Koniec prawdziwej medycyny! Fragment książki „Różany eter"

Data: 2019-05-08 11:47:35 Autor: Sławomir Krempa
News - Koniec prawdziwej medycyny! Fragment książki „Różany eter

Belle epoque nie była, wbrew pozorom, idealnym czasem do życia dla kobiet. Choć powoli otwierały się przed nimi ścieżki samorealizacji, nadal gorset sztywnych obyczajów i tradycji krępował je i mocno ograniczał.

Przekonała się o tym wychowanka sierocińca, Róża Zimmerman, która marzyła o studiach medycznych. Wraz z dwiema innymi kobietami udaje jej się to marzenie spełnić. Ale czy przetrwają w świecie uważanym za typowo męski? Czy pogodzą studia z własnym życiem uczuciowym? Czy nie ulękną się, gdy w mieście zacznie się seria tajemniczych zabójstw? Czy Róża odkryje tajemnicę swego pochodzenia?  

Do lektury powieści Julii Gambrot Różany eter zaprasza Wydawnictwo Lira. Dziś w naszym serwisie możecie przeczytać jej premierowe fragmenty:

Rozdział I

Opowieść ta zaczyna się u progu XX wieku, gdy ulicami pięknego miasta położonego nad Odrą przejeżdżają jeszcze tramwaje konne, damy przechadzają się ulicami w szeleszczących, bufiastych sukniach z gorsetem, gentlemani z długimi brodami, w cylindrach dyskutują na rogatkach, wciągając tabakę, a wieczorami w powietrzu unosi się zapach migoczących szarym światłem latarni gazowych i domowych lamp naftowych.

Był koniec września — najsłoneczniejszy, jaki pamiętam w moim życiu. Jakby chciał mi wynagrodzić ostatnie chwile przed rozpoczęciem studiów. Złote liście tańczyły wesoło jesienne tango wokół mojej rozłożystej spódnicy, a ja wirowałam wraz z nimi z radością. „Doktor Róża Zimmerman” — powtarzałam raz po raz w myślach i na głos słowa, które wydawały mi się tak niewiarygodne, że aż musiałam samą siebie do nich przekonywać. Spełniało się właśnie największe marzenie mojego życia. Zostałam przyjęta na medycynę — oprócz samych mężczyzn tylko ja i jeszcze dwie inne kobiety. Pomyśleć, że pośród nazwisk ponad stu mężczyzn, wykaligrafowanych starannie czarnym atramentem, na liście znalazły się także i nasze! Pierwsze kobiety w Niemczech, którym pozwolono zgłębiać tajniki ludzkiego ciała i ratowania życia — wiedzy tajemnej i nieograniczonej, do tej pory zarezerwowanej tylko dla płci męskiej. „Udowodnię im, że potrafię być tak samo twarda i silna jak oni!” — wykrzyknęłam w myślach i przyjrzałam się swojemu odbiciu w witrynie sklepowej. Moje rude loki niesfornie ułożyły się na czole, w zielonych oczach błyszczały iskry podniecenia, a na policzkach pokazały się czerwone rumieńce. Do tego przekrzywiony kapelusz i parasolka zwichrowana od tańczenia na wietrze. Miałam dopiero osiemnaście lat, przede mną było przecież całe życie! Uśmiechnęłam się więc do swojego odbicia i ruszyłam z nową energią w stronę neogotyckich zabudowań z czerwonej cegły należących do uniwersytetu medycznego, zbudowanego całkiem niedawno za odszkodowania zapłacone przez Francuzów po przegranej wojnie. Przebiegłam pośpiesznie ulicę, nie patrząc na boki, omal nie tracąc życia pod końskimi kopytami i nieomal wpadając w kałużę. Usłyszałam tylko gwizd rozjuszonego woźnicy, który dorzucił jeszcze kilka przekleństw, ale byłam już na szczęście daleko — bezpieczna na chodniku. Stanęłam przed żeliwną bramą i przez dłuższą chwilę przyglądałam się z dumą napisowi: Collegium anatomicum. Niebawem będę chodzić tutaj na seminaria i zgłębiać tajemnice budowy anatomicznej człowieka. Wzruszenie ścisnęło mi gardło. Czułam, że jest to wielka, przełomowa chwila — po raz pierwszy przekroczę próg mojej Alma Mater. Ten podniosły moment przerwał nagle męski, nieco piskliwy głos, który sprawił, że aż zakłuło mnie w uszach:

— Zgubiła się panienka? — zapytał życzliwie mężczyzna.

— Nie, dziękuję panu za troskę. Przyszłam tylko sprawdzić, o której godzinie zaczynają się pierwsze zajęcia. Czy wie pan może, w jakiej sali odbywają się wykłady? — zapytałam i z dumą spojrzałam w stronę niskiego, nieco korpulentnego mężczyzny, którego twarz zdobiły grube binokle.

— Wykłady? — odparł takim tonem, jakbym pytała o drogę na księżyc. Jego długi, garbaty nos wydłużył się jeszcze bardziej, jakby węszył jakiś podstęp.

— Zgadza się, jestem tutaj dopiero pierwszy raz i niestety jeszcze nie znam uczelni.

— Ależ szkoła dla pielęgniarek jest zupełnie gdzie indziej! — odpowiedział i z politowaniem machnął ręką, jakbym była nierozgarniętym dzieckiem. — Tutaj kształcą się tylko przyszli lekarze!

— Wiem o tym, ale tak się składa, że jestem jednym z nich. Od niedawna zawód ten mogą też wykonywać kobiety! Gdyby mi pan… — zaczęłam rozpaczliwie, czując negatywne nastawienie rozmówcy, które wyrażał każdym swym gestem i przeszywającym spojrzeniem, ale nie zdołałam dojść do orzeczenia w zdaniu, gdy przerwał mi kategorycznym tonem:

— Kobieta lekarz?! Nie sądziłem, że dożyję takich strasznych czasów! — to mówiąc, chwycił rozpaczliwie za resztki swoich siwych włosów i zaczął je bezlitośnie szarpać, jakby strach przed całkowitym wyłysieniem zupełnie go opuścił. — Przecież to oznacza koniec prawdziwej medycyny! Zbezczeszczenie tego zawodu… I prawo tego nie zabrania? — Spojrzał na mnie bezradnie i dopiero wtedy zauważyłam, że jedno oko mojego rozmówcy wystaje bardziej od drugiego, jakby miało wypaść z oczodołu. Tak bardzo zafascynowało mnie moje odkrycie, że przez chwilę całkowicie wyłączyłam się z słuchania jego wywodów, całą uwagę skupiając na jego twarzy. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co mu dolega, dopaść do tych wszystkich książek, które czekają na mnie w ogromnej bibliotece, i rozpoznać chorobę. Mężczyzna najwyraźniej zorientował się, że dostrzegłam jego defekt, bo poprawił binokle, nasuwając je głębiej na nos, a twarz spłonęła mu rumieńcem niczym dojrzała piwonia. Wzrok tymczasem krążył nerwowo po otoczeniu, szukając punktu zaczepienia — jak u kameleona, którego widziałam kiedyś w ogrodzie zoologicznym. Czując się obnażony, postanowił chrząknąć impertynencko na zakończenie rozmowy, po czym bez pożegnania odwrócił się na pięcie, odchodząc pośpiesznie. To wyłupiaste oko nie dawało mi później długo spokoju. Jednakże zdarzenia kolejnych dni przyćmiły wspomnienie o tym spotkaniu.

Wbiegłam na górę kamiennymi schodami uczelni, omal nie potykając się o rąbek spódnicy. Pchnęłam z całej siły ogromne drzwi, które wydawały mi się wtedy bramą do raju. I wtedy poczułam ten zapach, który miał mi towarzyszyć już zawsze. Słodkawomdły, delikatnie drażniący nozdrza, a zarazem niepokojący, złowrogi, powodujący, że serce zaczynało mi bić szybciej, a na skórze pojawiała się gęsia skórka. Dopiero później dowiedziałam się, że tak właśnie pachnie śmierć… W pobliżu musiała znajdować się sala sekcyjna.

Ruszyłam ciemnym korytarzem, oświetlanym przez dymiące lampy i wtedy na jego końcu dostrzegłam drobną postać. Z oddali wydawała mi się bardzo krucha, jakby była jedynie iluzją. Słysząc moje kroki, postać odwróciła głowę, którą oplatały piękne blond loki, nienagannie ufryzowane. Widząc to, szybko poprawiłam swoje niesforne kosmyki. Oczy miała tak wielkie, że można było się w nich przejrzeć. Miały kolor niezapominajek. Jej twarz była tak blada, jakby ktoś posypał ją mąką. Pomyślałabym, że to anioł właśnie spadł z nieba i że za chwilę wyciągnie z torby skrzydła, by odlecieć, gdyby nie to, że tajemnicza osoba odezwała się do mnie:

— Dzień dobry! Czy będziemy miały przyjemność razem studiować? — Na zakończenie uśmiechnęła się bladymi ustami, ukazując drobne, perłowe zęby. Tak poznałam Lilię von Schiller, moją późniejszą najlepszą przyjaciółkę.

— Ależ tak! — wypaliłam, nie dbając o konwenanse. Miałam wielką ochotę rzucić się jej na szyję. Czułam się tak, jakbym spotkała swoją rodzoną siostrę, której nigdy w życiu nie miałam. W końcu łączyło nas tak wiele — obie byłyśmy skłonne poświęcić swoje życie dla medycyny.

— Bardzo mi miło. Mam na imię Lilia — rzekła i wyciągnęła dłoń w geście powitania, ściągając uprzednio koronkową rękawiczkę. Uścisnęłam ją energicznie. Wydawała mi się tak mała i krucha, jakby ktoś wyrzeźbił ją z kryształu. Osoba mająca takie dłonie powinna być artystką, malować kwiaty, pisać wiersze albo grać na pianinie. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że te ręce będą wyciągać kule żołnierzom na froncie, amputować kończyny i odbierać porody, nigdy bym mu nie uwierzyła. Wszak nie do tego były stworzone.

— Mnie również bardzo miło! Jestem Róża. Tak się cieszę, że cię tutaj spotkałam. Bałam się, że będę błąkać się zupełnie sama po tym przerażającym, ciemnym budynku, próbując odnaleźć audytorium. Nie mogę się już doczekać naszych pierwszych zajęć!

— Podobno od razu mamy zacząć sekcją zwłok — odparła Lilia i stała się jeszcze bardziej blada, choć przy jej karnacji było to prawie niemożliwe.

— Cóż… — jęknęłam, przełykając głośno ślinę. Słowo „sekcja” i u mnie wywołało niemiłe dreszcze, aczkolwiek w swoim życiu już kilkakrotnie widziałam martwego człowieka.

Moja matka zmarła w trudach porodu, zaraz po moim urodzeniu, a ja zostałam porzucona przez mojego ojca pod bramą klasztoru jako mała dziewczynka — zbyt mała, by móc cokolwiek zapamiętać ze swojej przeszłości. Działo się to w czasach epidemii ospy. Słuch po moim ojcu szybko zaginął. Pojawiły się doniesienia, że odszedł wkrótce po tym, jak mnie porzucił — podobno umarł na zarazę. Nigdy nie dociekałam, co się z nim stało. Miałam do niego żal, że tak mnie skrzywdził. Wychowałam się w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne, które często pomagały chorym i bezdomnym włóczęgom oraz innym biedakom, których nie było stać na leczenie. Zdarzało się, że nic nie można było już dla nich zrobić, wtedy miałam okazję towarzyszyć im w ostatnich chwilach życia. To właśnie wtedy zapragnęłam zostać lekarzem i obiecałam sobie, że używając całej swojej wiedzy, zrobię wszystko, by uratować każde istnienie ludzkie. Żadna z zakonnic nie miała wykształcenia medycznego — wiedzę, jaką posiadały, nabyły głównie dzięki doświadczeniu. Zdobyły je, pomagając w różnych szpitalach lub na froncie wojennym. Częściowo przejęłam od nich te umiejętności: zgłębiałam tajniki ziołolecznictwa, opatrywania i leczenia ran, nacinania ropni oraz odbierania porodów. Miałam jedną bardzo mądrą nauczycielkę — siostrę Anastazję. Była dla mnie jak matka, inna od pozostałych. Otaczała mnie czułością i opieką. To ona nauczyła mnie miłości do książek oraz wiedzy i to właśnie dzięki niej byłam dziś studentką medycyny. To ona kazała mi zawsze przekraczać horyzonty mojej wyobraźni i podnosić się z każdej porażki, by iść dalej naprzód. Kiedyś zwierzyłam jej się, że moim marzeniem jest ratowanie chorych i że, ponieważ kobieta nie może być lekarzem, chciałabym zostać chociaż pielęgniarką. Odpowiedziała mi wówczas, iż czuje, że dokonam w życiu czegoś wielkiego oraz że w Ameryce są już pierwsze kobiety, które ukończyły medycynę, więc pewnie to tylko kwestia czasu, kiedy i w Europie będzie to możliwe. Nie myliła się! W 1897 roku wydano ustawę, która otworzyła płci pięknej drzwi uniwersytetów medycznych.

— W sumie nie ma się czego bać — odparła mi moja rozmówczyni, wracając po chwili milczenia do rozmowy. — Mój ojciec, który jest chirurgiem, opowiadał mi, jak wygląda badanie pośmiertne zwłok.

Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że Lilia była córką profesora i pochodziła z arystokratycznej rodziny. Z natury była bardzo skromna i cicha. Trzeba było dobrze ją poznać, by odkryć w niej nieziemskie pokłady poczucia humoru oraz ogromną siłę ducha, jaką miała w sobie.

— A więc nie jesteś pierwsza w twojej rodzinie, która zostanie lekarzem! — zawołałam entuzjastycznie.

— Nie… W sumie miałam kilku medyków w mojej familii — odrzekła, spuszczając wzrok.

— Moi przodkowie zbierali rannych po bitwie pod Lipskiem w 1813 roku. Ja będę szóstym pokoleniem lekarzy, gdy tylko skończę studia — do naszej rozmowy wtrącił się obcy mężczyzna. Ujrzałam ciemnowłosego młodzieńca z zawadiacko przekrzywionym kapeluszem, wypinającego dumnie pierś. — Czy mogę w czymś pomóc szanownym damom? — zaoferował się chętnie.

— Dziękuję, wydaje mi się, że wszystko już wiemy. Jutro pozostaje nam stawić się punktualnie na zajęcia — odparła Lilia, zupełnie ignorując jego wdzięki.

— Doprawdy, gdy ujrzałem te kobiece imiona na liście przyjętych, byłem przekonany, że to jakaś straszna pomyłka! Cóż, jestem pewien, że po pierwszych zajęciach wszystkie panie zrezygnują z mrzonek o studiowaniu medycyny i oddadzą się temu, do czego kobieta została stworzona.

— A do czego pana zdaniem zostałyśmy stworzone? Do rodzenia dzieci? Do zadowalania mężczyzn?

Nie spodziewałam się takiego wybuchu złości po łagodnym obliczu Lilii.

— Wkrótce zapewne sama pani to zrozumie. Żegnam uprzejmie — to powiedziawszy, skłonił się, udając fałszywą galanterię.

— Co za impertynent! Nienawidzę takich mężczyzn! — bulwersowała się Lilia. — Ja chyba nigdy nie zostanę czyjąś żoną. Oddam się w pełni chirurgii, jak mój ojciec! Jeszcze im wszystkim pokażę! — odgrażała się.

Od początku podziwiałam w niej tę nadludzką siłę i upór, jakimi została obdarzona, i nie miałam wątpliwości, że zrealizuje wszystko to, co sobie obiecywała.

W naszym serwisie możecie już przeczytać kolejne fragmenty powieści. A jeśli chcecie sięgnąć po książkę Julii Gambrot, Różany eter kupicie już w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Różany eter
Julia Gambrot
Wydawnictwo