Ty kłamco! Fragment książki „Zgodnie z prawdą"

Data: 2021-06-17 12:50:58 Autor: Piotr Piekarski

Kiedy Patrycja dowiaduje się, że jest w ciąży, ma powód do zmartwień. Wie doskonale, że jej mąż nie jest ojcem dziecka, ale nie ma zamiaru go o tym informować. W obawie przed konsekwencjami pozwala, by Miłosz wychowywał nie swoją córkę, pozostając w niewiedzy. Nie ma jednak pojęcia, że mąż również ma swój mały sekret. Czy prawda wyjdzie na jaw? I kto w tym związku ma najwięcej do ukrycia?

Obrazek w treści

Najnowsza książka Danuty Awolusi Zgodnie z prawdą to opowieść o wielkim poczuciu winy i o budowaniu relacji na kłamstwie. Do lektury powieści zaprasza Wydawnictwo Prószyński i S-ka. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać premierowy fragment książki Zgodnie z prawdą. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Rozdział 2

Pierwszy raz wychodziłam za mąż trochę „na wariata” (ale nie za!). To znaczy nie w kwestii przygotowań: tu rodzice zadbali, żeby o tym ślubie mówiono na całych Kaszubach. Dwieście zaproszonych osób na wesele. Ja w przepięknej sukni (wyglądałam jak przerośnięta beza). Na salę zajechaliśmy dorożką, a przed kościołem wypuszczono stado białych gołębi. Impreza skończyła się o czwartej rano, odsypiałam ją przez cały tydzień. Nie chciałam takiej pompy, ale gdy twoi rodzice prowadzą dom weselny z hotelem, trochę nie masz wyjścia. W tym wypadku szewc uszył sobie najlepsze, najdroższe buty i paradował w nich jak na pokazie mody. Byłam modelową panną młodą. I taką też miałam być żoną.

Mówiąc „na wariata”, miałam na myśli siebie i Krzyśka. Moja pierwsza, wielka miłość. Facet, za którego dałabym się pokroić i którego zawsze byłam pewna. Nigdy się nie wahałam, czy to ten jedyny, choć cały nasz związek przypominał upalne, duszne lato: albo gorąco jak w piekarniku, albo burze z piorunami, które wyrywają drzewa. Tacy byliśmy: nie mogliśmy bez siebie żyć, ale zrywaliśmy średnio co pół roku. Problem tkwił w tym, że obydwoje mieliśmy temperamenty niczym wkurzony instruktor tańców latynoamerykańskich. A Krzysiek, dodam, nigdy nie zdołał wydorośleć. Może źle go oceniam, to wyłącznie moje zdanie, ale on zawsze wyznawał trzy zasady: impreza, dobre jedzenie i jak najmniej obowiązków. Dlatego moja mama nigdy nie zdołała go polubić. Gdy jej powiedziałam, po trzech latach małżeństwa, że wracam do domu i się rozwodzę, tylko uniosła brwi i pokręciła głową. Nawet nie próbowała mnie przekonać, że warto zawalczyć o ten związek. Miałam jej to później za złe.

W każdym razie ja i Krzysiek byliśmy burzliwą parą. Nie wiem, jakim cudem w naszym wynajmowanym mieszkaniu drzwi nie powypadały z futryn, bo trzaskaliśmy nimi namiętnie kilka razy dziennie. A później, w ramach przeprosin, lądowaliśmy w łóżku. To wszystko męczyło mnie strasznie, ale jednocześnie uwielbiałam to życie. Lubiłam być w tym ogniu, czułam, że nikogo nie muszę udawać.

Krzysiek zaraz po szkole otworzył wypożyczalnię samochodów (rodzice wsparli go finansowo), a w garażu założył minibrowar. Wraz z przyjaciółmi przesiadywaliśmy tam przez całe lato, rok za rokiem. Beztroska była „pyszna” jak lody włoskie z automatu. Nie musieliśmy się o nic martwić. Ja pracowałam u rodziców (o tym później), on miał swój biznesik, w domu wszyscy zdrowi. Czego więcej mogliśmy pragnąć? Korzystaliśmy z tego, co mieliśmy, nie ruszając się praktycznie z miejsca.

Któregoś lipcowego wieczoru zaprosiliśmy znajomych na „posiadówkę”. Nic niezwykłego, robiliśmy tak raz, czasem nawet dwa razy w tygodniu. Impreza rozkręciła się mocniej niż zwykle. Krzysiek zaproponował, żebyśmy poszli nad Redę i wskoczyli na golasa do rzeki. CAŁY ON.

- Na łeb upadłeś? Piłeś, utopisz się! - krzyknęłam, ale tak naprawdę śmieszyło mnie to. Krzysiek był zabawny i spontaniczny. O nudzie między nami nie mogło być mowy.

- Idziemy! Bierzcie browary i w drogę! - zadecydował i wszyscy, jak zwykle, ruszyliśmy za nim.

Było nas chyba z dziesięć osób, a wśród nich Marzena, nasza wspólna koleżanka ze szkoły. Zresztą wszyscy znaliśmy się od podstawówki i pewnie dlatego stanowiliśmy tak zgraną ekipę. Już dawno skończyliśmy szkołę, a większość znalazła pracę gdzieś w Trójmieście. Nie uśmiechało im się codziennie dojeżdżać, więc woleli mieszkać w Gdyni albo Sopocie.

Marzeny nie nazwałabym przyjaciółką, byłyśmy po prostu koleżankami, które lubią swoje towarzystwo, ale nie zwierzają się sobie z najgłębszych sekretów. Kiedyś jej nawet nie lubiłam, jeszcze w liceum. Później jednak wydoroślałam i wyleczyłam się z bezzasadnej niechęci wobec ludzi, bo ja ogólnie bardzo ich lubię.

Dotarliśmy nad rzekę piechotą. Wesoła wycieczka przemierzyła kilka ulic i dotarła do polany, z dala od jezdni. Chłopacy od razu zaczęli zdejmować ubrania, świecąc gołymi tyłkami w ciemności. My natomiast zostałyśmy w bieliźnie.

- Szlag, ale komary żrą. Może lepiej wracajmy? Jutro będę wyglądać, jakbym miała ospę - rzuciłam do Marzeny, która kiwała się na boki, jakby ktoś zaczął grać na gitarze i śpiewać. Dopiero wtedy zauważyłam, że naprawdę mocno się zaprawiła. Jak nigdy. Jej wzrok stał się szklisty. Stała z butelką piwa w ręce i gapiła się na chłopców, ze smętnym uśmiechem na ustach.

- Ja pierdolę. Miał większego. - Zachichotała, gdy zaczęli kręcić piruety, dyndając przyrodzeniami. Odwróciłam szybko wzrok, onieśmielona tym widokiem.

- Ale kto? Jacek?

- Jacek-wacek. - Znów zaczęła się śmiać. - Nieee, twój mąż.

- Czemu się gapisz na fiuta mojego męża? - Chciałam ją szturchnąć, ale jej wyraz twarzy zbił mnie z tropu. Posmutniała. - Hej, Marzena, wszystko gra?

Podeszłam do niej, bo zaczęła się zataczać. Łapała równowagę, jakby ziemia robiła wszystko, by uciec jej spod stóp.

- Nic nie gra, Pati - bąknęła.

- Chyba będziesz rzygać. Lepiej teraz niż później. Wezwać taksówkę? Chodź, pójdziemy na drogę i zamówię taksę.

Sama też sporo wypiłam, ale zawsze szczyciłam się mocną głową. Nigdy nie „urwał mi się film”, dlatego byłam zmuszona „ogarniać” Krzyśka. Ten to nigdy nie pamiętał, jak się znalazł w domu.

Marzena objęła mnie ramieniem i stawiała chwiejne kroki. Była wyższa niż ja (każdy był), więc miała utrudnione zadanie. Zostawiłyśmy za sobą rozbawione towarzystwo, które właśnie zaczęło pluskać się w Redzie. Miałam nadzieję, że woda ich otrzeźwi i nikt się nie podtopi. Byłoby fatalnie, gdyby nasze miasto zamieniło się na chwilę w plan „CSI: Kryminalne zagadki Redy”. Tytuł odcinka: „Jakim cudem banda dorosłych facetów utopiła się w płytkiej wodzie? To na pewno musiało być morderstwo”.

- Pamiętasz, jak byliście narzeczeństwem? Ty i Krzysiek - zaczęła Marzena dziwnym tonem. - Pamiętasz?

- No jasne - burknęłam, coraz mniej zadowolona z tego, co się dzieje. Wyglądało na to, że jako jedyna zachowałam trzeźwość umysłu. Cała reszta wyglądała jak przedszkole wypuszczone do lasu bez opieki.

Było mi coraz bardziej niewygodnie. Postanowiłam, że klapniemy sobie na chwilę na trawie, żeby nabrać sił. Opadłyśmy na ziemię jak dwa klocki drewna.

- Ja ci muszę o czymś powiedzieć - wyszeptała nagle. Zapadła cisza. Słyszałam cykanie świerszczy i radosne piski dobiegające znad rzeki. Jednak pomiędzy mną i Marzeną panowało duszne milczenie. Jakiś instynkt kazał mi uważniej wsłuchiwać się w to, co do mnie mówi.

- Marzena, dobrze się czujesz? - Nie brałam na poważnie jej zachowania.

- Sypialiśmy wtedy z Krzyśkiem. Trzy razy. Nie mówiłam ci, ale teraz mówię - wypaliła i od razu załkała. Przez moment myślałam, że puściła pawia, ale nie. Chyba walczyła ze łzami.

Tymczasem ja poczułam się tak, jakby wyjęła zza pleców patelnię i zdzieliła mnie w głowę.

- Co ty pieprzysz? - parsknęłam. Zrobiło mi się strasznie gorąco i nie miało to nic wspólnego z upałem.

- Pieprzę? Wtedy tak. Teraz już nie, po waszym ślubie ani razu. - Zbliżyła się do mnie, zionąc zapachem piwa. - Przepraszam! Wybaczysz mi? Baaardzo przepraszam.

Panika zapukała do mojego serca. To, co wygadywała Marzena było absurdalne, prędzej bym uwierzyła, że w Redzie można zobaczyć wieloryba. Gdy jednak dziewczyna wybuchła płaczem, zrobiło się jeszcze dziwniej.

- Dobra. Wezwę ci taksówkę. Ok? - Chciałam jak najszybciej zakończyć całą akcję i odetchnąć. Myśli mieszały mi się w głowie, szok nie pozwalał wysuwać żadnych wniosków.

Załadowałam ją do taryfy jak worek z mąką. Marzena praktycznie straciła przytomność. Całe szczęście znałam kierowcę i mogłam mu zaufać. Pan Michał kursował w okolicy od lat.

- Zapłacę za nią i proszę pod adres. Pomoże jej pan wysiąść?

- Nic się nie martw, pomogę. Znam jej matkę, już widzę, jak będzie ględziła. - Zaśmiał się pod wąsem i ruszył.

Mój problem odjechał, oświetlając ciemną, piaskową dróżkę. Za to ja zostałam sama, otoczona chmarą wygłodniałych komarów i własnych, niemniej krwiożerczych, myśli.

Wróciłam nad Redę. Starałam się nie analizować tego, co powiedziała Marzena, ale wyobraźnia podsuwała mi straszne obrazy. Krzysiek i Marzena w łóżku...? Między nami było różnie, ale kochaliśmy się na zabój. Nikt trzeci nie był nam potrzebny! Marzenie musiało się coś pomylić. To znaczy, owszem, była bardzo atrakcyjna. I wiedziałam, że podoba się wszystkim, nawet mnie. To jednak nie powód, by uwierzyć, że...

- Krzysiek!!! - wrzasnęłam. - Wracamy!

Nie było łatwo zataszczyć go do mieszkania. Dużo wypił i słabo kontaktował. A we mnie wściekłość rosła i rosła, ale nie wiedziałam jeszcze, co z nią zrobię.

Gdy wchodziliśmy do mieszkania, pozwoliłam sobie szarpnąć małżonkiem w taki sposób, by wpadł na framugę i boleśnie rąbnął się w sam środek czoła. Mściwa satysfakcja szybko mnie opuściła. Obawiałam się, że jeżeli to wszystko, co usłyszałam, okaże się prawdą, zabiję go własnymi rękami.

- Ooooo. - Zajęczał, ale szedł dalej.

- Śpisz dzisiaj na kanapie - warknęłam. Nie musiałam nic mówić, bo Krzysiek i tak nie dałby rady dojść do sypialni. Zaległ na naszej małej sofce i odpłynął. Na jego czole zaczęła dojrzewać mała „śliwka”.

- I dobrze ci tak, sukinsynu.

Wlazłam po prysznic i zaczęłam płakać. Dawno nie ryczałam w taki sposób. Całym ciałem wstrząsały spazmy, a żołądek ciągle ściskały bolesne skurcze. Mogłam sobie wmawiać, że Marzena bełkotała po pijaku, ale przecież nie wymyśliłaby czegoś TAKIEGO. Chrystusie... Czy ja brałam udział w castingu do tego pieprzonego dramatu? Nie, nawet się nie wpisywałam na listę, a tu nagle główna rola.

Kierowana nagłym przypływem wściekłości wyskoczyłam z łazienki, ociekając strumieniami wody. Paliła mnie żądza, żeby już teraz złapać go za fraki i wypieprzyć z mieszkania. Co za...!!! Marzena twierdziła, że spali ze sobą jeszcze przed naszym ślubem, co oznaczało, że przez trzy lata żyłam w niewiedzy. To poddawało w wątpliwość wszystko. Przekreślało dekadę naszego związku. W dupie miałam, jak wiele nas łączyło i jaką namiętną parą byliśmy. Poprzez mój gniew i ból przebijała się tylko jedna myśl: nigdy nie zdołam mu wybaczyć. Nigdy!!!

Podeszłam z furią do śpiącego winowajcy i brutalnie szarpnęłam go za ramię.

- Obudź się! Ty kłamco!! JAK MOGŁEŚ?! - wrzeszczałam ile sił w płucach, ale on tylko rozchylił powieki. Wzrok miał mętny, nic do niego nie docierało. - Pijany jak świnia! BRZYDZĘ SIĘ TOBĄ - syknęłam. Czekała mnie bezsenna, pełna gorzkich łez, noc.

- Auuuuu. - Krzysiek stęknął i złapał się za czoło. Zapewne bolała go nie tylko wielka „śliwa” na czole, ale całe ciało, bo nasza sofa należała do wyjątkowo niewygodnych. Do tego dochodził paskudny kac, bo impreza wymknęła się spod kontroli.

Późnym rankiem siedziałam naprzeciw mojego zdradzieckiego męża na fotelu, który dostaliśmy w prezencie od rodziców. Wpatrywałam się w faceta, który przez ostatnie dziesięć lat był mi tak cholernie bliski. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam z nim zżyta.

- Krzysiek, muszę cię o coś zapytać - zaczęłam ostro, bo ze wszystkich uczuć, które kotłowały się we mnie od wczorajszego wieczoru, na prowadzenie wciąż wysuwała się złość. Dosłownie dzwoniła mi pomiędzy zębami, szczęki nerwowo uderzały o siebie, a nozdrza falowały.

- Pati... - wychrypiał. - Przyniesiesz mi lód i coś do picia? Zdycham. Jezu, co się wczoraj działo? Łeb mi napieprza. Wdałem się w jakąś bójkę czy coś?

Zmrużyłam oczy.

- Nie. Wpadłeś na drzewo.

- Drzewo? - Zawiesił się, próbując najwyraźniej odtworzyć to zdarzenie w pamięci. Szybko się poddał. - Pati, miej litość, błagam. Lód!

- Krzysiek! - Za moment miałam wpaść w szał. - Spałeś z Marzeną??

- Co? - pisnął. - Co?

- Gadaj zaraz, bo... gadaj!!

- Pati, ja tu umieram, a ty...

- Powiedziała mi!!! Nie kłam, mów prawdę. TERAZ. Tylko to może cię uratować. Kumasz?? - ostatnie słowa wyplułam przez zaciśnięte zęby. Zamieniłam się w wielką kulę gniewu. Do serca wdarła się nienawiść. Nagle Krzysiek wydał mi się paskudny, jego twarz stała się przebiegła. Co za oszust! Może nie tylko z Marzeną miał romans? Nachodziły mnie coraz straszniejsze myśli.

Usiadł, pojękując przy każdym ruchu. Nie spojrzał mi w oczy, nawet nie podniósł głowy. Szkoda, zobaczyłby spakowaną walizkę przy drzwiach. W tamtym momencie wiedziałam już, że żegnamy się na zawsze. Znaliśmy się kopę lat, byliśmy blisko siebie, nawet w chwilach rozstania. Obydwoje wiedzieliśmy, że wrócimy do siebie, ale tym razem wszystko wyglądało inaczej. Nigdy nie czułam się tak źle, nigdy nie zostałam zdradzona. Moje proste, jak dotąd, życie zwinęło się niczym serpentyna.

Nie miałam nigdy innego faceta poza Krzyśkiem, a on nie miał innej dziewczyny. I nagle okazało się, że jednak ja nie wystarczałam.

- Patrycja, posłuchaj... Możemy pogadać, jak się lepiej poczuję? Serio, nie mogę nawet zebrać myśli.

- Ja pierdolę, czyli JEDNAK!!! - Zerwałam się gwałtownie na nogi. Nie musiałam usłyszeć ani słowa więcej.

- Czekaj! Dokąd idziesz? PATI! - wołał za mną, ale się nie podniósł z kanapy.

Zatrzasnęłam z furią drzwi. Mogłabym odwrócić role i wywalić go na zbity pysk, ale żałowałam energii na szarpaninę. Miałam dokąd pójść, a oglądanie go choćby minutę dłużej mogło zaowocować morderstwem w afekcie. Niestety, nie nadawałam się do kryminału. Przy każdym myciu głowy wszędzie walałyby się moje włosy - w żadnym więzieniu nikt by tego nie wytrzymał.

Książkę Zgodnie z prawdą kupić można w popularnych księgarniach:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zgodnie z prawdą
Danuta Awolusi8
Okładka książki - Zgodnie z prawdą

Kiedy Patrycja dowiaduje się, że jest w ciąży, ma powód do zmartwień. Wie doskonale, że jej mąż nie jest ojcem dziecka, ale nie ma zamiaru go o...

dodaj do biblioteczki
Recenzje miesiąca
Orkiestra z Auschwitz
Marcin Lwowski
Orkiestra z Auschwitz
Dzień prawdy
Anna M. Brengos
Dzień prawdy
Księga tęsknot
Sue Monk Kidd
Księga tęsknot
Czerwony lotos
Arkady Saulski
Czerwony lotos
Informacja zwrotna
Jakub Żulczyk
Informacja zwrotna
Uważaj, czego pragniesz
Anna Szafrańska
Uważaj, czego pragniesz
Co zrobić z tą chmurą smogu?
Małgorzata Ogonowska; Artur Rogoś
Co zrobić z tą chmurą smogu?
Yasuke. Afrykański samuraj w feudalnej Japonii
Thomas Lockley, Geoffrey Girard
Yasuke. Afrykański samuraj w feudalnej Japonii
Dopaść Leona Waganta
Wiktor Hajdenrajch
Dopaść Leona Waganta
Przyjdę, gdy zaśniesz
Agnieszka Lingas-Łoniewska
Przyjdę, gdy zaśniesz
Pokaż wszystkie recenzje