Pamiętaj o znakach. Fragment książki „Więcej niż zło"

Data: 2022-06-03 09:35:23 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Okaleczony starzec, podający się za wędrownego zielarza.

Kaleki żołnierz z gorącym poczuciem misji.

Młody syn plemiennego wodza, ciągle żyjący w cieniu zmarłego ojca.

Piękna tancerka rzucająca uroki równie łatwo, jak powłóczyste spojrzenia.

Ich losy połączą się w zapomnianej przez Bogów i ludzi wiosce na skraju nieprzebytej puszczy.

Tajemnica okrutnych zabójstw, widmo wojny, mordercze zapędy okolicznych plemion, wreszcie brudna, śmiercionośna magia – z tym wszystkim przyjdzie się zmierzyć ludziom, którzy ledwie się znają, szczerze się nienawidzą i nie powiedzieli sobie ani słowa prawdy. A jednak będą musieli sobie zaufać.

Obrazek w treści

Do lektury powieści Więcej niż zło Eweliny Stefańskiej zaprasza Fabryka Słów. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać premierowy fragment książki Więcej niż zło

II

Ravi musnął palcami rękojeści noży przy pasie, gdy między drzewami dostrzegł pierwsze sylwetki. 

Nadchodzili. Siedmiu mężczyzn o twarzach pociętych na znak hańby – bandyci wygnani z własnych plemion, pozbawione honoru psy. Jeden po drugim wynurzali się z gęstwiny i zbliżali do strumienia na polanie. Światło pełnego księżyca ślizgało się po żeleźcach toporków i migało na okuciach pochew noży. Amulety na szyjach kołysały się w rytm pewnych kroków. Nie kryli swojej obecności ani nie zacierali śladów, już nie musieli. Spotkanie było nieuniknione. 

Pierwszy raz wypatrzono ich w dniu, gdy księżyc zaczynał rosnąć. Przebrodzili Suchą Strugę i weszli w las. Na cudzym terenie poruszali się z początku ostrożnie, kluczyli z dala od uczęszczanych Ścieżek i nadkładali drogi, mijając obozowiska. Dlatego pozwolono im iść bez zwady, a nawet przymykano oczy, kiedy zaczęli polować na zwierzynę większą od ptactwa. Ta szlachetność szybko okazała się błędem i zemściła ledwie księżyc zaczął się dopełniać. Psom urosły brzuchy, pewność siebie i apetyt na więcej. Zmienili kierunek marszu, poszli na zachód, gdzie młoda puszcza wrasta na ziemie ludzi z Dolin. I tam zapolowali na wozy, na kobiety i złoto. A to psuło opinię wszystkim, bo dla ludzi z Dolin wszyscy w puszczy byli tacy sami – głupie dzikusy z drzew. 

Ravi zaklął. Ze spoconego czoła odgarnął plątaninę włosów i piór, dłoń wytarł w nowiutką zamszową tunikę. 

Nie o samą opinię tu chodziło. Ci z Dolin potrafili się mścić i na swój sposób odpłacali za każdą krzywdę. Wkrótce wieść o napadach rozleje się po Dolinach jak wiosenna powódź i kupcy znów przestaną handlować albo policzą za swoje dobra dwa lub trzy razy więcej. Zmniejszy się dostęp do tkanin, narzędzi, a co gorsza, stalowych grotów i ostrzy, znacznie lepszych od tych z kości czy kamienia. Potem zbraknie ziarna, skończy się wino... Nie, tego sobie nie wyobrażał. 

Stał oparty skronią o szorstki pień grabu i nie spuszczał wzroku z gnańców. Miejsce do obserwacji było dość dobre – niewielkie, osłonięte krzewami jeżyn wzniesienie nad polanką – a do tego, co mogło się zdarzyć, jeszcze lepsze. Tutaj las nie był splątaną knieją, w górze biegła ledwie jedna Ścieżka, ale wytyczona po mocnych konarach drzew, otaczających polanę. Wyśmienite warunki do ataku... 

Ravi splunął, przydeptał ślinę. Chciał chwały, potrzebował zwycięstw. Choćby jednego, ale zaraz, teraz, już! Pragnął tego, odkąd na letnim wiecu zadrwiono z niego, pytając, czy pamięta imię ostatniego wielkiego wodza – własnego ojca. Jakby kiedykolwiek mógł o tym zapomnieć... Tak czy siak, musiał wreszcie dokonać czegoś większego. Na przykład przepędzić te psy albo, jeszcze lepiej, na ich gardłach stępić gniew. Od kilku dni obstawał za tym na każdej naradzie drużyny. Wielu wojowników, młodych i równie spragnionych sławy, chętnie go popierało, lecz wtedy głos zabierał Dahla. Był najstarszy w dziesiątce, przeżył prawie czterdzieści zim i wiele wypraw wojennych, i choć rzadziej już walczył w Płomieniach – przez co zasiadał przy ogniu drugi – każdy liczył się z jego zdaniem. A Dahla uważał, że atak to ostateczność i miał na to argument. Jeden jedyny, ale nie do zbicia. 

Ravi poczuł klepnięcie na ramieniu. Dahla, jeśli chciał, poruszał się tak niepostrzeżenie, że ani kościane amulety, które nosił na szyi, ani paciorki we włosach nie wydały dźwięku. 

– I jak? – spytał cicho. Nocny mrok zmienił jego brunatną, spokojną twarz w wykutą z kamienia maskę. Tylko czerwone, przenikliwe oczy starszego zdawały się żywe. 

– Wleką się! – warknął Ravi. Sam już nie wiedział, co go teraz bardziej złości: tamte psy czy porażka na naradzie. Ani jej nie przebolał, ani nie zapił. 

Dahla skinął. Dał znak pozostałym z drużyny, żeby zajęli miejsca na Ścieżce.

– Ruszymy zgodnie z planem – przypomniał.

– Przeż wiem – syknął Ravi i wrócił spojrzeniem na polanę.

Księżyc oblewał las chłodnym bladym światłem. Kamienie na brzegu strumienia, za dnia sine lub bure, połyskiwały teraz bielą jak nagie czerepy. Woda burzyła się i chlupotała, gdy gnańcy przecinali ciek. Ostatni na grubym powrozie ciągnął najcenniejszy łup: pięcioro ludzi z Dolin – dwóch mężczyzn i trzy kobiety. Związani poruszali się sztywno, niemal po omacku, co chwila ktoś się potykał i ranił nogi o kamienie. Cóż, tamci nie mieli oczu dobrych do nocy, ale wciąż żyli. I tak powinno zostać. 

To z powodu więźniów Dahla sprzeciwiał się natarciu. Twierdził, że w razie zagrożenia, bandyci w pierwszej kolejności otworzą gardła porwanych, choćby z przekory. Słusznie, w chaosie walki skrępowani brańcy byli bez szans. 

– Tak, gnańców trzeba się pozbyć – mówił na naradzie – lecz ich krew teraz tylko nasyci naszą dumę. Życie ludzi z Dolin nakarmi nasze żony i dzieci. Dobrze to wiesz, Ravi. 

Wiedział. Mógł sobie pluć i kląć do woli, a prawdy i tak nie zmieni. Jeden żywy człowiek oddany Dolinom wart był wiele worków ziarna, garnków oliwy i dzbanów wina. Lub innych rzeczy w razie potrzeby. Sam potwierdził taką umowę uściskiem dłoni. Zrezygnowany przystał więc na to, żeby rozprawić się z psami słowem, negocjować... Jednak 
gdy Dahla stwierdził, że najlepiej, jeśli sam się z nimi rozmówi i ewentualnie za to zapłaci, Ravi nie wytrzymał. 

– Nie będę tkwić na tyłach! – wrzasnął. – Myślisz, że nie dam rady gadać z byle psem?! 

Starszy nie odpowiedział, ale jego długie milczenie było jak cios między oczy. Do końca narady Ravi żuł gorycz, jaka zaległa na języku. Skinieniem głowy tylko zgodził się na ustalenia, co do działań reszty wojowników, którzy mieli ich osłaniać ze Ścieżki. Co więcej mógł zrobić? Skoro tak, honor nakazywał iść i zmilczeć. 

Dahla ruszył. Ravi otrząsnął się i szybko zrównał z nim krok. Raz jeszcze pogładził rękojeści noży, jakby chciał się upewnić, że ostrza są tam, gdzie powinny. 

Gdy wyszli zza jeżynowych zarośli, kierując się na środek polany, gnańcy od razu ich dostrzegli. Szmer, którym powitali nadchodzących, został ucięty szybkim gestem najwyższego z nich. Starszy, mocny w ramionach mężczyzna o szerokiej twarzy i włosach zebranych w czub wydał rozkaz i ludzie cofnęli dłonie od broni. Bez ociągania wziął pękatą torbę, podszedł. Jak reszta nosił jedynie nogawice ze skórzanych łat i pas z nożami oraz toporkiem. Całą pierś i szyję gnańca pokrywały zgrubiałe blizny.

Znaki były kanciaste, gęste, obce. Tylko kilka symboli przypominało te, które miał Ravi. Wcześniej również nie widział podobnych, a znał na pamięć wzory, jakimi znaczyli skórę wojownicy wszystkich okolicznych plemion. Możliwe więc, że ten pies pochodził z lasów po drugiej stronie Lodowych Kłów. Ravi spojrzał w górę, na twarz wyrzutka i skrzywił się z niesmakiem. Te znaki rozpoznał od razu. 

Wysoki bez słowa rzucił torbę do stóp Dahli. Upadła z grzechotem. Starszy sięgnął po nią, otworzył, wywrócił na lewą stronę. Na mech poleciały stroje z tkanin tak miękkich, że lały się jak woda, skórzane buty, kilka pasów, w tym jeden ozdobiony srebrnymi płytkami, trochę świecidełek, miedziana misa i garść monet. Więc jednak, nie palili się do walki, a ten pies starym zwyczajem chciał kupić przejście. 

Dahla nawet nie popatrzył, co wypadło z torby, odrzucił pusty wór i orzekł:

– Mało.

Wysoki skinął, syknął na swoich ludzi. Ciszę przeciął żałosny krzyk kobiet. Próbowały  czepiać się rąk i ubrań mężczyzn, których brutalnie odciągano. Wkrótce dwóch uprowadzonych wylądowało na kolanach obok dowódcy wyrzutków. Poczęstował ich kopniakami, że z jękiem skulili się na ziemi. 

– Mało – powtórzył Dahla. Gnaniec pokręcił głową. 

– W puszczy gadają, że lasy Narogów pełne są zwierząt, a wojownicy syci i bogaci. Czy nie mają więc dość własnych suk, że chcą sięgać po cudze? – mówił wolno, niemal z szacunkiem, lecz w jego głosie pobrzmiewał zgrzyt ostrzonej na kamieniu stali. 

Ravi aż zacisnął usta. Dahla wszystko zignorował. – Tamte nie są wasze – odparł.

Wysoki parsknął śmiechem.

– Ależ są – rzekł. – Już są. 

Kilka gąb z tyłu zawtórowało mu rechotem. Kpili sobie, bezczelnie kpili...

– Trup niewiele zdziała z suką! – wypalił Ravi, zanim pomyślał, co robi. Wysoki spojrzał na niego, przechylił głowę i nieco otwarł usta, jakby dokonał szczególnego odkrycia. Ravi dobrze znał takie miny. Towarzyszyły mu, odkąd pamiętał i niezmiennie drażniły. W końcu, czy to jego wina, że urodził się jak dziwoląg z oczami w dwóch różnych kolorach?! 

– Za to z trupem suki da się jeszcze wiele zdziałać – podjął gnaniec, nie przestając się gapić. – Chcesz spróbować? 

– Nie – wtrącił szybko Dahla. – Każdy w tej sprawie ma własne upodobania. Nocy nam zbraknie, jak zaczniemy je omawiać, więc do rzeczy... Idziecie bez ludzi z Dolin albo nie idziecie wcale. 

Napięta cisza zawisła nad polaną, nikt jednak nie drgnął i nikt na razie nie wyciągnął broni. Ravi zerknął na starszego, szukając podpowiedzi, lecz spokojna twarz pozostała nieruchoma. Za to gnaniec uśmiechnął się szeroko i oznajmił: 

– Jest spór, znajdzie się rozwiązanie. Zamiast wszystkich, tylko ja i ty. Albo ten młody. Język ma jeszcze za prędki, ale stawiam, że nie dlatego trzymasz go po prawicy.

Jeśli jest tak dobry, jak gadają, tym większa moja przyjemność, gdy go pokonam. 

Wysoki popatrzył Raviemu w oczy, po czym dodał:

– I honor.

Dahla zmarszczył brwi i pierwszy raz przez jego kamienne oblicze przemknął cień niepokoju. Ravi dopiero po chwili zrozumiał sens wypowiedzianych słów. Poczuł, że usta wykrzywia mu brzydki uśmiech. Parsknął krótko i sucho. Ponownie spojrzał na oszpeconą twarz gnańca, na bruzdy, które składały się w czytelny symbol hańby, spojrzał i plunął mu pod nogi. 

– Honor, psie? – wysyczał. – Twoja morda pokazuje co innego. Nie masz prawa żądać próby ognia od nas, prawdziwych wojowników. A może myślisz, że nadal nim jesteś? Nie! Ścierwem jesteś, złodziejem, zdrajcą albo zabójcą własnych dzieci i kobiet! Ciesz się, że w ogóle was słuchamy, zamiast otworzyć wam gardła! – Skończył i w zacietrzewieniu plunął raz jeszcze. 

– Wasza puszcza, wasza wola – odparł cicho gnaniec. – Bez próby w ogniu pójdzie jucha. Ich jucha. – Wskazał na pojmanych i nagle podniósł głos: – Moje zdanie takie, że lepiej być psem bez honoru niż honorowym tchórzem! 

– Odszczekasz to! – wrzasnął jak na zawołanie Ravi i skoczył z pięściami. 

Już mierzył w butną mordę gnańca, już pochwycił jego spojrzenie, bez strachu... Tryumfujące? Cios, aż zadzwoniło w uszach. Las przeturlał się przed oczami. Błysnęła stal. Ravi miał nóż w ręce, jeszcze zanim upadł. Nie użył go, nie zdążył. Młody, hardy z gęby gnaniec przycisnął mu kolanem nadgarstek do ziemi, a do pachy przyłożył odwrócone tępym grzbietem ostrze. Potem wyszczerzył w uśmiechu komplet równych zębów, zarżał. Ravi skrzywił się. Nie rozumiał, dlaczego tamten poprzestał na zaczepce i dlaczego wciąż słyszy tylko jego śmiech zamiast odgłosów walki. 

Rozejrzał się. Dahla stał, gdzie poprzednio, tyle że już nie był spokojny. Jego twarz nie zmieniła się wiele, lecz zaciśnięte w wąską kreskę usta mówiły jasno, że zaraz wybuchnie. Ze Ścieżki zeskoczyło kilku ludzi. Dłonie trzymali na styliskach toporków i rękojeściach noży, ale ich nie dobyli. Gnańcy też sięgnęli blisko broni. I wszyscy czekali, świdrując Raviego wzrokiem. Dziwne, w końcu ostrza zostały wyjęte i z jednej i z drugiej strony. Wiadomy znak, że rozmowy skończone, pokój przecięty... 

Zrozumienie uderzyło w niego z siłą wodospadu. Rękojeść noża, który nadal czuł pod pachą, była owinięta jasnym, nieco wytartym rzemieniem, a pleciony temblak zdobiły dwa piórka. Jedno większe, krucze, a drugie rdzawe, sówki upolowanej rano. 

Oba obnażone noże były jego. 

– Uuuuu-huuuu! – zawył tryumfalnie młody gnaniec. Zerwał się, unosząc zdobytą broń wysoko nad głowę. – Uuuuu-hu-hu-hu-huuuu! 

Odbiegł, podskoczył, po czym rzucił się na ziemię. Wył i wybuchał śmiechem na przemian, wymachując rękoma i nogami w powietrzu jak po przeżarciu się czarną trawą.

Zerwał się ponownie i krzyknął do starszego wygnańca: 

– A tak gadali, Oho, żeby uważać na ostatniego synalka wielkiego wodza. Że szybki, że zręczny wojownik... Żaden wojownik, zwykła ciapa! 

– Ale honorowa, Jari! – zakpił wysoki.

– Tak, zdobyłem nóż honorowej ciapy! Uuuuu-huuuu!!! 

Ravi dźwignął się powoli, najpierw na łokcie, potem na kolana. Słyszał ogłuszający łomot krwi w skroniach. Nic się już nie liczyło, prócz własnego noża w obcej dłoni. Jak to się mogło stać? No jak, farva nat?! 

Wstał i ruszył w kierunku młodego gnańca. Czy uważał to za właściwe, czy nie, będzie walczyć. Nie o więźniów, nie o zyski z wymiany, nie dla dobra sprawy. Teraz naprawdę chodziło o honor. 

Jari ciągle śmiał się, zwycięsko unosząc ręce. Ravi bez słowa chwycił go za pas, wyciągnął nóż gnańca i odszedł się przygotować. Z tyłu usłyszał jeszcze bezbarwny głos Dahli: 

– My ułożymy krąg. Będą walczyć o wszystko: swój spór, łupy w worku, pojmanych, waszą tu obecność. Ale spróbuj złamać zasady, psie, a wtedy i ja wyjmę nóż. 

– I nawzajem – odparł wysoki. Zarechotał. 

Ravi, gdy skryły go krzaki, poderwał się do biegu. Pędził na oślep. Gałęzie drapały mu twarz, niemal obijał się o pnie. W końcu stanął. 

– Nie!!! – wrzasnął, ile tchu w piersiach. 

Wbił ostrze w ziemię. Zrzucił z siebie tunikę, zerwał z szyi amulety, wyszarpnął z włosów część piór i paciorków. 

Krzyknął, walnął pięścią w drzewo. Nie poczuł nic. Zamierzył się do kolejnego ciosu i jeszcze jednego, i jeszcze raz. Krew zabarwiła knykcie. Ale nie czuł nic. Następnego uderzenia nie zadał. Silny chwyt powstrzymał jego ramiona. 

– Gniew kąsa głęboko, nie daj się zjeść – rzekł Dahla. 

Ravi wyrwał się z uścisku starszego i po krótkim wahaniu spojrzał mu w twarz. Spodziewał się wąskiej kreski ust, niemego oskarżenia lecz Dahla wyglądał spokojnie, co sprawiło, że Ravi bezwładnie oparł się o dąb, który wcześniej chciał powalić gołymi rękoma. 

– Nie jesteś zły? – zaczął cicho.

Dahla strzepnął narosłe grzyby z leżącej obok kłody i usiadł.

– Zły? Nie. Tu trzeba mocniejszego słowa.

– Przeze mnie.

To nie było pytanie, jednak starszy odpowiedział:

– Też.

Byli teraz sami i mogli sobie pozwolić na całkowitą szczerość. Dahla sięgnął do skórzanej sakiewki przy pasie i wyjął z niej trzy długie, mięsiste źdźbła czarnej trawy. Dwa podał Raviemu. 

– Ale ty jesteś młody i masz prawo do błędów – mówił, żując część rośliny, resztę zaś gniótł w palcach. – Ja nie. Od początku powinienem działać zdecydowanie i nie pozwolić im wejść do naszego lasu. To po pierwsze. A dziś, kiedy ten pies wygadał się, że rozpytywali o nas, powinienem zwietrzyć, co się kroi. Imię twojego ojca jest ciągle żywe w puszczy i jeśli pada, pada też twoje. A dla nikogo nie jest tajemnicą, że masz po nim gorącą krew. 

Ravi przygryzł wargę. Porównanie do ojca na nowo go rozdrażniło. Chciał zaprotestować, lecz nagle uznał to za nieważne. Sok czarnej trawy zaczynał działać. Las rozjarzył się tyloma odcieniami zieleni, że trudno było je zliczyć, a czas zwolnił wraz z uderzeniami serca. Po chwili Ravi miał wrażenie, że dostrzega pojedynczy ruch skrzydeł przelatującej obok ćmy. 

– Teraz wiem, że od początku liczyli na taki obrót sprawy – ciągnął Dahla. – Walka jeden na jeden to lepiej niż dziesięciu na siedmiu. I szansa na zatrzymanie łupów.

Całkiem nieźle to rozegrali. 

Westchnął, uśmiechnął się oczami. Jego źrenice, rozszerzone na skutek działania czarnej trawy, wyglądały jak dziury bez dna. 

– Ale i ty masz, czego chciałeś – podsumował. 

Ravi rozwiązał rzemienie i odwinął paski skóry oraz materiału chroniące przedramiona. Potem zaczął nawijać je na nowo, lecz tylko na śródręcze, nadgarstek i nieco powyżej, za to mocniej i grubo na wierzchu dłoni. Przyda się, jeśli będzie musiał zbijać broń przeciwnika. Jednym z rzemyków zebrał włosy na karku, zdjął swój pas, dając go starszemu na przechowanie, zzuł buty i w końcu sięgnął po sterczący z ziemi nóż. Całkiem dobrze leżał w dłoni, mimo że Ravi przywykł do klingi nieco krótszej i węższej. Poza tym ostrzu niczego nie można było zarzucić: stalowe, zadbane, naostrzone. Ravi kilka razy przeciął powietrze, przerzucił broń z ręki do ręki, żeby ją wyczuć. Kiedy skończył, Dahla wstał z kłody. Ravi przymknął oczy i pozwolił zaczernić sobie powieki. Odmówili krótką modlitwę. Był gotów. Prawie.

– Nie zauważyłem, kiedy on... mój nóż... – przyznał z wahaniem.

– Wiele się wtedy zdarzyło, a młody pies już był po trawie. – Dahla złapał Raviego za ramię. – Pamiętaj, kim jesteś. Pamiętaj o znakach. Możemy iść? Poszli. 

Polana skąpana była w ciepłym, zapraszającym blasku, choć płynął on tylko z jednej, trzymanej przez wysokiego gnańca pochodni. Przy każdym ruchu ręki lub podmuchu wiatru płomień na końcu kija giął się, skręcał postrzępiony ogon, niemal przygasał, by po chwili wystrzelić znów prosto, rozjarzyć się bardziej, zatrzepotać mocniej. 

Więźniów z Dolin uwiązano do drzewa. Tulili się do siebie jak pisklęta. Tylko dwoje, gruby mężczyzna w brunatnej tunice i najstarsza kobieta odważnie obserwowali to, co się działo. 

Na środku polany czekał krąg. Oczyszczone do gołej ziemi miejsce, otoczone obręczą chrustu. Mniejsze niż Ravi się spodziewał. Na pięć, sześć kroków? Szykowała się krótka walka. Skoczą raz, może drugi, żeby wyczuć przeciwnika, potem któryś okaże się szybszy, dokładniej oceni odległość, lepiej wykorzysta ofiarowany przez czarną trawę czas. Trafi, zrani, dobije lub, co gorsza, wypchnie z kręgu i zhańbi bardziej niż śmierć. 

Pamiętaj o znakach. 

Spojrzał na swoje ramię, na rząd kilkunastu równych wypukłych blizn, jedna pod drugą. Jego znaki, widzialny ślad po każdym wcześniejszym zwycięstwie. Ale przeciwnik, który czekał na niego w kręgu, również miał swoje znaki. I one mówiły coś podobnego. 

Młody gnaniec lekceważąco prychnął. Cały czas bawił się nożem, podrzucał go, przekładał ostrze między palcami. Głupie sztuczki, które zna byle dzieciak. Ravi dostrzegł brak piórek. 

Wszedł w krąg. 

Powieść Więcej niż zło kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Więcej niż zło
Ewelina Stefańska5
Okładka książki - Więcej niż zło

Każde zwycięstwo ma swoją cenę. Okaleczony starzec, podający się za wędrownego zielarza.Kaleki żołnierz z gorącym poczuciem misji. Młody syn plemiennego...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo