Ludzkie szczątki. Fragment książki „629 kości"

Data: 2020-11-27 11:41:53 Autor: Piotr Piekarski

Grupa maturzystów gubi szlak w czasie zamieci śnieżnej w Bieszczadach. Szukając schronienia w stojącej na uboczu chacie, dokonują makabrycznego odkrycia. W jednym z pomieszczeń znajdują trzydzieści drewnianych skrzynek, a w nich setki kości oraz zeszyty, w których opisano ostatnie tygodnie życia każdej z ofiar.

Sprawę prowadzi podkomisarz Robert Lew. Śledztwo okazuje się jednak trudniejsze, niż się tego spodziewał. Wiek niektórych kości oraz substancje chemiczne, którymi zostały potraktowane, utrudniają ich zbadanie. Problemem staje się również ustalenie tożsamości ofiar. Śledczy nie są w stanie powiązać znalezionych szczątków z żadną otwartą sprawą. Wszystko wskazuje na to, że morderca dokonywał przez parędziesiąt lat zbrodni, których nikt nie zauważył...

Obrazek w treści

Sprawa wzbudza powszechne oburzenie społeczne i doprowadza do masowych protestów. Od jej rozwiązania zaczynają zależeć posady wielu ważnych osób, zarówno w Policji jak i w Rządzie oraz Prokuraturze.

Dokąd zaprowadzą ślady? Czy uda się znaleźć sprawcę, gdy presja jest tak duża?

Do lektury powieści 629 kości M.M. Perr zaprasza Wydawnictwo Prozami. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki 629 kości. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Rozdział 3

Nic go nigdy do policji szczególnie nie ciągnęło. Nie marzył o tym zawodzie od dziecka. Wprost przeciwnie. Ale to był dobry sposób, by wyrwać się z domu. Kiedy był mały, musiał wstawać o świcie razem z rodzicami, by pomagać w gospodarstwie. Gdy kończył robotę, jego ubrania i włosy przesiąkały smrodem gnoju. Paznokci nigdy nie mógł doszorować. Nie żeby inne dzieci miały lepiej. Tu nikt nie miał lepiej. Na niedzielnej mszy wszystkie ręce mimo starań były tak samo niedomyte. Paznokcie szare, a skóra brunatna lub żółtawa w zależności od sezonu. Pamiętał, jak trzydzieści lat temu (a może to było już czterdzieści lat…) pojechał z ojcem do miasteczka. Tam pierwszy raz zobaczył milicjanta. Przystanek autobusowy, na którym czekali dwie godziny na autobus, stał tuż przy komisariacie. Miał więc szansę w tym czasie obserwować prawdziwych milicjantów przy pracy. Nie wyglądali aż tak dystyngowanie jak wojskowi, których widział już wcześniej w swoim życiu. Nie mieli równo przyciętych włosów ani ogolonych twarzy. Ale ich ręce i buty były czyste. Siedzieli przy biurkach, pisali coś i odbierali telefony. Jakaś pani co chwilę przynosiła któremuś kubek ciepłego napoju. Jeden miał rogaliki na biurku. Nie przyszło mu wtedy do głowy, że bycie milicjantem – czy policjantem, jak to się teraz mówi – może się wiązać również z czymś tak beznadziejnie dołującym i obrzydliwym jak siedzenie przez dwadzieścia godzin w starej, ciemnej, śmierdzącej szopie na odludziu ze szczątkami ludzkimi za ścianą.

Huk obracających się łopat helikoptera przerwał ciąg myśli posterunkowego. Mężczyzna szybko się poderwał z jedynego krzesła stojącego w pomieszczeniu. Zakołysał się i prawie upadł. Udało mu się jednak odzyskać równowagę. Zapiął guziki koszuli pod samą szyję i ruszył w stronę otworu w podłodze. Chciał podejść i otworzyć drzwi maszyny, ale utrudniał mu to silny podmuch wciąż obracającego się wirnika.

– Posterunkowy Magiera. – Przedstawił się mężczyźnie wysiadającemu z maszyny.

– Podkomisarz Robert Lew z Warszawy. To ta chata?

– Tak. Wszystko panu pokażę.

– To uczęszczany szlak?

– Ona stoi poza szlakiem. Mała szansa, że ktoś przypadkowy na nią natrafi.

– A jednak tak się stało.

– Wczoraj była śnieżyca. Nauczyciel z gromadą uczniaków pogubili drogę.

– Śnieżyca? Przecież dzisiaj jest chyba z piętnaście stopni.

– Tu tak już jest.

– Gdzie oni teraz są?

– Nie byli w zbyt dobrym stanie, gdy doszli na komendę, więc spisaliśmy ich dane i puściliśmy do domu. To wycieczka z Warszawy, więc i tak ma podkomisarz do nich bliżej u siebie, niż gdybyśmy ich trzymali tutaj.

Ruszyli w kierunku chaty. Drzwi były zamknięte. Jedna z okiennic zwisała wyłamana.

– Tędy weszli?

– Nie, od tyłu, drzwiami do piwnicy. To ja otworzyłem jedną okiennicę, żeby coś było widać, bo tu prądu nie ma, a trudno było tak siedzieć w ciemności przez te wszystkie godziny.

Podkomisarz Lew zmierzył posterunkowego surowym wzrokiem, ale nic nie powiedział. Twarz policjanta była usiana głębokimi zmarszczkami, chociaż nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat. Był nieogolony i w wymiętej koszuli. Na oczy miał nasuniętą włóczkową czapkę w zielono-czerwone paski.

Weszli do pomieszczenia przez piwnicę. Lew rozejrzał się dookoła. Pokój, który wydawał się pełnić funkcję salonu i kuchni, był niemal pusty. Na podłodze leżały wytopione świeczki i papierki po batonikach. Przy oknie na stoliku stała do połowy wypełniona buteleczka alkoholu.

– Długo czekałem – powiedział posterunkowy niepewnym głosem, gdy dostrzegł, na czym zatrzymał się wzrok podkomisarza.

– Widzę – mruknął podkomisarz. – Gdzie te kości?

– Tam, w pokoju z tyłu.

Podkomisarz ruszył w kierunku wskazanych drzwi. Starał się opanować narastający gniew i zachować profesjonalizm, ale widok pijanego posterunkowego, który ewidentnie nie byłby w stanie rozróżnić żebra człowieka od żebra świni, nie napawał go optymizmem. Do pokoju z tyłu nie docierało światło z odsłoniętego okna, więc podkomisarz musiał włączyć swoją latarkę, by coś zobaczyć. Pokój miał nietypowy rozkład. Był niewielki, murowany, a nie drewniany. Największą jego część zajmował ogromny biały piec. Po bokach znajdowały się rzędy półek z kasetkami, które ściśnięte razem wyglądały jak szuflady w bibliotekach szkolnych.

– W skrzynkach. – Posterunkowy wskazał palcem. – Podkomisarz sam zobaczy.

Lew sięgnął do kieszeni po gumowe rękawiczki.

– Te skrzynki to są całe już obdotykane przez te dzieciaki. Jak one tu weszły, to od razu się do nich dobrały. Nie wiedziały, co to jest, i dopiero jak zaczęły czytać, to się połapały, a ten ich nauczyciel kazał im to wszystko odkładać.

– W których skrzynkach coś znalazły?

– We wszystkich.

Podkomisarz wziął do ręki najbliższą kasetkę. Była lekka. Wyglądała na zrobioną ręcznie z sosnowych listewek. Położył ją na ziemi i otworzył. W środku był zeszyt z zieloną wypłowiałą okładką, a na nim czaszka należąca bezspornie do człowieka.

– Dlaczego od razu się nie połapali, że to ludzkie szczątki?

– Co proszę? – powiedział posterunkowy, u którego widok czaszki ludzkiej wzbudzał na przemian chęć ucieczki i nudności.

– Mówił pan, że dzieciaki przeglądały zawartość, bo się nie połapały, że to kości ludzkie. Ale przecież ta czaszka nie mogła należeć do nikogo innego jak do człowieka.

– Nie we wszystkich są czaszki. W niektórych są jakieś kości.

Podkomisarz otworzył kolejną kasetkę. Ta była cięższa, z bukowego drewna. W środku znajdował się kolejny zeszyt. Wyciągnął go i zaczął czytać. Strony wyglądały jak karty osobowe. Zamiast imienia i nazwiska były tylko inicjały i data, dalej wiek, miejscowość, a następnie opis z datami, który wyglądał jak kalendarium.

– Dwudziesty czwarty kwietnia dwa tysiące dziesiątego roku – czytał półszeptem Lew. – Gdy spał na ławce w parku, podeszło do niego pięciu licealistów. Byli dobrze ubrani. Zaczęli grzebać w jego plecaku. Kiedy się obudził, zaczęli go kopać po brzuchu, a później po głowie. Stracił przytomność. Po kolei na niego sikali. Co to ma być?

– Takie opisy są w każdej skrzynce. Takie historyjki o różnych ludziach.

Lew policzył strony. Było ich łącznie cztery, zapisane pismem odręcznym. Spojrzał na dno kasetki. Leżały tam drobne kostki. Wziął jedną do ręki, następnie kolejną.

– Myśli pan, że to też ludzkie?

– To chyba kości ręki.

– Mała ta ręka musiała być.

– To będą musieli ustalić specjaliści.

Podkomisarz wstał i wyszedł z pokoju.

– Nie chce pan już dalej oglądać?

– Tyle mi wystarczy, by wiedzieć, że trzeba wezwać prokuratora i sprowadzić zespół techniczny. Co prawda, jeśli uda się tu znaleźć jeszcze jakieś ślady, to będzie cud, ale zawsze warto próbować.

– Czy to znaczy, że mogę już wracać na komendę?

– Ktoś tu musi zaczekać na zespół techniczny. Poza tym trzeba cały ten teren otoczyć taśmą i pilnować, żeby nikt się tutaj nie pałętał.

– Ale ja tu już jestem drugą noc – powiedział posterunkowy głosem bliskim płaczu. – A ten zespół to pewnie z daleka będzie jechał.

– To proszę zadzwonić po wsparcie.

– Ale u nas w jednostce teraz nikogo nie ma. Poza tym tutaj nie ma zasięgu.

Lew podrapał się po głowie. Siedzenie w potencjalnym miejscu zbrodni i czekanie na zespół techniczny to od dawna już nie był jego zakres obowiązków. Miał od tego podwładnych. Tu jednak był sam. Po chwili podszedł do pilota helikoptera i powiedział mu coś, czego posterunkowy nie dosłyszał.

– Dobrze więc. Ja zostanę i poczekam, a pan niech wraca. Pilot wezwie wsparcie z innej jednostki.

– Dziękuję! – odparł posterunkowy i nie czekając dłużej, odwrócił się i ruszył ochoczo w kierunku helikoptera.

– Niestety musi pan iść piechotą, chyba że chce się pan zabrać do Warszawy.

Książkę 629 kości kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.