna pustka. Jedno wielkie nic. Lwia część życia wypełniona bólem po stracie odcisnęła swoje piętno i doprowadziła tego mężczyznę do stanu, który można nazwać niewiarą. Tomasz nie ufał jakimkolwiek opowiastkom o sile wyższej, o poruszycielu, który jako primus motor popchnął ten świat do istnienia.
To ciekawe, że kryzys wynikający z cierpienia dla jednych może być szansą na rozwój i zmianę, a dla innych może stać się niebezpieczeństwem zamknięcia i osamotnienia. Tom uważał ludzką egzystencję za zbiór przypadkowych zdarzeń. Albo ktoś miał łut szczęścia i prowadził w miarę spokojne, choć nudne życie, albo należał do drugiej grupy – owych nieszczęśników, których spotkało coś niespodziewanego, ale za co musieli zapłacić wysoką cenę.
Tomasz czuł się lekki jak ptak. Spodziewał się, że zaraz straci świadomość i na zawsze przestanie istnieć. Jednak, mimo zamkniętych oczu, miał wrażenie, że zbliża się do tajemniczego światła. Nagle wszystko zaczęło wirować i poczuł mocne przyciąganie, zaczął płynąć coraz szybciej, aż w końcu w coś uderzył.
Po chwili zdał sobie sprawę, że leży na czymś miękkim, i usłyszał dobrze znany odgłos, który przywodził na myśl wakacje spędzane z rodziną.
Był to szum morza.
Książkę Kryształowa Wieża kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
