Portret w zielonej sukni. Fragment książki „Dama ze szmaragdami" Pauliny Kuzawińskiej

Data: 2020-03-16 10:21:02 Autor: Piotr Piekarski

Zagadkowa śmierć niedoszłej panny młodej, tajemniczy obraz i zamożna rodzina Verinderów, która zdaje się coś ukrywać… To właśnie znajdziecie w powieści Dama ze szmaragdami Pauliny Kuzawińskiej!

Pewnej burzowej nocy w starej rodowej posiadłości niespodziewanie umiera młoda dziewczyna. Czy śmierć Claire ma jakiś związek z olejnym portretem, do którego pozowała? A może zadziałała legendarna klątwa związana z pięknym szmaragdowym naszyjnikiem, również uwiecznionym na obrazie? Młoda arystokratka Madeline Hyde próbuje odkryć przyczynę śmierci ukochanej przyjaciółki. Zagłębia się w gąszcz niebezpiecznych tajemnic, które zdają się coraz mocniej oplatać Dwór pod Cisami i jego mieszkańców. To doskonałe połączenie sensacyjnej intrygi w stylu retro, subtelnego wątku romantycznego i zbrodni, która budzi starą rodzinną legendę.

Obrazek w treści

– Wszyscy lubimy rozwiązywać zagadki, kochamy także opowieści o wszelkiej maści geniuszach. Sama uwielbiam historie Conana Doyle'a, dlatego napisałam powieści, których klimat do nich nawiązuje. Ale moja bohaterka jest całkiem innym typem detektywa niż Sherlock Holmes, jeżeli w ogóle można tak o niej powiedzieć. To młoda kobieta, która stara się sprostać sytuacji, w jakiej niespodziewanie się znajduje, kiedy w jej otoczeniu dochodzi do domniemanej zbrodni

- wywiad z Pauliną Kuzawińską, autorką powieści.

Do lektury powieści zaprasza Wydawnictwo Lira. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Dama ze szmaragdami. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:  

2. Dwór pod Cisami

Powóz zatrzymał się z chrzęstem kół na białym żwirze naprzeciw potężnych drzwi dworu o trzech kondygnacjach z szarego piaskowca.

Wstrzymałam oddech. To był najprawdziwszy zamek! Monumentalna fasada pięła się ku niebu kamienną stromizną na podobieństwo wrośniętego w ziemię menhiru, niewzruszonej upływem lat pamiątki po dawno zapomnianych plemionach… Od samej liczby błyszczących okien budowli zawirowało mi w głowie. Rozległe skrzydła były zwieńczone basztami przykrytymi przez miedziane hełmy, z ozdobnymi lukarnami i okrągłymi okienkami, nazywanymi z francuskiego „bawole oko”.

Wyszłam z powozu i zadarłam głowę. Nad kamiennym portalem górował fronton wypełniony płaskorzeźbami, które onieśmielały swym rozmachem — grupa postaci, zaczerpniętych zapewne z mitologii, zdawała się wirować w dziwnym tańcu, a może raczej w chaosie rozgrywającej się między blokami kamienia bitwy.

Jak tylko konie się zatrzymały, pojawiło się dwóch lokajów w eleganckich liberiach — pierwszy zajął się moim bagażem, drugi zaś, skłoniwszy się głęboko, poprowadził mnie ku wejściu. Kołatka w kształcie mosiężnej wilczej głowy ukazywała arsenał błyszczących kłów, ale lokaj uchylił przede mną skrzydło grubych drzwi, ignorując groźną minę ich strażnika.

Moje obcasy zastukały na posadzce okrągłego holu, który przykryto kopułą z mlecznobiałego, zadymionego szkła. Ten dźwięk zabrzmiał jak uderzenia monety rzuconej na dno dawno wyschniętej studni. Miałam wrażenie, że nawet szelest mej sukni odbija się silnie rezonującym echem, po czym ginie gdzieś w przepastnych korytarzach domostwa, które wypełniają jego kamienne ciało niczym labirynt skomplikowanych arterii. Kiedy lokaj odebrał ode mnie płaszcz, postąpiłam kilka kroków naprzód. Z holu na prawo i lewo rozchodziły się długie amfilady pełnych przepychu salonów i saloników.

Ogarnął mnie zachwyt. Kasetonowe stropy, intarsjowane, antyczne meble z pociemniałego dębu, marmurowe kominki, mistrzowskie obrazy oraz werdiury z pięknie tkanymi scenami łowów przenosiły mnie w dostojną, zamierzchłą przeszłość…

— Czy to panna Madeline? — Ktoś wypowiedział moje imię.

Odwróciłam się. Ciągiem ozłoconych przez kapryśne słońce pomieszczeń sunął ku mnie młody mężczyzna w świetnie skrojonym, ciemnym garniturze, z jasnym fularem zawiązanym na szyi w modny węzeł. Rozpoznałam w nim narzeczonego Claire — młodego lorda Dereka Verindera, którego spotkałam po raz pierwszy w Londynie na ich zaręczynowym przyjęciu. Wysoki i smukły, o ciemnych, wijących się włosach przygładzonych na skroniach odrobiną pomady, z daleka błyskał ku mnie dewizką kieszonkowego zegarka. Jego ruchy były sprężyste i pełne niewyszukanej, naturalnej gracji. W duchu musiałam stwierdzić to samo, co podczas owego przyjęcia — Derek Verinder podobałby się kobietom nawet bez swojego majątku oraz tytułu hrabiego.

Młody lord ujął mą dłoń i nachylił się ku niej, po czym zajrzał w moje oczy z uśmiechem. Spojrzenie jego złoto-zielonych, przejrzystych oczu było czyste i pełne przyjacielskiej serdeczności. Jeżeli miałabym dostrzec w nich cokolwiek innego, byłby to — być może — cień jakiejś romantycznej melancholii, którą zapewne każdy wrażliwy człowiek rozwinąłby w sobie, obcując co dnia z tyloma pamiątkami świetnej przeszłości.

— Lordzie Verinder…

— Proszę zwracać się do mnie po imieniu. — Derek lekko trącił smukłą dłonią powietrze, jak gdyby chciał odegnać ciężką aurę konwenansów, która otaczała go na co dzień. Na jego małym palcu błysnął złoty sygnet. — Czyż nie zostaliśmy sobie przedstawieni na zimowym przyjęciu w Londynie? Jest pani przyjaciółką Claire, a więc i moją — zapewnił.

— W takim razie proszę mi się odwzajemnić.

— Oczywiście, Madeline. — Uśmiechnął się. — Czy mogę zaproponować herbatę, a może kawę albo odrobinę wina? Na podorędziu mamy świetne francuskie roczniki… A podkuchenna właśnie przygotowuje podwieczorek. Jeśli chciałabyś przedtem chwilę wypocząć po podróży, twój pokój oczywiście czeka…

— Dziękuję, nie czuję się zmęczona. Podróż była wspaniała. Przez całą drogę ze stacji zachwycałam się tutejszą wiosną.

Woźnica powiedział, że celowo wybrał najbardziej malowniczą trasę, choć nadłożył przez to nieco drogi.

— Doprawdy? Jeżeli zatem nie nadwyrężyłaś sił, co powiesz na to, bym oprowadził cię po rezydencji?

— Bardzo chętnie — odparłam, mimowolnie rozglądając się wokoło. Przepych wnętrz nieodparcie mnie fascynował, ale i odrobinę przytłaczał. — Ale najpierw chciałabym przywitać się z Claire. — Byłam lekko zawiedziona, że przyjaciółka nie wyszła mi na spotkanie.

— Musisz jej wybaczyć — odparł Derek. — Powinna zjawić się za jakiś czas. Jeszcze nie skończyła pozować malarzowi. Mistrz pędzla wynajęty przez moją matkę przestrzega długości każdej sesji co do minuty. Cóż, chyba tacy właśnie są artyści… Claire pisała ci o portrecie?

— O tak! — Uśmiechnęłam się. — Portret w zielonej sukni! Obraz ma być prezentem ślubnym, prawda?

Poczułam się zaintrygowana. Listy Claire rozbudziły moją ciekawość co do tego tajemniczego portretu. Sam pomysł jego wykonania wydawał mi się szalenie romantyczny, poza tym, oczywiście, mile łechtał drzemiącą w każdej pannie nutkę kobiecej próżności. Która młoda dama nie zechciałaby zostać uwieczniona przez artystę, kiedy jej uroda jest w fazie największego rozkwitu, a ona sama przygotowuje się do niezapomnianego wydarzenia, jakim jest ślub?

— Nigdy nie oglądałam przy pracy zawodowego malarza. Czy nie mogłabym zajrzeć do Claire i przez chwilę jej poasystować? — spytałam z nadzieją. W jednym z listów Claire wspominała, że bardzo chce mi pokazać zabytkową zieloną suknię, a przede wszystkim naszyjnik ze szmaragdami, który ofiarowała jej przyszła teściowa. Pomyślałam, że ucieszy się, kiedy zrobię jej niespodziankę i ukradkiem wejdę do pokoju zamienionego na pracownię. — Obiecuję, że będę zachowywać się cicho, żeby nie rozpraszać artysty — zapewniłam z niewinnym uśmiechem.

— Wykluczone! — odpowiedział nagle głos cichy jak świst wiatru, lecz nacechowany stanowczością. Odruchowo podążyłam za nim wzrokiem.

Po szerokich dębowych schodach z szelestem sukni schodziła ku nam kobieta w wieku lat pięćdziesięciu lub więcej. Jej kroki były niespieszne i płynne, i mimo wieku damy tak lekkie, że prawie nie słyszałam stukotu obcasów. Ich właścicielka zdawała się płynąć w powietrzu. Niezwykle elegancki krój jej sukni o barwie orzecha podkreślał doskonałą sylwetkę.

Ogon sukni ześlizgiwał się po kolejnych stopniach. Kiedy wytworna pani stanęła na ostatnim z nich, Derek podał jej ramię i pomógł pokonać odległość kroku, która dzieliła ją od posadzki.

— Matko, to nasz gość, panna Madeline Hyde. Madeline, oto moja matka, hrabina Georgiana Verinder, wdowa po lordzie Jamesie Verinderze.

— Milady. — Dygnęłam głęboko. — Czuję się zaszczycona.

Hrabina podała mi bladoróżową dłoń o wypielęgnowanych paznokciach. Jej miękki uścisk trwał odrobinę dłużej, niż się spodziewałam. Widać i ona, podobnie jak jej syn, pragnęła okazać mi swoją serdeczność.

— Proszę darować mi apodyktyczny ton — powiedziała, zaglądając mi w oczy spod ciężkich powiek, które przywodziły na myśl połówki bladych muszli, skrywające czarne perły źrenic. — Mam bardzo przesądny stosunek do niektórych spraw. Kawaler nie powinien oglądać portretu przyszłej panny młodej przed ślubem. Skutkiem może być nie tylko nieudany obraz, lecz przede wszystkim nieudana ceremonia.

Skinęłam głową z głębokim dygnięciem. Nie zamierzałam zaczynać mej wizyty we Dworze pod Cisami od wchodzenia w dyskusję z panią domu — nawet jeżeli w tej roli miała zastąpić ją niebawem moja najbliższa przyjaciółka…

— Skoro takie jest pani życzenie, milady — rzekłam cicho. Hrabina Verinder puściła moją dłoń.

— Ten obraz ma być niespodzianką — dodała, z przelotnym uśmiechem zerkając na syna, a ja pomyślałam, że w młodości musiała być przepiękną kobietą. Mimo zmarszczek wokół oczu i ust jej twarz wciąż odznaczała się klasycznymi proporcjami, zaś dumny profil przywodził na myśl marmurowe popiersia rzymskich matron. Grube włosy zwinięte na karku w ciężki węzeł skrzyły się w słońcu zaledwie kilkoma pasmami platynowej siwizny.

Przeszliśmy we trójkę do wielkiego, lecz zaskakująco przytulnego salonu pełnego antycznych mebli, kryształowych luster i obrazów w grubych złoconych ramach, które odcinały się na tle tapet ze skóry wytłaczanej w wijące się hipnotycznie geometryczne desenie. Nad kominkiem wisiał barwny poczet tarcz herbowych kolejnych hrabiów z rodu Verinderów, którzy zamieszkiwali ten zamek. Niebawem dwóch lokajów podało herbatę w maleńkich filiżankach oraz ciasta na srebrnej paterze.

Derek Verinder podjął wcześniej przerwany wątek. Chyba uważał za swój obowiązek zaprezentować mi zarówno zamek, jak i jego mieszkańców.

— Zapewne pamiętasz moją młodszą siostrę Alice? To osóbka, której nie da się zignorować — powiedział ze śmiechem. — Zobaczycie się przy kolacji o siódmej. Obawiam się, że teraz Alice…

— Teraz ta uparta dziewczyna ugania się konno po okolicznych wzgórzach, zapewne siedząc w siodle jak mężczyzna — wtrąciła cicho hrabina na poły z czułością, na poły z rozżaleniem. Z jej piersi wyrwało się głębokie westchnienie, jak gdyby szła na ustępstwo w obliczu nieszczęścia, któremu wcześniej wielokrotnie próbowała się już przeciwstawić. Następnie wyciągnęła dłoń do syna, żeby lekko poklepać go po ręku.

— Na szczęście mam jeszcze ciebie, Derek — rzekła cicho. — Z całego rodzeństwa właśnie ty odziedziczyłeś wszystko, co najlepsze.

Wsłuchując się w brzmienie tych słów, zaczęłam się zastanawiać, czy miała na myśli wyłącznie hrabiowski tytuł, czy też chodziło o coś więcej.

— Rodzeństwa? — podchwyciłam odruchowo i zaraz odrobinę się speszyłam. — Jest ktoś jeszcze oprócz Dereka i Alice? — zapytałam, nie kryjąc zaskoczenia.

— Mój młodszy brat, Dexter — odparł Derek i jakby spoważniał.

— Niestety nie pamiętam go — wyznałam, coraz bardziej zawstydzona własnym roztrzepaniem i nieuwagą. Gorączkowo przeszukiwałam głowę w poszukiwaniu umykających wspomnień z oszałamiającego rautu na cześć narzeczeńskiej pary, który odbył się tej zimy w Londynie. Na szczęście Derek szybko wyprowadził mnie z błędu.

— Nie możesz go pamiętać. Nie było go na przyjęciu.

— Ach tak… — zawiesiłam głos. Poczułam się mocno zaskoczona. Jakież powody mogły odwieść kogoś od uczestnictwa w przyjęciu zaręczynowym własnego brata? Czyżby pomiędzy dwoma synami hrabiny istniał jakiś żal albo rywalizacja?

— Tej zimy Dexter źle się czuł — wyjaśnił Derek. — Jest dość chorowity… To specyficzny człowiek. Jego również poznasz przy kolacji.

Hrabina spoglądała za okno złożone z zielonych, romboidalnych szybek zespolonych ołowiem. Na parapecie coś się poruszyło — nie wiedzieć kiedy na podłogę bezszelestnie niczym obłoczek sadzy zeskoczył czarny kot — sierść miał puszystą jak dym, a ślepia żółte jak siarka. Lady Verinder pogładziła go po trójkątnej głowie, po czym zmieniła temat.

— Pani pokojówka, panno Hyde…

— Proszę mi mówić: Madeline — przerwałam łagodnie. — I nie przyjechałam z pokojówką.

— Przyjechała pani bez pokojówki? Całkiem sama? powtórzyła starsza dama, jak gdyby odnalazła pewną trudność w przyswojeniu sobie moich słów. — Przydzielę pani zatem osobistą pomoc. Na szczęście nie narzekamy na brak wykwalifikowanej służby — oświadczyła, po czym lekko się uśmiechnęła. — Widzę, że jest pani nowoczesną młodą damą. Zapewne popiera pani ruch sufrażystek? Ja również! — zapewniła z nieoczekiwaną wesołością. — Kiedy mieszka się w domu takim jak ten, łatwo zapomnieć, że czas płynie bez ustanku… Przypomina o tym tylko lustro. Jestem bardzo przywiązana do tradycji, lecz rozumiem potrzebę postępu. Gdyby nie postęp, zmienilibyśmy się w mumie. Stare rody, jak nasz, potrzebują świeżej krwi! — dodała i ścisnęła mnie za rękę. — A oto i powiew świeżości w tym domu! — zawołała na widok wchodzącej do salonu Claire.

Książkę Dama ze szmaragdami kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dama ze szmaragdami
Paulina Kuzawińska1
Okładka książki - Dama ze szmaragdami

Zagadkowa śmierć niedoszłej panny młodej, tajemniczy obraz i zamożna rodzina Verinderów, która zdaje się coś ukrywać… Pewnej burzowej...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo