Poprowadzę tę sprawę. "Bliska znajoma"

Data: 2021-12-09 09:58:15 | Ten artykuł przeczytasz w 31 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Co zrobić, gdy wyczerpało się wszystkie możliwości, a porwany z ulicy jedenastolatek nadal pozostaje zaginiony? To pytanie zadaje sobie komisarz Sławomir Kruk na początku piątej doby poszukiwań.

Odpowiedź, której sam sobie udziela, jest przerażająca.

W rezultacie Kruk, podejrzewany o przekroczenie uprawnień i tortury wobec sprawcy porwania, trafia pod ostrzał mediów, a czynności wyjaśniające w jego sprawie prowadzi funkcjonariuszka Biura Spraw Wewnętrznych Policji, Lena Milewska.

Mimo niesprzyjających okoliczności Kruk ulega urokowi pięknej nadkomisarz. Gdy kobieta pewnego dnia znika, zaczyna jej szukać i badać jej życie prywatne. Sytuacja coraz bardziej się zapętla, a sprawę utrudnia fakt, że w związku z toczącym się wobec Kruka postępowaniem, komisarz zostaje zawieszony.

Obrazek w treści Poprowadzę tę sprawę. "Bliska znajoma" [jpg]

Do lektury książki Bliska znajoma Piotr Górski zaprasza HarperCollins Polska. Ostatnio mogliście zapoznać się z pierwszymi rozdziałami książki, tymczasem już teraz zapraszamy do lektury kolejnego fragmentu powieści:

Rozdział 7

– Na rany Chrystusa. – Alicja Lalkarz uniosła dłonie do ust, gdy powitała Kruka w drzwiach mieszkania. – Co ci się stało?

Wręczył jej białe kwiaty i białe wino.

– Zły dzień w pracy. – Pocałował ją w policzek.

Z salonu dobiegały dźwięki muzyki i głosy rozmawiających ludzi. Paweł wyszedł stamtąd się przywitać. Był jeszcze bardziej elegancki niż zwykle.

– Cieszymy się, że przyszedłeś – powiedział w najbardziej szczery sposób, na jaki potrafił się zdobyć.

– Widziałeś twarz Sławka? – Alicja wciąż wpatrywała się w Kruka. Była piękną kobietą, nieco młodszą od męża, ubraną w czarną sukienkę, na którą narzuciła lekki czerwony szal. – Dlaczego mi nie powiedziałeś? Kto mu to zrobił?

– Zły człowiek – odparł Paweł i zaprosił Kruka do środka.

Przy dużym stole siedziało kilka osób. Był Marcin Zych z żoną, która drgnęła, gdy zobaczyła twarz Kruka, ale nic nie powiedziała. Rawiczowie, sąsiedzi Lalkarzy, najmłodsi w tym towarzystwie. Kruk kiedyś ich poznał, ale zapomniał, bo byli zupełnie nijacy. I kobieta w czerwonej sukience.

Był zaskoczony, bo znał ją z widzenia. Kiedyś, bo ostatnio jej nie widywał. Alicja przedstawiła ich sobie: kobieta nazywała się Lena. Obrażenia jego twarzy nie zrobiły na niej wrażenia albo Kruk niezbyt ją zainteresował, choć wyznaczono mu miejsce obok niej. Interesował ją za to Kazimierz Rawicz i jego wykład o polityce. Z tego, co Kruk kojarzył, Rawicz nigdy nie gadał o niczym innym, choć gadał dużo, a jego żona w ogóle nie mówiła o czymkolwiek.

Kruk zjadł trochę zimnego kurczaka i sałatki. Nie tknął wina, ale wypił kieliszek wódki. Matylda Zych wtrąciła coś do rozmowy i Rawicz się oburzył. Pouczył Matyldę, dlaczego się myliła. Nie spuszczał przy tym wzroku z Leny, jej zainteresowanie mu pochlebiało.

Miała wdzięk. Niektóre kobiety to mają i już. Miała też delikatne rysy i usta w kolorze sukienki nieznacznie podkreślone konturówką. Raz czy dwa rzuciła badawcze spojrzenie na Kruka. Kruk, dla odmiany, przyglądał się jej bez skrępowania.

Matylda odezwała się drugi raz i tym razem tak bardzo oburzyła Rawicza, że zerwał kontakt wzrokowy z Leną, wdając się z Matyldą w dyskusję. Lena poprosiła Kruka, żeby nalał jej herbaty z dzbanka.

– No i jak ci się podobam? – spytała cicho, nachylając się i muskając jego ramię końcami czarnych włosów.

Kruk także nachylił się do niej, zajmując się herbatą, ale nie odpowiedział na pytanie.

– Bo jeśli ci się nie podobam – mówiła dalej, a w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki – byłaby szkoda. Podejrzewam, że cała ta kolacja została wyprawiona na naszą cześć.

Kruk tylko się uśmiechnął, a ona dodała:

– Wiesz o tym czy nie wiesz, detektywie? Bo ja w każdym razie nie czuję się z tym swobodnie.

– Pierwszy raz w takiej sytuacji?

– Czuję się jak nieładna stara panna na wydaniu.

– Ani nieładna, ani stara… – zawiesił głos.

– To chyba jakiś zamaskowany komplement – zauważyła, po czym dokończyła: – …ani panna. Zgadza się, umiesz wyciągać zeznania ze świadka.

– Mam trochę doświadczeń w tego typu ustawkach.

– I jak je znosisz? Te ustawki?

– Zwykle się upijam.

– Mogę pomóc. Napełnić ci znowu kieliszek czy od razu szklankę?

Kruk nie wytrzymał i wyszczerzył zęby.

Lena też się roześmiała, a Kruk zauważył kątem oka, że Alicja była zachwycona.

– To w związku z tym, że jestem swatana, założyłam tę szaleńczo czerwoną sukienkę – wyznała cicho Lena.

– A jak podjęłaś decyzję, żeby tu przyjść?

– Nie dostałam wyboru.

Rawicz zorientował się, że stracił jej zainteresowanie, i posmutniał. Jego żona, dla odmiany, poweselała. W dalszym ciągu uparcie milczała, ale milczała radośniej.

Lena przeprosiła i poszła do łazienki. Alicja wyszła do kuchni dokroić ciasta. Kruk poczuł się samotny i poszedł jej pomóc.

– Nie wiedziałem, że zaproszenie to pułapka.

Stała do niego profilem, zajęta krojeniem sernika. Ostrożnie przenosiła odkrojone kawałki na nożu na talerz.

– Wiedziałeś. Lena chyba cię polubiła. A ty co o niej sądzisz?

Kruk swoje myślał, ale nie palił się tym dzielić. Alicja opłukała nóż w zlewie, wytarła ścierką i odłożyła go do szuflady.

– To piękna i inteligentna kobieta, Sławek. Jak będziesz się guzdrał, ktoś bystrzejszy sprzątnie ci ją sprzed nosa.

– Tym lepiej dla niej.

– Jestem przyjaciółką Leny. Gdybym tak uważała, nie byłoby cię tu dzisiaj.

Była w Alicji jakaś potrzeba porządkowania świata. Kruk istniał dla niej w strefie chaosu i chyba uważała, że trzeba go stamtąd wyciągnąć w dobry i rokujący związek z Leną, która – sądząc po ostrzeżeniach Pawła – prawdopodobnie sama balansowała niebezpiecznie blisko krawędzi. Z dwóch kawałków chaosu Alicja usiłowała ulepić jeden kawałek czegoś dobrego. Takie próby mogą podejmować jedynie dobrzy ludzie.

– Pokłóciliście się z Pawłem? – spytała.

– To nic takiego.

– O co poszło?

Wzruszył ramionami. Alicja podała mu talerz z sernikiem, żeby go zaniósł do pokoju. Jej wzrok znowu zatrzymał się na siniakach i zabliźniających się rozcięciach skóry na jego twarzy.

– To się zagoi – zapewnił ją.

– Nie masz już dwudziestu lat, Sławek.

– Nie mam już nawet trzydziestu.

– Zacznij dbać o siebie, proszę.

W kuchni pojawił się Paweł. Wyjął talerz z rąk Kruka i włożył go w ręce żony, która zrozumiała aluzję. Westchnęła, odwróciła się w stronę drzwi. Dłoń Pawła dotknęła jej łokcia, przypadkiem musnęła jej biodro. Alicja niemal niedostrzegalnie nachyliła się ku niemu i zostawiła ich samych.

– Pamiętasz, co ci mówiłem? – rzekł Lalkarz. – Trzymaj się od Leny z daleka.

– Bo co?

– Cytując klasyka: bo jajco.

– Twoja żona zaprosiła mnie, żebym ją poznał. Też nalegałeś, żebym przyszedł. Posadziliście nas obok siebie.

– Alicja jest z branży medycznej, nie rozumie policyjnych niuansów. Powiedziałem jej, że to zły pomysł, a ona na to, że Lena jest sama, ty jesteś sam, że zaprosimy was oboje, a reszta w rękach losu. Nie dała sobie przetłumaczyć.

Kruk pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Nie spisałeś się, żeby ją odwieść od tego pomysłu. Więc teraz ja mam się spisać.

– Widzę, jak gapisz się na Lenę.

– A wydawało ci się, że jak będę się gapił na taką kobietę?

– Jeszcze raz, jeśli nie dotarło: uważaj na nią. – Nawet cień uśmiechu nie pojawił się na twarzy Pawła, gdy w końcu wypalił: – Ona jest z BSWP.

Kruk tylko się uśmiechnął. Bardzo lekko, bardziej do siebie niż do Pawła. Dla Kruka byłoby lepiej, gdyby pracowała w piekle. Tylko że po tym, jak zamienił z nią kilka słów, nawet piekło by go od niej nie odciągnęło.

– Myślisz, że zamykałem oczy, gdy widywałem ją na korytarzach komendy? – spytał. – Że tego nie wiem?

– Tym lepiej, sam rozumiesz, co masz zrobić.

– Za późno – powiedział Kruk.

Paweł jakby go nie usłyszał.

– Wara od niej.

– Czemu mówisz o tym dopiero teraz? Nigdy nie wspominałeś, że Alicja zna kogoś w biurze.

– Wspominałem.

Faktycznie. Paweł mówił o tym, i to parę razy, choć co to miało w tej chwili za znaczenie?

– Słabo to rozegrałeś – mruknął Kruk. – Ale możesz mieć jeszcze nadzieję, że moja rozbita gęba ją do mnie zniechęci.

Zostawił Pawła w kuchni, bo Lena wyszła z łazienki.

 

Rozdział 8

Dziesięć minut później stali na tarasie, bo Lena chciała zapalić. Światła nocy miały w sobie coś magicznego, a tego wieczora ich magia ujawniała się w całej pełni.

– Paweł już cię przede mną ostrzegł?

– Wydaje mu się, że musi.

– Alicja wymogła na nim, żeby nie mówił ci przed kolacją.

Kruk miał ochotę się roześmiać.

– Tak, jest bardzo karnym mężem.

– I co teraz?

– Przecież biuro nie kazało ci mnie uwieść, żeby się do mnie zbliżyć.

Odsunęła się.

– Wiesz, że to, co mówisz, jest obraźliwe? Powinnam dać ci w twarz i wyjść.

– Bij, jeśli chcesz. Ale zostań.

Twarz miała poważną, Kruk zrozumiał, jak musi wyglądać podczas prowadzenia przesłuchań. Jednak gdzieś tam, w najdalszym kąciku ust, mimo wszystko usiłował wypatrzyć cień uśmiechu.

– Chcesz, żebym została?

Badawczym spojrzeniem obrzucił pokój za szybą i siedzących przy stole ludzi.

– Jeśli zaczęłabyś się teraz żegnać, narobiłabyś tylko zamieszania.

Wydmuchnęła dym, który szybko rozpłynął się w mroku.

– Przyszłam, bo byłam ciebie ciekawa. Trochę o tobie słyszałam, Ala też dużo opowiadała.

– Jak się poznałyście?

– Przed kilku laty, na kursie samby. Ala przyszła z Pawłem, ja z moim Kubą. Szukaliśmy z Kubą czegoś, co moglibyśmy robić razem. Mieliśmy wtedy taki czas, że wszystko robiliśmy oddzielnie. Od razu przypadłyśmy sobie z Alą do gustu.

Kruk nie miał pojęcia, że Paweł uczył się samby. Z jakiegoś powodu trzymał to w tajemnicy.

– Najbardziej ciekawią mnie losy Kuby – rzekł.

– Kuba ostatecznie udusił się w małżeństwie, kursy samby nie pomogły.

– Ale tak w ogóle to żyje?

– Ma dziecko z moją przyjaciółką.

– Wciąż jest twoją przyjaciółką? – Gdy zwróciła wzrok na drzewa w ogrodzie, zaproponował: – Właściwie to nie mówmy o tym.

– Sam zapytałeś.

– Aby się upewnić, że Kuby już nie ma.

Przyjemnie było patrzeć na ogrodowe światła pomiędzy wiecznie zielonymi tujami. Lena skończyła palić i zdusiła niedopałek cienkiego papierosa w małej mosiężnej tarasowej popielniczce. Kruk nie miał pojęcia, że takie istnieją.

Przyjemnie było czuć alkohol szumiący w głowie tylko trochę, nie za dużo, dokładnie tyle, ile trzeba, by się odprężyć i na chwilę zapomnieć o rzeczach, o których nie chciało się pamiętać. Ale alkohol sam z siebie nigdy nie załatwiał niczego. To obecność tej kobiety barwiła noc. Przede wszystkim przyjemnie było patrzyć na jej profil rysujący się miękko w półmroku.

Rozmawiali przyciszonymi głosami o różnych rzeczach, żadna nie była istotna i o żadnej nie było sensu rozmawiać, chyba że z nią. Ona zdawała się też czuć z nim dobrze, chociaż tak naprawdę Kruk nie dał jej ku temu żadnych powodów. W każdym razie nie wracała do salonu.

– Wierzysz w przeczucia? – spytała nagle, jakby spłynęła na nią magia wieczoru.

– Nie wiem.

– Powiem ci o sobie coś krępującego.

– Trochę za szybkie tempo, ledwo się poznaliśmy.

– Nie chcesz?

Miała ciepło brzmiący głos, który wzbił się o ton wyżej, gdy zadała pytanie.

– Powiedz.

– Uwielbiam dobre jedzenie. Jestem żarłokiem. Czyż to nie krępujące?

Otaksował jej figurę. Wyglądała świetnie. Wszędzie idealne proporcje.

– A co z tym przeczuciem?

– Lubię karmić mężczyzn. Mam przeczucie, że kiedyś coś dla ciebie przygotuję.

Kruk oparł się plecami o poręcz tarasową i skrzyżował ręce na piersi. Za szybą Paweł patrzył w ich stronę.

– Będzie mi miło. Ja raczej nic nie przygotuję dla ciebie, ale mogę cię zabrać gdzieś, gdzie zrobią to profesjonaliści.

– Brzmi nieźle.

Zapadła cisza, którą zakłócały jedynie głosy zza szyby i odgłosy samochodów przejeżdżających z rzadka za ścianą tui.

– Teraz ty powiedz mi coś krępującego o sobie.

– Mówiłem, za szybkie tempo.

– Powiedz.

Z wahaniem skinął głową. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjawił:

– Miałem już parę razy nieprzyjemność z BSWP. Twoje biuro zamierzało mi wyrywać paznokcie.

– Ach tak. – Utkwiła w nim spojrzenie. Chciała coś dodać, zamiast tego potrząsnęła włosami. Na skroni miała małą bliznę, która wcale jej nie szpeciła. – Wracajmy do reszty.

Wrócili i była to bardzo przyjemna kolacja. Zwłaszcza gdy Rawiczowie poszli. Żona Rawicza odezwała się tylko raz. Powiedziała, że na nich już czas, a Rawicz grzecznie wstał i zaczął się żegnać. Patrząc na to, Kruk pomyślał, że niezbadane są relacje łączące dwoje ludzi.

Wszyscy trochę wypili i nawet Paweł się lekko rozchmurzył. Gdy Matylda Zych jako następna z kolei stwierdziła, że na nich też czas, za Marcinem podniosła się Lena, a za nią Kruk. Wszyscy wspólnie uznali, że wezmą jedną taksówkę. Najpierw wysiądą Zychowie, potem Lena i na końcu Kruk. Marcin, który wypił trochę za dużo, uznał, że zabawne będzie, jeśli to Kruk zapłaci za cały kurs, bo będzie jechał najdłużej.

Zych w taksówce dużo mówił, mówił zabawnie i nawet kierowca uśmiechał się pod nosem. Gdy Zychowie wysiedli, Kruk i Lena nie mówili nic. Kruk czuł się niezręcznie, sam nie miał pojęcia dlaczego.

Taksówkarz był młody i co chwilę spoglądał w lusterko wsteczne. Kruk nie miał cierpliwości, już chciał mu powiedzieć, żeby patrzył na drogę, gdy taksówkarz odezwał się pierwszy:

– Nie chcę zabrzmieć jak z kiepskiego filmu, ale wydaje mi się, że ktoś za nami jedzie. Białe suzuki vitara. Chyba taki samochód parkował przy ulicy, z której państwa odbierałem.

Kruk uchwycił ledwie widoczny grymas na twarzy Leny. Marka samochodu coś jej mówiła. Obrócił głowę i rzeczywiście coś za nimi jechało, widział światła białego auta w niewielkiej odległości za nimi. Od jak dawna suzuki podążało ich śladem, czy celowo, czy przypadkiem, o tym mógł mieć coś do powiedzenia wyłącznie taksówkarz.

Ani Lena, ani Kruk nie podjęli tematu, a kierowca nie odezwał się więcej.

Zajechali pod blok Leny.

– Odprowadzę cię – powiedział i zapłacił taksówkarzowi. Zrobił to, zanim się nad tym zastanowił, i dotarło do niego, jak to wygląda.

– Jeśli chcesz.

Wysiedli, powietrze stało się chłodne, lekko mżyło. Lena cofnęła się i powiedziała coś do kierowcy. Skinął głową i popatrzył na Kruka w taki sposób, że Sławkowi wcale się to nie spodobało.

Kruk rozejrzał się dyskretnie. Biała vitara parkowała w tej chwili nieco dalej w ulicy. Kierowca wyłączył światła, ale nie wyłączył silnika. Lena nawet nie spojrzała w tamtym kierunku. Kruk towarzyszył jej pod drzwi prowadzące na klatkę schodową.

– Tu mieszkam – powiedziała. – Dziękuję, że mnie odprowadziłeś.

– Drobiazg.

Stali blisko, lekko skrępowani, patrząc nie tyle na siebie, co poprzez siebie. Lena dotknęła końcami palców swoich ust, a potem ust Kruka. Był to częściowo czuły, częściowo przepraszający gest.

– Nawet nie wiem, czy tego chcesz… Właściwie wiem, bo zwolniłeś taksówkę. – Uśmiechnęła się i spoważniała. – Ale ja nie idę do łóżka na pierwszej randce.

Pokiwał głową. Pomyślał, że gdy się odwróci, taksówka wciąż będzie na niego czekać.

– Będzie okazja sprawdzić, co robisz na drugiej.

Weszła, a drzwi zamknęły się za nią.

Noc ucichła, ściemniała. Niepostrzeżenie, przez te kilka godzin, od kiedy ją poznał, Lena stała się światłem, które rozświetla mrok, przynajmniej dla niego. Pragnął, by go wyrwała z ciemności, ale widocznie rzucał zbyt długi cień, i uciekła. Mogła go zbawić, ale nie chciała.

Kruk ruszył z powrotem do taksówki. W głębi ulicy błysnęły reflektory, białe suzuki zawróciło i zniknęło za zakrętem, zanim miał sposobność, ze starego policyjnego nawyku, przeczytać jego tablice.

 

Rozdział 9

 

Następnego dnia Kruk uświadomił sobie, że nie poprosił Leny o numer telefonu. Niespecjalnie go to zmartwiło. Pracowali w tym samym budynku.

Mimo to w ciągu kolejnych dwóch tygodni spotkał się z nią tylko dwa razy.

Lena była z natury bezpośrednia, ale wymusiła pewien dystans i Kruk to zaakceptował. Nawet mu się to podobało, choć pierwsze spotkanie było w biegu, krótkie, wyskoczyli razem na kawę w środku dnia, po czym wrócili do pracy.

Za drugim razem poszli wieczorem do kina, a potem do baru. Obejrzeli film i wypili po drinku. Nic więcej.

Coraz bardziej zaczynała go intrygować. Łapał się na tym, że o niej myśli w chwilach, kiedy nie powinno się myśleć o kobietach. Na przykład podczas policyjnych czynności. Cierpliwość nie należała do największych wad Kruka, a Lena uczyła go czekać. Kobiety, które postępują w starym stylu, bywają najniebezpieczniejsze.

Czyli Paweł miał rację.

Sprawa Szanawskiego spadła z mediów i Kruk zaczynał się odprężać. Za wcześnie. Bomba wybuchła w poniedziałek szesnastego listopada, i to od razu w dzienniku ogólnopolskim. Temat podchwyciły Onet, Interia i Wirtualna Polska, a także lokalne portale. O dziesiątej trzydzieści Zych wezwał Lalkarza i Kruka do swojego gabinetu i rzucił na biurko gazetę.

– Czytajcie – warknął.

Kruk przeskanował wzrokiem artykuł na pierwszej stronie. Adwokat Mirona Szanawskiego, mecenas Maciej Stunnicki, oskarżał policję o stosowanie tortur. „Nie było żadnej perswazji – grzmiał adwokat – było duszenie i bicie”. Ze szczegółami przedstawiał odmienną od przedstawionej przez policję wersję wydarzeń. Groził, że nie odpuści, bo „żyjemy w państwie prawa, a przynajmniej chcielibyśmy w takim żyć. A tam, gdzie prawo coś znaczy, nie ma miejsca dla policyjnych bandytów”.

W dalszej części artykułu przedstawiano sylwetkę niedawnego bohatera. Policjant Sławomir K. już wcześniej znany był z budzących wątpliwości metod śledczych i miał zarzuty o brutalność, które zawsze z jakichś względów oddalano.

– No i co? – mruknął Kruk, oddając gazetę Pawłowi.

– Ty mi powiedz – odparł Marcin.

– Bandzior usiłuje się bronić, rzucając kamieniami w policję. O czym tu gadać?

W całym artykule ledwie wspomniano o porwaniu i odnalezieniu chłopca. Tamta sprawa to przeszłość i do tej pory została dostatecznie ograna. Teraz tematem była policyjna przemoc.

– Szanawski, a raczej jego papuga, złożył zawiadomienie. Zajmie się tobą BSWP.

– Zawieszą mnie?

– Po takim artykule w ogólnopolskiej prasie? Za nogi powieszą cię na latarni i będą kołysać.

– Ale na razie jeszcze pracuję?

– Pożegnaj się z kolegami i przekaż sprawy.

Paweł starannie złożył gazetę i odłożył ją na biurko.

– A ty co masz do powiedzenia? – spytał Marcin.

Lalkarz poprawił węzeł krawata, posługując się przy tym obiema dłońmi i wysuwając szyję jak wietrzący zagrożenie dziki pies.

– Jakbym coś miał, tobym powiedział.

– Kurwa, mam dość was obu.

– To nas nie ściągaj na pogawędki. Mamy co robić.

– Dzieciak żyje i wrócił do rodziny. – Kruk starał się zwrócić uwagę Marcina na najważniejszą jego zdaniem kwestię. – To była nasza działka. Teraz twoja kolej: wyciągnij nas z gówna.

– Ciebie, tu chodzi o ciebie. – Marcin uderzył pięścią w gazetę. – O Pawle nic nie piszą.

– Napiszą – odparł Paweł spokojnie. – Wszystko przed nami.

Marcin ciężko odetchnął. Popatrzył po ich twarzach z wyrzutem.

– Idźcie stąd. Ja też mam co robić. Będę miał dzięki wam w chuj dodatkowej roboty.

Wyszli z gabinetu Zycha i stanęli pod drzwiami, gapiąc się na siebie bez entuzjazmu. Między nimi wszystko było jasne. Ponieważ Paweł nie uczestniczył w incydencie i spędził czas z technikami, nie musieli ustalać zeznań. Wersja Kruka była jedyną obowiązującą.

– Przecież jakoś nas z tego wyciągnie – mruknął Kruk.

– Który to raz stawiasz go w podobnej sytuacji?

– Daj spokój.

Lalkarz zaciskał szczęki. Ludzie go lubili, budził zaufanie: policjant w świetnie skrojonym garniturze, któremu dobrze z oczu patrzy.

– Żyjesz sam, nie masz nic do stracenia. Ja mam normalną rodzinę.

– Dobra, rozumiem.

– Niczego nie rozumiesz.

Lalkarz poszedł sobie. Kruk wrócił do pokoju, który zresztą od lat dzielił z Lalkarzem, i zajął się tym, co poradził mu Marcin. Przejrzał bieżące sprawy i podzielił je na takie, które należało przekazać, i takie, które można schować pod biurko w oczekiwaniu na powrót komisarza Kruka z nadciągającego przymusowego urlopu.

Zajęło mu to kilka godzin. Sam się zdziwił, iloma sprawami zajmował się jednocześnie.

W pewnym momencie stanął pośrodku tej nędznej dziupli, w której dwa stare biurka stały naprzeciw siebie, dźwigając przestarzałe komputery, i zastanowił się, co czuje.

Dzień chylił się ku końcowi, Kruk czekał na informację o zawieszeniu w czynnościach, jednak na razie nic takiego się nie stało.

Gdy Marcin Zych pojawił się w płaszczu w drzwiach pokoju, Kruk pomyślał, że ten moment nadszedł.

– Dobrze, że jeszcze jesteś – rzekł naczelnik. – Zrobisz coś dobrego, zanim pójdziesz do domu.

– Co takiego?

– W poczekalni czeka matka tego Szanawskiego. Chce się z tobą widzieć.

– Matka? Czego chce?

– Zatrzymałeś jej syna. Gazety piszą, że go torturowałeś. Nie mam pojęcia, czego może od ciebie chcieć. Kazałem dyżurnemu ją zniechęcić, ale nie zamierza wychodzić.

– Wyrzućcie ją.

– Jest w rozpaczy, to starsza kobieta. Sam ją wyrzuć.

Kruk ciężko westchnął.

– Czyli co?

– Porozmawiaj z nią.

Kruk pamiętał ją z długich godzin obserwacji Szanawskiego. Przez cały ten czas była jedyną osobą, z którą jej syn się spotkał.

– Dobra – skapitulował.

 

Rozdział 10

W poczekalni od razu rozpoznał, że to ona. Niewysoka, siwowłosa, ubrana na czarno, z tanią torebką na kolanach. Mogła mieć sześćdziesiąt kilka lat. Patrzyła pusto przed siebie.

– Pani Szanawska? – powiedział niechętnie. – Komisarz Kruk.

Powoli wstała i spojrzała na niego nieobecnym wzrokiem, w którym zakłopotanie mieszało się z uporem.

– Proszę – dodał, wskazując kierunek. – Tędy.

Zaprowadził ją do pokoju przesłuchań i wysunął dla niej krzesło, a drugie, dla siebie, postawił obok. Nie chciał rozmawiać z nią w sposób, w jaki rozmawiał ze świadkami i podejrzanymi.

Było jej trudno zacząć, a Kruk nie popędzał, miał czas. Dawno zaakceptował smutną prawdę, że potwory też mają matki, i że te matki cierpią i wciąż kochają.

– Nazywam się Łucja Szanawska – powiedziała wreszcie.

Kruk skinął głową.

– Chciałabym zobaczyć się z synem.

– Przebywa w areszcie śledczym. W sprawie ewentualnego widzenia musi pani uzyskać zgodę prokuratury.

Szanse były niewielkie, że prokurator zgodzi się na to na obecnym etapie postępowania, ale Kruk nie zamierzał jej o tym mówić.

– Chciałam pana prosić, żeby pan mi w tym pomógł.

Ściskała pasek torebki. Nie patrzyła na Kruka, jakby się go bała, ale przecież sama przyszła.

– To nie zależy ode mnie.

– Pan bardzo skrzywdził mojego syna…

– Mecenas Stunnicki będzie w stanie więcej uczynić dla pani. Jeśli jemu się nie uda, tym bardziej mnie.

Zaczęła mówić szybko, cicho, błagalnie:

– Pan i prokurator stoicie po tej samej stronie. Pan mecenas jest waszym wrogiem. Pan może więcej, panie komisarzu.

Kruk czuł się źle w towarzystwie tej kobiety, która usiłowała coś na nim wymóc. Rozumiał jej cierpienie, ale nie potrafił zdobyć się na współczucie.

– Pani syn porwał jedenastolatka. Bardzo mi przykro, ale dla niego nic nie zrobię. – Kruk wziął głęboki oddech i dodał, aby wyjaśnić sytuację: – Ani dla pani.

– Miron niczego złego nie zrobił.

Kruk milczał. Chciał stąd iść i zostawić ją samą w tym pokoju.

– To dobry chłopak, przychodzi czasami do domu na obiady. Kocham swój dom, mój mąż, świętej pamięci, dobry człowiek, ciężko na niego pracował. A ten bogaty biznesmen, Mączyński, odebrał mi go. Każe mi się wynosić.

Twarz o wielu zmarszczkach nabrała nowego wyrazu, gdy o tym mówiła. Kruk zauważył, że miała lekki niedowład, prawdopodobnie pozostałość po przebytym udarze. Ciągnęła dalej:

– Pan mecenas rozmawiał z Mironem. Mówi, że Miron chciał tylko, żeby ten bogaty człowiek nie zabierał mi domu. Mecenas mówi, że Miron nie jest zbyt bystry, to nie jego wina. Mecenas mówi, że miał czyste intencje.

– Nic pani nie podejrzewała? – mruknął Kruk.

Pokręciła głową. Ściskała pasek torebki, jakby torebka była czymś, czego się mogła przytrzymać.

– Wciąż pani mieszka w tym domu. – Kruk powiedział to, żeby powiedzieć cokolwiek.

– Mam już wyznaczony termin wyprowadzki.

– Przykro mi, że nie mogę pomóc. Odprowadzę panią do wyjścia.

Nie poruszyła się.

– Błagam pana… Starzeję się, ale mam wpływ na syna. Okażcie mu litość, a przekonam go, żeby się przyznał, nawet jeśli niczego złego nie zrobił. – Powtarzała to jak osobiste zaklęcie. Coś, w co chciała wierzyć. – Wycofa zarzuty wobec pana. Nie chcę, żeby siedział w więzieniu.

– Wciąż rozmawia pani z niewłaściwą osobą. Niech mecenas Stunnicki dogaduje się z prokuratorem.

Na twarzy kobiety pojawił się ten wyraz uporu, który Kruk zauważył już wcześniej.

– To pan uwięził Mirona. To przez pana siedzi w więzieniu.

Milczał, żeby nie powiedzieć czegoś, czego będzie żałował. W końcu się odezwał:

– Proszę zaufać mecenasowi Stunnickiemu. I słuchać go we wszystkim.

– Nie lubię go.

– Niech syn wynajmie innego prawnika, takiego, którego pani polubi.

– To ja wynajęłam pana mecenasa. Mimo to go nie lubię, zmusił mnie, żebym do pana przyszła.

Kruk wreszcie zrozumiał, co się dzieje. Zrozpaczona matka przyszła bezskutecznie błagać oprawcę o pomoc. Prawdopodobnie tak to zostanie przedstawione. Stunnicki zaczął od uderzenia w mediach i szykował już mocny dalszy ciąg.

Łucja Szanawska podniosła się wreszcie w sposób pełen godności, trzymając przed sobą tandetną torebkę. Kruk otworzył drzwi pokoju, przeprowadził ją przez korytarz i odprowadził do samych drzwi wejściowych komendy, które także przed nią otworzył.

Wyszła do miasta, gdzie nie czekał na nią syn, a to była wina Kruka.

Kruk niemal fizycznie odczuwał, że tak myśli.

 

Rozdział 11

Inspektor Ludwik Boholec, oficer Biura Spraw Wewnętrznych Policji, należał do ludzi, którzy wszystko robią ze szlachetnych pobudek. Lena Milewska miała okazję wielokrotnie się o tym przekonać i serdecznie znienawidzić tę cechę przełożonego. Tym razem nie było inaczej. Wezwał ją do siebie, aby powierzyć jej nową sprawę, przez którą będzie mogła się wreszcie wykazać.

– Rzecz jest medialna – powiedział tajemniczo, rozparty w fotelu niczym glina z amerykańskiego filmu.

Lena czekała jeszcze, żeby wyłożył nogi na biurko. Miała nieprzyjemne przeczucie. Media od kilku dni mieliły tylko jedną sprawę, w której wcale nie chciała uczestniczyć.

– Chodzi o znęcanie się nad podejrzanym przez komisarza komendy wojewódzkiej – rzekł.

– Rzekome znęcanie się.

Uważnie jej się przyjrzał. Miał wodniste oczy, które czasem zmieniały kolor.

– Rzekome?

– Media są nieprzychylne wobec komisarza, ale…

Boholec parsknął, jakby poczuł się osobiście urażony.

– W winę komisarza może wątpić jedynie głupiec. A pani nie jest głupcem.

– Znam się z komisarzem prywatnie.

– Od dawna?

– Poznaliśmy się na kolacji u znajomych. Spotkaliśmy się potem dwa razy.

Boholec odchylił się w fotelu, założył nogę na nogę i popatrzył wysoko przed siebie. Lena poszła za jego wzrokiem i obyło się bez niespodzianki. Tam był sufit.

– Czy to bliska znajomość?

Nie odpowiedziała, ale on zachował się tak, jakby odpowiedź padła i go nie zadowoliła, bo dopytał:

– Jak bliska?

Przez okno wpadały do pomieszczenia promienie przedpołudniowego jesiennego słońca. Czuła ich wątpliwe ciepło na twarzy, wieczorem miało padać. Patrzyła na Boholca, on na nią, było pozornie spokojnie, ale ona właśnie przestawała być spokojna.

– Za takie pytanie feministki pana rozstrzelają.

– Nie pytam z ciekawości. Prywatnie nic mnie to nie obchodzi. Staram się określić, czy mogę powierzyć pani sprawę.

– Obawiam się, że pan nie może.

Oczy mu pociemniały. Zawsze tak się z nim działo, kiedy wpadał we wściekłość. Nie okaże tego, będzie mówił spokojnie, tylko te oczy pozostaną cały czas ciemne.

– To nie pierwszy raz, kiedy pani odmawia.

– Bo to nie pierwszy raz, kiedy każe mi pan zająć się osobą, z którą łączy mnie pewnego rodzaju znajomość.

– Zaczynam się zastanawiać, czy pani nadaje się do tej roboty. Uparła się pani zaprzyjaźniać z ludźmi, którymi interesuje się nasze biuro.

Kiedyś już uległa Boholcowi w podobnej sytuacji i poprowadziła postępowanie przeciw oficerowi policji miejskiej. Ona i ten oficer znali się prywatnie, a właściwie ostrożnie poznawali nawzajem, i przez chwilę miała wrażenie, że może z tego coś wyjść. Potem Boholec wmusił jej tę sprawę, ona się zaangażowała i trafiła na świadka, który tamtego pogrążył.

Choć może to nie była aż tak podobna sytuacja, bo – jak się w końcu zorientowała – tamten oficer prawdopodobnie chciał ją wykorzystać.

Zaczęła się tłumaczyć, ale Boholec machnął lekceważąco ręką, jakby już wiedział, co powie.

– Zanim to się stało, ile się musiałem nagadać. Pani gustuje w osobnikach brutalnych, depczących prawo?

Lena czuła złość, ogarnęło ją głębokie poczucie niesprawiedliwości.

– Kiedy kogoś poznaję, nie…

Znowu jej przerwał:

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Zdała sobie sprawę, że rozmawia z Boholcem na stojąco, podczas gdy on siedzi. Odetchnęła i odstawiła sobie krzesło, żeby usiąść, ale niezbyt blisko szefa. I przez chwilę zbierała myśli.

– Odpowiem na wcześniejsze pytanie. To nie jest bliska znajomość, ale wszystko może się zdarzyć. Dlatego nie chcę prowadzić jego sprawy.

Oczy Boholca były niemal czarne. Oczywiście domyślała się, co stoi za uporem szefa, aby wmusić jej sprawę Kruka.

– Nic się nie zdarzy, bo weźmie pani jego sprawę.

– A jeśli nie?

Złożył dłonie w daszek. Przyglądał się im długą chwilę. Gdy się w końcu odezwał, jego głos ociekał słodyczą:

– Dostała pani sześć miesięcy urlopu, bo się pani rozwodziła i potrzebowała czasu, żeby dojść do siebie. Ledwo pani wróciła i mogłaby się przydać, pani akurat się waha, czy się nie związać z człowiekiem, który – zaręczam pani – nie jest dla pani odpowiedni. Jest pani inteligentna, ostra, bezkompromisowa, ale co mi z tego? Nie sądzę, żebym chciał panią dłużej u siebie.

Poczuła dławienie w gardle, że ją tak traktował, jednak potrzebowała pracy. Nie chodziło tylko o to, że Boholec ją wyrzuci. Jeśli się jej pozbędzie, to nie po to, by przygarnął ją inny wydział. Lena zrozumiała, że stoi na krawędzi bezrobocia. Mogła powoływać się na swoje prawa, walczyć z Boholcem, ale to tylko bardziej by go rozjuszyło. A ona ledwo podniosła się po rozwodzie.

– Dobrze – powiedziała.

– Dobrze, co?

– Poprowadzę tę sprawę.

Pomyślała o Sławku, o tym, co powie, gdy się dowie.

– To, że ją pani poprowadzi, to za mało. Załatwi go pani.

– Tak jest.

Daszek z palców przekształcił się w otwarte dłonie.

– Doskonale – powiedział Boholec i cały się wręcz rozświetlił. – Tego drugiego, który był wtedy w mieszkaniu podejrzanego, możemy zostawić w spokoju. On nas nie interesuje, a wiem, że przyjaźni się pani z jego żoną.

Zawsze ją zadziwiało, jak wiele inspektor Boholec o niej wie. Choć może powinna przestać się dziwić.

– Jest pani świetna, kiedy tego chce. Na pewno da pani sobie radę.

Lena obserwowała, jak oczy Boholca stają się normalne. To jakiś defekt biologiczny. Może nawet dobrze, że ona weźmie sprawę Sławka. Jeśli to, czego ostatnio się dowiedziała o swoim szefie, potwierdzi się, będzie mogła Sławkowi zapewnić uczciwe postępowanie.

Cokolwiek Kruk o niej pomyśli.

Książkę Bliska znajoma kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Bliska znajoma
Piotr Górski 1
Okładka książki - Bliska znajoma

Co zrobić, gdy wyczerpało się wszystkie możliwości, a porwany z ulicy jedenastolatek nadal pozostaje zaginiony? To pytanie zadaje sobie komisarz Sławomir...

dodaj do biblioteczki
Recenzje miesiąca
Upiór w moherze
Iwona Banach
Upiór w moherze
Jemiolec
Kajetan Szokalski
Jemiolec
Pożegnanie z ojczyzną
Renata Czarnecka ;
Pożegnanie z ojczyzną
Sprawa lorda Rosewortha
Małgorzata Starosta
Sprawa lorda Rosewortha
Szepty ciemności
Andrzej Pupin
Szepty ciemności
Gdzie słychać szepty
Kate Pearsall
Gdzie słychać szepty
Góralskie czary. Leksykon magii Podtatrza i Beskidów Zachodnich
Katarzyna Ceklarz; Urszula Janicka-Krzywda
Góralskie czary. Leksykon magii Podtatrza i Beskidów Zachodnich
Zróbmy sobie szkołę
Mikołaj Marcela
Zróbmy sobie szkołę
Siemowit Zagubiony
Robert F. Barkowski ;
Siemowit Zagubiony
Pokaż wszystkie recenzje