Zakochałam się od pierwszej kłótni. "Oszukany czas"

Data: 2021-08-10 10:04:32 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Marta jest kobietą, która głęboko w sercu nosi tęsknotę za tym, co wydarzyło się w przeszłości. Próbując na nowo ułożyć swoje życie, wiąże się z o wiele starszym Robertem, bardzo dobrze sytuowanym człowiekiem sukcesu. Kiedy pewnego razu wybiera się z partnerem na spotkanie biznesowe, nie wie, że spotka tam mężczyznę, który dawno temu złamał jej serce. Jej pierwsza prawdziwa miłość, Kamil Wilczyński, pojawia się ponownie w jej życiu, zupełnie jakby minione osiem lat było tylko snem. Nadal tak samo przystojny, nieco bezczelny, pewny siebie i także pełen żalu. Czy spotkanie dawnych kochanków sprawi, że tajemnice przeszłości zostaną w końcu wyjaśnione, zadawnione urazy wybaczone, a stracony czas nadrobiony?

Obrazek w treści

Do lektury najnowszej książki Oszukany czas Kingi Tatkowskiej zaprasza Wydawnictwo JakBook. Tymczasem już teraz zachęcamy do lektury prologu oraz pierwszego rozdziału powieści:

PROLOG 

Ludzie mówią, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia. 

Ja zakochałam się od pierwszej kłótni. W chłopaku z siódmego bloku, na jednym z  warszawskich osiedli. 

Stało się to pewnego wrześniowego dnia, tuż po deszczu, kiedy ubytki w chodniku  napełniają się wodą, tworząc niekształtne kałuże, a dzieci czym prędzej wybiegają z mieszkań, mając na nogach kalosze i chcąc skakać po mokrych plamach, nie zważając na konsekwencje. 

Dzieci nie znają słowa konsekwencje. Nie wiedzą na przykład, że tarzanie się w błocie sprawi, że mama podczas następnego prania stanie przed nie lada wyzwaniem. Nie wiedzą, że zwisanie  z  trzepaka  do  góry  nogami  może  skończyć  się  upadkiem  i  kilkoma  fioletowymi kształtami  na  ciele.  Nie  wiedzą,  że  niewinne  pocałunki  w  domku  zbudowanym  z  siana  i suchych patyków mogą doprowadzić do pierwszej miłości i na zawsze złamanego już serca. 

Ludzie mówią, że można się odkochać. 

Ja, mimo wszystkich tych lat, nie potrafię. 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Leżałam na wielkim łożu z prawdziwego ciemnego drewna w nowocześnie urządzonej  sypialni,  jakby  wyjętej  prosto  z  katalogu  Westwing,  w  ogromnym  piętrowym  domu  na warszawskim Wilanowie. Była godzina szósta dwadzieścia jeden i wiedziałam, że o szóstej trzydzieści zadzwonić miał budzik należący do mężczyzny, który spał tuż obok mnie, a ja przeczesywałam teraz delikatnie jego włosy, dostrzegając, że niektóre z nich były już siwe, ale on, jak na swoje pięćdziesiąt jeden lat, nie musiał się tym przejmować. Był niczym George Clooney – im starszy, tym lepszy. Właśnie tak, jak czerwone wino, którego z pewnością piłam zbyt dużo. 

Nie  mieszkałam  tutaj  na  stałe.  Moje  miejsce,  mój  azyl,  to  było  mieszkanie  w nadgryzionej  zębem  czasu  kamienicy  na  Pradze-Północ,  które  odziedziczyłam  po  śmierci babci.  Kiedy  wszystko  się  waliło  i  paliło,  mogłam  się  tam  zamknąć  na  klucz  i  czekać,  aż wszelkie  problemy  znikną.  Zazwyczaj  znikały,  choć  wiedziałam,  że  to  była  tylko  pozorna ucieczka. Tak naprawdę nadal czaiły się w kącie i tylko czekały na odpowiedni moment, by znów mnie odwiedzić. 

Kiedy zadzwonił budzik, ręka mojego mężczyzny powoli wysunęła się spod kołdry, żeby móc go wyłączyć. Gdy się to udało i monotonny głośny dźwięk nie rozprzestrzeniał się już po pokoju, Robert odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął. 

– Dzień dobry, kochanie – powiedział. 

Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy w tym samym łóżku odwracał się do mnie rano, pierwszym  słowem,  jakie  do  mnie  wypowiadał,  było  zostałaś.  Mówił  to  z  nieskrywanym zdziwieniem i radością w głosie, bo doskonale wiedział, że nie zawsze zostawałam. Czasami kiedy się kochaliśmy, on potem zasypiał, a ja wychodziłam z łóżka, ubierałam się i jechałam do  swojego  mieszkania.  Jednak  nie  robiłam  tego  już  od  dawna.  Obiecałam  mu,  że  kiedy położymy się tutaj razem, wstaniemy także razem. Wolałam mu to przyrzec niż wprowadzić się do niego na stałe, o czym co jakiś czas nie omieszkał wspomnieć. Robert chciał, żebym z nim zamieszkała i w ogóle tego nie ukrywał. Mówił o tym otwarcie, snuł plany na przyszłość, zarzekał  się,  że  chciałby  spędzić  ze  mną  resztę  życia.  Nie  owijał  niczego  w  bawełnę.  Nie musiał. A ja byłam pewna, że za którymś razem powiem w końcu tak. 

– Dzień dobry – szepnęłam. 

Zbliżyłam się i pocałowałam go w usta. 

Lubiłam te nasze wspólne poranki. Łatwo było mi się do nich przyzwyczaić, ponieważ wydawały  się  bezpieczne.  Bezpieczne  i  nieskomplikowane.  Właśnie  takimi  słowami mogłabym  opisać  swoje  życie  z  Robertem,  jak  i  samego  Roberta.  Chociaż  tak  naprawdę wykreśliłabym  słowo  nieskomplikowane,  ponieważ  żaden  facet  nie  był  nieskomplikowany. Oni wszyscy mieli w sobie jakąś rysę komplikacji, choć Robert jeszcze swojej nie ujawnił. Kiedy  przeszedł  do  garderoby  przylegającej  do  sypialni,  żeby  się  przygotować  do kolejnego dnia prezesowania w swojej firmie, wyszłam z łóżka i podeszłam do olbrzymiego okna, które rozciągało się na całą jedną ścianę pokoju i było z niego wyjście na taras. Od urodzenia mieszkałam w Warszawie i nie wyobrażałam sobie mieszkać gdziekolwiek indziej, a  stąd  był  idealny  widok  na  majaczące  w  oddali  wieżowce  oraz  Pałac  Kultury,  który nieznacznie nad nimi górował. Teraz ostatnie metry jego wieży były zakryte przez poranną mgłę. 

Po chwili włożyłam wczorajsze ubrania, prócz bielizny, bo tę miałam świeżą w jednej z szuflad. Najpierw pojawiły się kosmetyki, potem bielizna, a niedługo miał nadejść czas na dalszą część garderoby. Tak to sobie powtarzałam. 

Zeszliśmy  razem  na  dół,  do  kuchni,  gdzie  przy  dużej  kwadratowej  wyspie  siedział Rafał, dwudziestotrzyletni syn Roberta. Mieszkał tutaj i szczerze mnie nienawidził, czego nie ukrywał. Być może właśnie dlatego jeszcze się tutaj nie wprowadziłam. Według Rafała byłam z  jego  ojcem  wyłącznie  dla  pieniędzy,  bo  niby  jaki  inny  cel  mógł  przyświecać dwudziestosiedmiolatce będącej z mężczyzną prawie dwa razy od siebie starszym. 

Prawda była taka, że kochałam Roberta. Dodatkowo jeszcze uratowałam mu życie. 

– Cześć, Rafał – przywitałam się. 

Nie  doczekałam  się  odpowiedzi,  a  jedynie  spojrzenia  mówiącego,  jak  bardzo  nie podoba mu się moja obecność tutaj. Między nami były zaledwie cztery lata różnicy, a mimo to dzieląca nas przepaść zdawała się nie do pokonania. 

– Jedziesz ze mną do firmy? – zapytał Robert syna. 

– Dzisiaj nie mogę. Mam ważny egzamin. 

Robert,  jak  na  prawdziwego  biznesmena  przystało,  kiedy  tylko  mógł,  wprowadzał swojego  jedynaka  w  tajniki  działania  Urbaniak  Company,  jednej  z  wiodących  firm  na warszawskim  rynku nieruchomości,  i  chciał,  żeby Rafał  przejął jego obowiązki,  gdy tylko przyjdzie  na  to  czas.  Nie  zauważyłam,  żeby  Rafał  jakkolwiek  się  przed  tym  wzbraniał. 

Jedynym warunkiem, jaki Robert mu postawił, było skończenie studiów. 

Nalałam sobie mocnej czarnej kawy i usiadłam przy wyspie. 

– Jak idzie ci na uczelni? – zagadnęłam. 

– Na pewno nie tak dobrze jak tobie w łóżku z moim ojcem, mamusiu. 

Gdyby ktoś z zewnątrz usłyszał takie słowa, mógłby się oburzyć, ale ja byłam już do nich przyzwyczajona. Na początku takie teksty z jego ust były dla mnie szokiem, ale w końcu doszłam do wniosku, że pewnych rzeczy po prostu nie sposób przeskoczyć. 

–  Jeszcze  jedno  słowo,  Rafał,  a  przysięgam,  że  szybko  poszukasz  sobie  własnego mieszkania, a ja nie dołożę do tego ani grosza – rzucił Robert podniesionym głosem. Choć mówił tak już kilka razy, jego syn nic sobie z tego nie robił. 

Robert posłał mi przepraszające spojrzenie, a ja tylko wzruszyłam ramionami. 

Gdy dopiliśmy swoje kawy, zgarnęłam torebkę i wyszliśmy z domu wprost na majowe ciepłe powietrze. Skierowałam się do swojej wysłużonej czarnej yariski, która na tle nowego land  rovera  Roberta  prezentowała  się  niczym  chihuahua  przy  buldogu,  ale  dla  mnie  ten samochód  był  najwspanialszy  na  świecie  i  nie  planowałam  w  najbliższej  przyszłości wymieniać go na lepszy model. 

Wsiadłam do środka i rzuciłam torbę na siedzenie obok. 

– Przyjedziesz dziś? – spytał Robert, nachylając się i patrząc na mnie przez uchyloną szybę. 

– Może ty przyjedź do mnie? 

Spojrzał tylko błagalnym wzrokiem, a ja się zaśmiałam. 

– Martuś… 

Nie skończył, a ja dokładnie wiedziałam, co chciał powiedzieć, bo już w przeszłości słyszałam to kilka razy. Martuś, nie mogę tam spać, bo czuję, jakbym się dusił. Nie było nic dziwnego w tym, że dusił się na niecałych pięćdziesięciu metrach kwadratowych, skoro na co dzień  miał  ponad  dwieście.  I  to  był  kolejny  powód,  żebym  czym  prędzej  się  do  niego wprowadziła. 

– Okej – szepnęłam. 

– Wiesz, że cię kocham? 

– Nie wiem – odparłam, uśmiechając się do niego. – Musisz mi to udowodnić. 

Zbliżył się jeszcze bardziej i mnie pocałował. 

– Na pewno wiesz – przyznał po chwili i oddalił się do swojego samochodu. 

W lusterku obserwowałam jego powolne ruchy i to, w jaki sposób układał się na nim idealnie skrojony garnitur. Robert Urbaniak był panem swojego życia. To się widziało i czuło już od pierwszej chwili. Ja także zrozumiałam to już wtedy, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, ponad rok temu, w kawiarni z widokiem na Kolumnę Zygmunta. Była mroźna zima, więc siedzieliśmy  w  środku,  gdzie  można  było  ogrzać  się  ciepłym  napojem.  Gdy  go  tylko zobaczyłam, wiedziałam, że mam do czynienia z mężczyzną, z którym nigdy wcześniej nie miałam  styczności.  Onieśmielał  mnie  i  fascynował.  Słuchając  go,  czułam  się  jakoś  tak… spokojnie. Jakbym zyskała pewność, że przy nim nic strasznego nie mogło mi się przydarzyć, a wtedy chyba pragnęłam takiego poczucia. 

Do łóżka poszliśmy po trzecim spotkaniu, choć nawet teraz miałam wrażenie, że po pierwszej wizycie w kawiarni mogliśmy się tam znaleźć. 

Dopuściłam go do siebie tak blisko, jak tylko zdołałam, ale wiedziałam, że nawet on nie był w stanie przebić się przez mur, który ktoś już wcześniej, jeszcze przed nim, postawił. 

Ktoś, kto… 

Nie, Marta, nie zapędzaj się tam, bo nie warto. 

Westchnęłam  głęboko,  odpaliłam  silnik  i  ruszyłam  prosto  przed  siebie  wzdłuż podjazdu. 

Kiedy przeszłam przez próg swojego mieszkania, pierwsze, co zrobiłam, to otworzyłam na oścież drzwi wychodzące na niewielki balkon. Spojrzałam na uschnięte kwiaty w donicach i zakodowałam sobie w głowie, że w weekend powinnam wybrać się po jakieś nowe rośliny Uwielbiałam ich widok oraz zapach, ale za nic w świecie nie potrafiłam utrzymać ich przy życiu zbyt długo. 

Wkroiłam do szklanki plaster cytryny, dodałam kilka listków mięty, zalałam wodą i przeszłam  na  ciemnobordową  kanapę  w  salonie,  którą  kupiłam  kiedyś  na  targu  staroci  za niecałe  trzy  stówy.  Moje  mieszkanie  praktycznie  całe  urządzone  było  w  stylu  retro,  z przedmiotów  i  mebli  z  pozoru  w  ogóle  do  siebie  niepasujących,  ale  całość,  jak  dla  mnie, prezentowała się idealnie. A najpiękniejszy z tego wszystkiego był drewniany parkiet, który pamiętał jeszcze pewnie lata młodości mojej babci. 

Włączyłam laptopa i weszłam na swojego bloga kulinarnego, którego z powodzeniem prowadziłam już od kilku lat. Przejrzałam post, na razie zapisany w wersji roboczej, naniosłam kilka  drobnych  poprawek  i  udostępniłam  go.  Od  pewnego  czasu  zaczęłam  działać  też  na Instagramie, co z początku wydawało mi się czarną magią, ale gdy tylko załapałam, o co w tym  wszystkim  chodzi,  dostrzegałam  już  same  plusy.  Miałam  ponad  pięćdziesiąt  tysięcy obserwatorów, co w tym świecie oznaczało pewnego rodzaju sukces. 

Przejrzałam  maile  i  odpowiedziałam  na  nowe  zapytania  w  sprawie  warsztatów  i propozycji współpracy. Często godziłam się na takie gościnne występy, bo po pierwsze, z tego właśnie głównie się utrzymywałam, a po drugie, na takie warsztaty przychodziło mnóstwo pozytywnych ludzi, z którymi mogłam dzielić swoją pasję. Dla mnie wolny zawód był idealną opcją, ponieważ nie musiałam się na nikogo oglądać ani od nikogo uzależniać. A gotować lubiłam od zawsze, więc ta praca dawała mi sporo satysfakcji. 

Mój telefon zaczął dzwonić, a na ekranie pojawiło się zdjęcie Roberta. 

– Już się za mną stęskniłeś? – zapytałam. 

– Bardzo – przyznał. – Ale dzwonię do ciebie z prośbą. Kompletnie zapomniałem o wieczornym spotkaniu biznesowym. Wybierzesz się dziś ze mną na kolację? 

– Z tobą i z innymi facetami w drogich garniturach jako twoja dama do towarzystwa? – domyśliłam się, a on się roześmiał, ale nic więcej nie powiedział. 

Często zabierał mnie na takie spotkania. Czułam się wtedy trochę jak Vivian z Pretty Woman, choć tak naprawdę było to przeraźliwie nudne. Zupełnie nie miałam pojęcia, o czym na tych kolacjach rozmawiali ani co uzgadniali. Jedynym pozytywnym akcentem było jedzenie – zawsze przepyszne – i wino, którego było pod dostatkiem. 

– Dobrze – zgodziłam się. – Mam włożyć coś specjalnego? 

– We wszystkim wyglądasz bosko, kochanie, więc to nie ma żadnego znaczenia. 

– W takim razie założę komplet czerwonej, koronkowej bielizny. 

– Tylko jeszcze coś na to narzuć, żeby ci faceci potrafili się przy tobie wysłowić. 

– A po co? – zaczęłam się droczyć. – Jeśli nie będą w stanie się wysłowić, podsuniesz im dokumenty do podpisania i twój deal zostanie szybko zakończony. 

– Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? – zaśmiał się. 

– To już nie jest  pytanie do mnie, kochanie  –  rzuciłam.  –  Więc o której  mam być gotowa? 

– Zaraz wszystko ci prześlę. 

Rozłączyłam się, a on po chwili wysłał mi wiadomość z informacją, o której i gdzie mamy się spotkać. Była dopiero dziewiąta rano, więc do wieczora pozostało jeszcze mnóstwo czasu. Poszłam do kuchni i w końcu zabrałam się do przygotowania porządnego śniadania. 

Pod  restaurację  na  Koszykowej,  jedną  z  tych,  w  których  muzyka  gra  na  żywo, podjechałam Uberem, ponieważ nie wyobrażałam sobie tego wieczoru bez procentów, a poza tym później miałam wrócić z Robertem do niego jego samochodem. 

Mój facet już czekał przed wejściem i kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko. 

– Czy pod tym materiałem znajdę tę czerwoną koronkę? 

Włożyłam  dziś  czarny  opinający  kombinezon  do  kostek  z  dekoltem  w  serek,  który zamówiłam niedawno przez Internet. Teraz w końcu nadeszła okazja, żeby go wypróbować. 

– Jeśli się dobrze postarasz. 

Uśmiechnęłam się, kiedy mnie pocałował. 

– Wyglądasz pięknie – oznajmił, lustrując mój strój. – Może rzeczywiście podsuniemy im tylko papiery do podpisu i stąd wyjdziemy. 

– Nie ma takiej opcji. Mam zamiar sprawdzić, co szef kuchni ma tutaj do zaoferowania. 

Gdy  skierowaliśmy  się  do  wnętrza  restauracji,  zapytałam  Roberta,  czego  dokładnie dotyczyć ma dzisiejsze spotkanie. Powiedział, że umówieni jesteśmy z człowiekiem, który ma dla niego propozycję zainwestowania w budowę nowoczesnego hotelu w centrum Warszawy. 

– Ty się zajmujesz takimi rzeczami? – spytałam. 

Czasami było mi wstyd, że tak mało wiedziałam o jego pracy, ale te całe nieruchomości, spółki, zarządy i Bóg wie co jeszcze niekoniecznie mnie interesowały. Oboje z Robertem nie wnikaliśmy wzajemnie w swoje zawody i to nam raczej odpowiadało. 

– Ja zajmuję się wieloma rzeczami, Martuś – odpowiedział i zapytał kelnera o naszą rezerwację. 

Poszliśmy za nim do stolika, przy którym siedziało już dwóch mężczyzn. Na swoje nieszczęście jednego z nich znałam. Nie widziałam go osiem lat i przez cały ten czas rosła we mnie nienawiść do niego za to, co mi zrobił. Ta nienawiść przyćmiewała jeszcze inne uczucie, którego nie byłam w stanie się pozbyć. A niech mnie diabli, próbowałam. Wiele razy. 

Książkę Oszukany czas kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Oszukany czas
Kinga Tatkowska12
Okładka książki - Oszukany czas

Marta jest kobietą, która głęboko w sercu nosi tęsknotę za tym, co wydarzyło się w przeszłości. Próbując na nowo ułożyć swoje życie, wiąże się z o wiele...

dodaj do biblioteczki
Recenzje miesiąca
Kwestia winy
Małgorzata Rogala
Kwestia winy
Bóg Maszyna
Joanna W. Gajzler
Bóg Maszyna
Prezydentka
Marika Krajniewska
Prezydentka
Znieczulenie
Kamil Wala-Szymański
Znieczulenie
Joker
Natalia Nowak-Lewandowska
Joker
Dwa królestwa. Jedna krew
Renata Czarnecka
Dwa królestwa. Jedna krew
Klejnot z Bizancjum
Weronika Umińska
Klejnot z Bizancjum
Everest
Sangma Francis
Everest
Infantka
Wojciech Nerkowski
Infantka
Pokaż wszystkie recenzje