Nie odrywał od gościa wzroku. "Tam, gdzie nie pada"

Data: 2021-09-16 09:32:02 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Pewnego dnia z dalekiego Teksasu do śląskiej wsi Płużnicy przychodzi list. To zaproszenie od franciszkanina, ojca Leopolda Moczygemby, skierowane do jego braci z rodzinami. Jest połowa XIX wieku. Płużniczanom, mimo zniesienia pańszczyzny, żyje się coraz trudniej.

Postanawiają wyruszyć do Ameryki. Bardzo szybko się okazuje, że w tę podróż wybiorą się nie tylko krewni zakonnika… Kilkuset Ślązaków udaje się w ponaddwumiesięczną odyseję przez kraje niemieckie, Ocean Atlantycki i prerie Teksasu. Zakładają istniejącą do dziś osadę Panna Maria nieopodal San Antonio. Tyle historia, która stanowi tło ballady o teksaskich
Ślązakach, pełnej humoru, wzruszeń i lokalnego kolorytu, gdzie ślonsko godka funkcjonuje na równych prawach z angielskim i hiszpańskim.

Czy Teksas okaże się dla Ślązaków rajem na ziemi? Zmieniają się realia, zmieniają się ludzie. Inne czasy, inny świat. Tylko… czy na pewno?

Obrazek w treści

Do sięgnięcia po książkę Michaela Sowy Tam, gdzie nie pada zaprasza Wydawnictwo Lira. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy i drugi fragment powieści, tymczasem już teraz zachęcamy do lektury kolejnej części fragmentu:

Na te słowa drgnął Piotr, drgnęła Rozalia. Stary Juliusz nie drgnął wcale; milcząc, łapał tylko wypowiedziane przez pozostałych słowa i starał się nie wypuszczać ich ze swojego wiekowego mózgu. Arnold Szpyra oblizał wargi. Nie wiedział bowiem, czy jeszcze jakieś drobinki słoniny ostały się na dnie naczynia, począł więc spiesznie grzebać łychą w gęstym żurze, nie zauważając przy tym wymiany wzroku, jaka nastąpiła między Piotrem a Rozalią.

Przez chwilę nikt nic nie mówił, domownicy i gość jedli w milczeniu. Żuru ubywało i widać było, że każdy zaprzątnięty jest jakąś myślą.

— Smakowały wom te szpyrki, Szpyra? — przerwał ciszę Piotr, kiedy w misie ukazało się dno.

— Dobrze umiecie warzyć, Poradzino. — Szpyra nie zareagował na przycinki. — I to jak na cztery osoby dosyć tego przyrządziliście. A może miał ktoś być na obiedzie, ale się rozmyślił?

— A może nagotowała więcej, bo wiedziała, że wielce czcigodny bezuch bydzie, kiery zeżre za pięciu? — odezwał się ponownie Piotr.

— Peter, dej spokój! — ofuknęła męża Rozalia. — Gościa w domu szanować trza, bo inaczej to nie po bożymu.

Szpyra nie poczuł się obrażony. Przeciwnie, schlebiało mu, że Porada nazwał go „czcigodnym bezuchem”, i nie zastanawiał się dalej, czy słowa te zawierały garść ironii, czy oznaczały należny mu respekt.

Nieważne, co wieśniak o nim sądził, ważne było, co czynił. A okazywanie respektu zarządcy majątku von Posadowsky’ego-Wehnera należało do codziennych obowiązków podległych mu chłopów. Nawet jeśli ten żre za pięciu.

— No cóż, ubywa nam członków rodziny, jak widzę. — Szpyra cmoknął. — Nie dość, że Maryśka wam do strzeleckiego grafa na służbę uciekła, to i Hanka jakoś nie widać. A szkoda, bo może i temat wspólny do rozmowy by się znalazł.

— Nikaj Maryś nom nie uciekła. — Peter walnął pięścią w stół. Na zarządcy nie zrobiło to większego wrażenia. — Poszła na zamek, coby i pieniądz jaki do dom przynieść, i przyuczyć sie do roboty, jak już bydzie na swoim.

— A nie wiedziałem, że ją za jakiegoś grafa wyswatać chcecie. — Szpyra zakrztusił się śmiechem. — Oj, wysoko mierzycie, Porada, a lepiej byłoby, gdybyście najpierw o zamętach tutaj we wsi pomyśleli.

— O czym to godocie? — odezwała się milcząca dotąd Rozalia. — Pónboczku kochany, co sie zaś stało?

— Nie panikuj matka, tyn pieron fanzoli gupoty, widać za dużo żuru wcisł.

— Słuchajcie, Porada, nie sierdźcie człowieka, który wam przychylny jest i z pomocą do was przychodzi. — Twarz Szpyry przybrała wyraz wskazujący na to, że obce są mu żarty z siebie samego. — Syna macie rozbójnika, szybki do swady i do bitki. Niejednemu już nosa przetrącił, i to bez jakiegoś powodu. Takich nam tu nie trzeba. Wiecie, że po tym, co ostatnio z młodym Maciołkiem się wydarzyło, to ja… to ja widziałem, jak stary od razu z tym do hrabiego poleciał, a ten polecił mi zająć się sprawą. Dlatego tu jestem.

Zapadło milczenie. Piotr spuścił wzrok, Rozalia spoglądała to na Szpyrę, to na męża. Stary Juliusz ponownie wsunął fajkę między zęby, ale nie zapalał jej. Oczy miał ciągle wlepione w zarządcę.

Arnold Szpyra odchrząknął. Niech się w końcu chłopstwo nauczy rezonu. Mimowolnie popatrzył na piec, czy aby nie stoi na nim jakiś garniec z następnym daniem. Ale na blasze było pusto.

— Słuchajcie teraz uważnie. Wasz Hanek przewinienia dokonał, lejąc po gębie Ignaca. Ten obity został, tracąc przy tym zęby dwa z przodu. Dlategoż musi w domu przebywać, a stary Maciołek, co pilnuje szryftów hrabiego, gniewem rozsierdzony domaga się sprawiedliwości u niego. — Odsapnął nieco, bo choć lubił wygłaszać pouczające mowy, w potok słów wmieszało mu się parę beknięć spowodowanych skonsumowanym właśnie jadłem. — Dlategoż przyszedłem do was, żeby o tym porozmawiać.

— Pónboczku jedyny! — Rozalia zaniosła się lamentem. — A nie godałach to, coby doł se pokój z tym odmieńcem, bo to ino zgorszenie przyniesie! I teraz synka nom do haresztu kajś w Strzelcach abo i dalyj weznom.

— Ach matka, nie godej po próżnicy. To chyba by hrabia Szpyry nie przysłoł, ino żandarma jakiego, jakby chcioł nom Hanka zaaresztować. — Piotr westchnął ciężko. A potem, zwracając się do zarządcy, powiedział: — Panie Szpyra, toż godejcie, coście tam umyślili.

Szpyra splótł dłonie na brzuchu i począł wzrokiem śledzić muchę łażącą bezczelnie po stole.

— Stary Maciołek ma względy u hrabiego. Nic nie poradzisz na to, Porada. — Zarządca podrapał się po czuprynie. Łganie nigdy nie przychodziło mu trudno. — Powiedział coby to Poradowe nasienie na majątek zaprowadzić, a potem sie zobaczy. W każdym razie mściwy jest o syna i tak łatwo nie popuści.

— Hanka do hrabiego nie domy. Wiadomo, co sie stało z synkami od Karkoszów. — Głos Piotra był nadzwyczaj spokojny. — Zima była, jak chwycili ich dwóch w pańskim lesie, bo pora gałynzi nazbierali. Stary Karkosz bydzie już z rok pod ziemią, staro Karkoszka sama se rady dać nie umie, to młodych jeszcze do rewieru powsadzali, a stamtąd direkt do kajzerskiego regimentu. Karkoszka biyda klepie, chyba z żałości i głodu tyż niedługo nom zejdzie.

Mucha przystanęła niepewnie przy kropelce rozlanego żuru. Pociągnęła mikroskopijny, muszy łyk ostygłej, na wpół już zakrzepniętej masy.

— Powiem wam, Porada, mnie się to też nie podoba. Ale hrabia to jedno, Maciołek to też jedno, a i tak dostanie to, co będzie chciał. Ale — tu zarządca zrobił pauzę, podnosząc przy tym wskazujący palec — może coś się da wymyślić.

Piotr z Rozalią wymienili spojrzenia. Stary Juliusz nadal nie odrywał od gościa wzroku.

Książkę Tam, gdzie nie pada kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Tam, gdzie nie pada
Michael Sowa0
Okładka książki - Tam, gdzie nie pada

Ballada o śląskim Teksasie, czyli w poszukiwaniu ziemi obiecanej… Pewnego dnia z dalekiego Teksasu do śląskiej wsi Płużnicy przychodzi list. To...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Autor
Recenzje miesiąca
Kwestia winy
Małgorzata Rogala
Kwestia winy
Bóg Maszyna
Joanna W. Gajzler
Bóg Maszyna
Tam, gdzie nie pada
Michael Sowa
Tam, gdzie nie pada
Przepustka do męskości
Paweł Pollak
Przepustka do męskości
Żyje się tu i teraz
Katarzyna Kaźmierczak
Żyje się tu i teraz
Prezydentka
Marika Krajniewska
Prezydentka
Joker
Natalia Nowak-Lewandowska
Joker
Pokaż wszystkie recenzje