Ostatni raz. Fragment książki „Tam, gdzie jest miejsce przy stole"

Data: 2025-11-14 14:20:00 | aktualizacja: 2025-11-25 15:05:44 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 10 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Po dziesięciu latach życia z manipulującym i kontrolującym Krzysztofem Emilia nie ma przyjaciół i znajomych, a na wiecznie krytykującą matkę nie może liczyć. Gdy wstaje od wigilijnego stołu i wychodzi w cichą noc, wie, że do domu nie wróci.

Postanawia zacząć życie od nowa. Rozwija swoją działalność logopedyczną, wynajmuje pokój. Zaprzyjaźnia się z dopiero co poznanymi ludźmi: Andrzejem - samotnie opiekującym się córką, Tereską - która odeszła od męża, Arturem - o dramatycznej przeszłości, i paroma innymi Wrocławianami. Każde z nich ma jakąś opowieść, własną traumę do przeżycia i drogę do przebycia. Spragnieni uczuć i bliskości innych osób organizują comiesięczne spotkania nawiązujące do wigilii i... rozwiązują swoje problemy.

Krzysztof śledzi, osacza i nie odpuszcza. Czy Emilii uda się od niego uwolnić? Kim jest Aneta, jej nowa pacjentka? Kto rzucił cegłą w dom Artura? Dlaczego z rodziną to najlepiej tylko na zdjęciu?

Dwanaście miesięcy to długo czy krótko, by zmienić swoje życie?

„Tam, gdzie jest miejsce przy stole" Magdy Knedler grafika promująca książkę

Do lektury powieści Magdy Knedler Tam, gdzie jest miejsce przy stole zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Tam, gdzie jest miejsce przy stole. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

2

Obiecuję sobie, że to już ostatni raz. Odtąd święta będą moje własne albo nie będzie ich w ogóle. Żadnego całowania wujków, żadnego słuchania szyderstw, żadnego wstydu, że nie spełniam cudzych oczekiwań. A przede wszystkim nie dam się traktować jak pochyłe drzewo, na które tak łatwo zawsze wejść. Koniec z pochyłym drzewem.

Mam dość. Wiem, że w pojedynkę czekają mnie trudności, ale od czegoś muszę zacząć. I zaczynam od nabrania tempa. Wybiegam z domu Dąbrowskich, a potem kluczę po okolicy, by Krzysztof nie mógł mnie szybko znaleźć, choć willową ulicę Kasprowicza zna na pewno lepiej niż ja. Tu się wychował. zaszywam się w krzakach i zamawiam ubera, ale podjeżdżam nim tylko na Nadodrze. Wybieram pieniądze z bankomatu, przesiadam się do komunikacji miejskiej, wyłączam telefon komórkowy i docieram na Nowy Dwór. Noc spędzam na fotelu w swoim gabinecie, do którego klucze noszę zawsze podpięte do tych domowych. Nie śpię, nie zapalam świateł. Krzysztof oczywiście szuka mnie tam, ale go nie wpuszczam. Rano jadę na dworzec kolejowy, jem słodką bułkę na śniadanie, popijam szybką kawą i kupuję bilet na pociąg do świnoujścia. Czuję potrzebę zobaczenia morza. Nie mam żadnej rezerwacji w hotelu, noclegu ani nawet ubrań na zmianę. Boję się płacić kartą i dokonywać przelewów przez telefon. Boję się w ogóle używać telefonu. Krzysztof zna sposoby, by dowiedzieć się, co robię. W pociągu siedzę spięta i wystraszona, cały czas patrzę na wejście do przedziału. Nie potrafię pozbyć się wrażenia, że on w każdej chwili może tu wejść, złapać mnie za rękę i wywlec na zewnątrz na najbliższej stacji. Wpadam w paranoję.

Kiedy docieram do świnoujścia, jestem kłębkiem nerwów i cała się trzęsę. Nie tylko ze strachu, ale również z zimna, wciąż mam na sobie sukienkę z wigilii, najcieńsze rajstopy, jakie produkują, i szpilki. Stopy mi drętwieją, płaszcz bardziej wygląda, niż grzeje. Lodowaty wiatr od morza przenika przez moją skórę i mięśnie, docierając chyba wprost do kości. Nie wzięłam nawet czapki. Owijam głowę szalem, przyciskam do piersi torebkę i w swoich śmiesznych szpilkach grzęznę w piasku, kiedy idę plażą przed siebie. Połykam łzy, mijam rodziny, które wyszły na świąteczny spacer, ignoruję zaciekawione spojrzenia. Wyglądam dziwnie. W końcu przegrywam z zimnem.

Schodzę z plaży i kieruję się do miasta, muszę coś zjeść i gdzieś spędzić noc. Nadal nie włączam telefonu. zaczynam pielgrzymkę po hotelach i cudem znajduję wolny pokój w jednym z nich. Nie poszło mi zbyt łatwo, dlatego że zjechało tu sporo tych, którzy zamiast tradycyjnych świąt w domu wybrali ucieczkę od pierogów nad morze. Płacę gotówką za cztery noce z góry. Potem kupuję przekąski i wino w żabce, bo tylko ten sklep otwarto w pierwszy dzień świąt, lekko się upijam i do rana płaczę. W drugi dzień świąt czuję się podle, zwłaszcza kiedy wychodzę na spacer i patrzę na ludzi wciąż celebrujących Boże Narodzenie, popijających grzane wino na deptaku, poprawiających szaliki dzieciom, całujących swoje drugie połówki. święta to paskudny czas dla osób w kryzysie psychicznym. A ja wciąż mam na sobie tę swoją sukienkę z wigilii. Jest dwudziesty szósty grudnia, wszystko zamknięte, nie mogę kupić nawet dresu w lumpeksie. Ale w końcu święta się kończą, jak wszystko na tym świecie. Kupuję dres, jakieś dżinsy, dwie bluzki i bieliznę, czapkę, tanie buty i kurtkę. W końcu mi ciepło, moje ciało wychodzi z odrętwienia. Idę nad morze, wybieram bezludny fragment plaży i zaczynam krzyczeć. Oddaję morzu swoją wściekłość. Drę się i drę, przekrzykując fale, aż chrypnę i opadam z sił. Wracam do hotelu, włączam telefon i ignoruję setki połączeń od Krzysztofa, jego rodziny i mojej matki. No jasne, że wszystko jej powiedział. Wybieram numer do Tomasza, fizjoterapeuty, od którego wynajmuję gabinet w jego studiu.

– Potrzebuję pomocy – mówię, kiedy tylko odbiera.

A potem o wszystkim mu opowiadam. Czuję się żałosna, beznadziejna i bardzo samotna. Dziesięć lat z Krzysztofem pozbawiło mnie wszystkich przyjaciół, bo przecież weszłam prosto w jego pułapkę, łykałam chciwie słowa o tym, jak nie potrzebujemy nikogo innego i wystarczamy sobie nawzajem. Niepokoił się o mnie, gdy wracałam późno, dlatego prosił, bym przed dwudziestą pierwszą już była w domu. Troska, oczywiście, nic innego. Byłam kobietą na poziomie, logopedką i partnerką szanowanego dentysty. Nie zamierzałam chyba przyjaźnić się nadal z dziewczyną, która pracuje na kasie w biedronce, a po godzinach nagrywa covery na YouTube, licząc na swój wielki przełom, choć ten nigdy nie nastąpi, bo żaden przełom nie może nastąpić w życiu kompletnego beztalencia. Tak zniknęła Jagna, którą znałam od podstawówki. Nie zamierzam chyba przyjaźnić się nadal z chłopakiem, który ma już prawie trzydzieści lat, a pracuje w szkolnej świetlicy? Czy jest w ogóle na to nazwa? Pan świetlicowy? świetliczanek? Tym powinny się zajmować kobiety, które chcą mieć opłacony zUS i odkładać składki emerytalne, a których mężowie zarabiają prawdziwe pieniądze. To nie facet, to baba! Tak zniknął Romek. Nie był tylko „świetliczankiem”, ale także nauczycielem w klasach jedentrzy. W świetlicy sobie dorabiał, bo potrzebował pieniędzy, jego ojciec stracił pracę, matka chorowała, on sam jako początkujący nauczyciel nie dostawał oszałamiającej pensji. I tak, rodzina też mu dokuczała, że co z niego za facet, wziąłby się lepiej do porządnej roboty. I nie mogłam także przyjaźnić się z Agnieszką, przebojową i agresywną prawniczką. Ona z kolei stanowiła dla mnie zły przykład, wiadomo. I niebezpieczeństwo dla Krzysztofa, w razie gdybym się ugięła i zgodziła wziąć z nim ślub. Nie mogłam mieć znajomej prawniczki. Oczywiście, że nie.

Sama jestem sobie winna. Odcinałam każdego, krok po kroku. Najpierw tę trójkę, najbliższych przyjaciół, później dalszych znajomych, z którymi czasem umawiałam się na kawę, by pogadać o czymś niezobowiązującym. zniknęło nawet to. Wreszcie znalazłam się w sytuacji, gdy całe moje życie towarzyskie ograniczało się do dwóch słów zamienionych od czasu do czasu z nauczycielami w szkole, w której pracowałam. Na tym koniec. Weszłam w to. Wbiegłam. We wszystko, co dla mnie przygotował.

Na rodzinę nigdy nie mogłam liczyć, a teraz stosunki jeszcze bardziej się pogorszyły. Matka trzymała jego stronę. Jej bogaty prawie zięć. Dentysta. Taki przystojny i dojrzały. Jedyny sukces w moim życiu. Jak to się stało, że złapałam takiego mężczyznę? Chwaliła się nim każdemu, choć przecież nie był jej synem. Ja również dobrze sobie radziłam, skończyłam studia z wyróżnieniem, miałam niezłą pracę i świetne wyniki, ludzie mnie sobie polecali, w internecie dostawałam same pochlebne opinie. Kogo to obchodziło? zawiodłam ją, odwlekając ślub z Krzysztofem, i zawiodłam ją po raz kolejny, znowu uciekając. Tylko przez wzgląd na niego wybaczyła mi tamtą aferę na wigilii przed dziesięcioma laty. Moje spektakularne wyjście. Przyszedł do niej z kwiatami. Mówił, że mnie kocha i że jestem wyjątkowa. Widziałam zaskoczenie na jej twarzy, ale odgadłam, że ją kupił. Kochała go bardziej, niż kiedykolwiek kochała mnie. Musi teraz okrutnie cierpieć. I wciąż mieć nadzieję, że po prostu chwilowo mi odbiło. Oni wszyscy tak właśnie muszą myśleć.

– Wróć do Wrocławia – odpowiada Tomasz. – zatrzymasz się u mnie i Heli, mamy wolny pokój. Możesz zostać, póki sobie czegoś nie znajdziesz.

– Naprawdę?

– Oczywiście.

– Dziękuję – dukam. – Nie wiem tylko, jak to zrobić, by odzyskać swoje rzeczy. Ubrania jakoś przeboleję, ale zostawiłam w mieszkaniu laptop. Jest mi potrzebny do pracy i trudniej go kupić niż nową ładowarkę do telefonu i dwie pary gaci. Muszę teraz liczyć każdy grosz.

– Emi… – Słyszę, jak Tomasz ciężko wzdycha. – zabrzmi dziwnie, ale przeprowadzimy to tak. znasz mnie i wiesz, że jestem dobrze zbudowany.

– To prawda – potwierdzam.

– Właśnie. Mam kolegę, który jest… yyy… solidny w barach tak jak ja, a do tego nawet łysy. I ma tatuaże.

– Serio?

– Mhm. Tak naprawdę muchy by nie skrzywdził, dziecku zupki codziennie gotuje, ale wygląda groźnie. Pójdziemy z tobą. Ten twój Krzysztof nam nie podskoczy.

– Zrobicie to? Dla mnie?

– No jasne, Emi. Jeśli mogę ci pomóc w takiej sytuacji, nie będę się wahał. Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej o swoich kłopotach?

– Nie wiedziałam, że to kłopoty.

– Rozumiem – odpowiada po krótkiej pauzie. – Słuchaj, moja siostra… była kiedyś z takim przemocowym pajacem. Długo jej zajęło wyjście z tego szamba. Nie będzie ci łatwo, ale jeśli mogę coś podpowiedzieć, to… nie wracaj już do niego. Nawet jeśli poczujesz się cholernie słaba i nawet jeśli on będzie błagał. Nie wracaj. Odeszłaś w jednej sukience na grzbiecie. zrobiłaś najtrudniejszy krok. Pomożemy ci z Helą, ale musisz spróbować wytrwać.

– Wytrwam – oświadczam z determinacją. Nie sądzę, by Tomasz od razu mi uwierzył.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Tam, gdzie jest miejsce przy stole. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Tam, gdzie jest miejsce przy stole
Magda Knedler11
Okładka książki - Tam, gdzie jest miejsce przy stole

Po dziesięciu latach życia z manipulującym i kontrolującym Krzysztofem Emilia nie ma przyjaciół i znajomych, a na wiecznie krytykującą matkę nie może liczyć...

Wydawnictwo