Piach. Strach. Ciemność. "Kartoteka Pitera P."

Data: 2021-04-26 10:58:52 Autor: Piotr Piekarski

Każdy ma swoje sekrety. Gdy spokojnym miasteczkiem wstrząsa zbrodnia, na jaw wychodzą od dawna skrywane winy…

Obrazek w treści

Paweł lubi nocne wędrówki. Jego świat to Aureolia – podwarszawska miejscowość, nad którą góruje nigdy nieukończony betonowy kościół z Chrystusem z Rur na fasadzie. W sklepie całodobowym u Blondyny wartę pełnią jej wierni klienci, a natchnione kazania wygłasza ksiądz-jąkała. Gdy Piter, kumpel Pawła, zostaje znaleziony martwy w kałuży krwi, leniwe życie mieszkańców Aureolii nagle nabiera rozpędu. Czy brutalne morderstwo ma związek z kartoteką pozostawioną na miejscu zbrodni?

Przesiąknięta dymem tanich papierosów historia kryminalna przenosi nas tam, gdzie grzech i świętość, zbrodnia i miłość spotykają się w budce z piwem. Śledztwo, które prowadzi na własną rękę Paweł, pozwala mu odkryć prawdę nie tylko o zabójcy, ale przede wszystkim o samym sobie.

Do lektury książki Jacka Wiśnickiego Kartoteka Pitera P. zaprasza Wydawnictwo Lira. Tymczasem już dziś przeczytać możecie premierowy fragment powieści: 

Nie wiem, jak opisać wam tę kleistą ciemność. Otulała mnie tak ciasno, że nie mogłem oddychać. Nawet nie próbowałem zaczerpnąć powietrza, akceptowałem jej prawo. Prawo, by dusić. Wżerała się w skórę, przez co traciłem kontury, rozlewałem się wokół jak kleks z tuszu albo jak krew na posadzce kościoła. Nie wiedziałem, gdzie zaczyna się moja dłoń, nie umiałbym policzyć palców. Ręce sięgały daleko w przeszłość, ku dzieciństwu, nogi płynęły falami Wisły między przęsłami mostów.

Wzrok nie mógł wydostać się z czaszki, choć wydawało mi się, że otworzyłem oczy. Wytrzeszczałem je spazmatycznie, próbując złapać światło. Jakby to miało mnie ocalić. A może po prostu spały za powiekami. Może to była tylko chwila, a może dryfowałem w tej czarnej wodzie przez wieczność.

Nagle czas ruszył. Z pierwszym oddechem. Usta samowolnie, łapczywie chwyciły powietrze, przywołując igiełki bólu w żebrach. Poczułem zapach rzeki i słony smak krwi na spękanych wargach. Z powrotem wlałem się w kontury ciała. Spróbowałem wymacać coś przed sobą, ale udało mi się tylko rozłożyć nienaturalnie ciężkie ręce, które zagłębiły się w miękkim jak pierzyna piasku. I nagle poczułem strach, tak wielki, że żołądek ścisnął mi się jak gumowa piłeczka w ręku osiłka — strach jak ogon szczura w szafce ze słodyczami, jak bieg czarnego pająka po ręku, jak ostrze zabójcy w plecach. Nie znałem źródła tego strachu, wiedziałem tylko, że muszę biec, ale ostry ból uderzył nagle i cała

przerażająca realność sytuacji zaczęła się ulatniać jak powietrze z przebitej zabawki. Zrozumiałem, że nigdy nie ucieknę z tej jagodowej ciemności. I uleciałem z piaskowego posłania ponad kościół i pobliski las, po czym zanurkowałem nisko, ocierając się brzuchem o komin kamienicy braci Lulków, minąłem stare topole ze Sportowej, a w dole widziałem strażaków pijących wódkę przy pogorzelisku, i zawracając łagodnie wokół willi Ekiertów, krążyłem majestatycznie jak ostatni bocian z ulicy Bocianiej, by wreszcie wrócić i zatonąć w miękkim blaszanym dachu kościoła. Opadając lekko, widziałem, że w środku są wszyscy: i Maks, który dwanaście lat temu złapał się drutów elektrycznych przy przejeździe, nie zważając na napis „Baczność!”, i mecenas, i doktor, i pan sekretarz, który zsiadł nawet z roweru, jakby chciał mnie przepuścić w tym moim locie. Byli już wszyscy, nawet Kosior, który po raz tysięczny nabierał właśnie na swoją idiotyczną kiwkę Studenta, był Kolumb z papierosem, a do środka wbiegał właśnie spóźniony Munio. A między tymi i wieloma innymi, rozdając szklanki i oranżadę, biegał malutki proboszcz Kuleba o miękkich, kobiecych dłoniach, którego złożonej osobowości nie udało się uchwycić na plastikowym witrażu. Wtedy otworzyły się wielkie drzwi i wjechał przez nie automobil samego hrabiego Ekierta, dokładnie taki jak na starym zdjęciu Grotowskiego. Jadąc powoli nawą główną, hrabia oglądał nasz kościół wyrosły na bagnach i krzyczał: „Szajze, obym się nigdy nie urodził w tej dziurze!”, ale wydawało mi się, że nie był w tym do końca szczery. 

I znów mocne uderzenie. Piach. Strach. Ciemność.

Otworzyłem oczy. Czerń ustąpiła szarości. Wstrząsnął mną spazm — na krótkie jak błysk wspomnienie upadku. Byłem na dnie kościelnej wieży. Sam. Żyłem. To obudziło moje serce, które szarpnęło, jakby chciało wyrwać się z piersi i odlecieć. Z każdą myślą i wspomnieniem narastała panika. Zrozumiałem, że on wciąż może być w pobliżu. Chciałem krzyczeć, ale usłyszałem tylko obcy, obrzydliwy charkot, spotęgowany przez betonowy szyb. Zapach rzecznego piachu był odurzający. Głowa stała się ciężka. Zbyt ciężka. Ponownie opadłem na piach. Zaciągnąłem tę martwą czarną ciszę do płuc i ponownie zapadłem się w miękkim i gęstym niebycie.

To wszystko, co pamiętam.

— Mógłby pan zacząć od początku i opowiedzieć po prostu, jak to się zaczęło? Tylko skupić się na faktach, a nie na opisach, hmm, ciemności.

— Postaram się.

* * *

— Kurwa, jak ciemno. Nic nie widać — wyrzucił z siebie Kosior. — Naprawdę powiedziałeś tym dziewczynom, że spotkamy się na mieście? Nie mogłeś wziąć numeru telefonu? Jak normalny człowiek?

— Mogłem, ale tak jest romantyczniej. Nie mógłbym zakochać się w dziewczynie poznanej w budzie z kebabem. Może jeszcze miała mi zapisać swój numer keczupem na serwetce? Powiedziałem, że skoro lubią nocne wędrówki i przygody, to na pewno na siebie wpadniemy.

— Jak teraz na siebie wpadniemy, to wybijemy sobie zęby. Nic nie widać. Ciemno i mgła.

— Skąd miałem wiedzieć, że będzie mgła?

— Ale generalnie były zainteresowane imprezą?

— Powiedziały, że z rozkoszą wpadną do naszego kolegi pić wódkę z kryształowych karafek i patrzeć, jak Munio robi się czerwony.

— Z rozkoszą?

— Z rozkoszą.

— Kupmy więcej wódki, żeby nie łazić już nigdzie w taką pogodę.

Przemierzaliśmy ulice naszego miasta, gdzie znaliśmy każdy kamień, a każdy kamień znał nas. Zima właśnie konała w ostatnich konwulsjach, wiosna przyczaiła się gdzieś w sąsiednim powiecie, a ulicę zasnuwała mgła, którą spotkać można tylko w takich miastach jak to. Jej lepka woń od razu wnika we włosy i ubrania. Mgła, która wtedy nie nazywała się jeszcze smogiem, to znak jesieni i zimy, a słodki zapach chleba z piekarni pod lasem kojarzył nam się zawsze z wiosną i latem.

Każdy dom i każde osiedle miały swój zapach. Mgła pod lasem była zimna i wilgotna, czuć w niej było kradzione drewno, sosnę i świerk; ta bliżej torów i okolic baraków była bardziej słodka i lepka, przesycona aromatem starych mebli, sanek i drzwi ze zburzonych

domów i pustostanów. Najbardziej aromatyczna była mgła z naszej ulicy — jej konsystencję każdy z nas znał na pamięć. Tu mgła robiła się najgęstsza, jej ciężkie kłęby oplatały się wokół latarń, zamazywały kontury i rysy twarzy. Nasza mgła nie była jednorodna, czasem pojawiały się w niej prześwity, innym razem okrywała okolicę grubą pierzyną, w której bardzo łatwo człowiek tracił orientację. Czasem dało się słyszeć kroki, ale nikt nie przechodził, czasem zabłąkany spacerowicz pojawiał się nagle i zaraz znikał po drugiej stronie. Mgła na naszej ulicy powstawała z zawartości szaf i strychów, ze starych zdjęć, panieńskich sukienek i dawno zapomnianych listów. Zawsze kiedy ktoś na ulicy umarł, mgła nasączała się zapachem niepotrzebnych już pamiątek po zmarłym. 

Grotowski nigdy nie zdradził, ile ma lat, i nie zdradziły tego też dokumenty, bo w mieszkaniu znaleźli podobno tylko stare, rozpadające się w rękach prawo jazdy, z którego nic nie udało się wyczytać. W tydzień po pogrzebie staliśmy wieczorem pod jego kamienicą, próbując odgadnąć kolejne zapachy, patrzyliśmy na komin i na siwy dym, który nie chciał oderwać się od tej ulicy i tego miasta i ciężko opadał między bezlistne drzewa.

— Ziuta robi porządki — powiedział Kosior. — Pali dowody rzeczowe. Podobno już dostała eksmisję.

Opowiedziałem o mgle i zapachach.

— W sumie racja. Ale piekarnię zamknęli z dziesięć lat temu. Przecież dziś to już ruina.

— Zapomniałem.

— Pamiętałeś. Ty tak lubisz.

W pewnym momencie komin wypluł czarny kłąb sadzy i zwęglonych strzępów papieru, które wiatr próbował unieść w noc. Jeden z nich, widać za ciężki, kołując jak liść, spadł do naszych stóp. Kawałek starej fotografii. Orkiestra strażacka. W odkrytym automobilu stoi mężczyzna w kapeluszu. Na siedzeniu obok — kobieta z parasolką.

— Hrabia Ekiert?

— Tak, a to Grotowski. — Kosior wskazał na jednego ze strażaków.

Przyjrzałem się bliżej.

— Skąd wiesz?

— Coś kiedyś wspominał.

— Co?

— Nie pamiętam. Idziemy. Nie wiadomo, o której dziś Blondyna zamknie.

— Zapchany przewód. — Usłyszeliśmy znajomy głos za plecami. Kominiarz Proca stał, wpatrując się w komin kamienicy Grotowskiego. — Trzeba będzie przeczyścić — powiedział.

— Cześć, Proca. O tej porze w robocie?

— Wracałem do domu, ale jakoś tu mnie przywiało.

— Mgła.

— Przyzwyczajenie. Parę lat się tu mieszkało. Pójdę. Obejrzę. Może na flaszkę dadzą. Kalendarzyki mam. Palą szmatami, to kominy zachodzą. Byle moja nie zaszła, jak jej komin dziś przeczyszczę! — zarechotał i uderzył się w udo, aż huknęło. — Spierdalam!

— Spierdalaj, Proca.

Szliśmy powoli, brnąc w gęstniejącej mgle. Na środku ulicy stał mężczyzna, chwiejąc się, jakby desperacko balansował na linie. Żółte światło latarni z trudem przebijało się na poziom chodnika. Pewnie dlatego zobaczyliśmy pijanego dopiero w ostatniej chwili.

W ręku ściskał plastikowy pięciolitrowy kanister, w jakim kupuje się płyny do samochodu. Mężczyzna próbował utrzymać równowagę i jednocześnie napić się z baniaka. Bezskutecznie. W pewnym momencie, pod wpływem jakiegoś podmuchu mentalnego wiatru, zatoczył się gwałtownie, przebiegł całą ulicę i uczepił się parkanu. Dopiero tu mógł się napić. W szale samozniszczenia pociągnął spory łyk, ale większość cieczy spłynęła mu po brodzie i się zakrztusił. Szarpnął ręką, lecz ta nadal bezwolnie i głupio trzymała

się rdzewiejącego pręta. Szarpnął jeszcze raz i teraz z kolei złośliwa i zbuntowana kończyna nie stawiała oporu, a Zawiany, jak go w myślach nazwałem, wybiegł z impetem na środek ulicy. Rozstawił szeroko nogi, jak surfer mknący po wysokiej na kilka pięter fali, i wbił wzrok w znajdujący się kilka metrów dalej próg zwalniający. Stał tak chwilę i my też zaczęliśmy wpatrywać się w ową przeszkodę drogową, zastanawiając się, co tak bardzo go w niej zafascynowało? Nie znaleźliśmy przyczyny, próg tkwił uparcie i niezmiennie w tym samym miejscu. Zawiany odetchnął głęboko, rozluźnił mięśnie, aż raptem ruszył w kierunku progu, który być może potężniał w jego umyśle jak olbrzymia fala tsunami. Już po dwóch niepewnych krokach nagle skręcił i zgrabnie nas wymijając, znów uczepił się parkanu. Odetchnął raz jeszcze, kolory powoli wracały mu na twarz. Zwyciężył.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Kartoteka Pitera P. Powieść kupić można w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Kartoteka Pitera P.
Jacek Wiśnicki0
Okładka książki - Kartoteka Pitera P.

Każdy ma swoje sekrety. Gdy spokojnym miasteczkiem wstrząsa zbrodnia, na jaw wychodzą od dawna skrywane winy… Paweł lubi nocne wędrówki...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo