W świecie, w którym o życiu decyduje kaprys, mróz lub głód, pozostanie człowiekiem to najwyższy akt odwagi. „Żniwo ognia. Ostrze sierpa" Andrzeja H. Wojaczka

Data: 2026-02-27 13:37:59 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 6 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Dla jednych świat skończył się we wrześniu 1939 roku, dla innych był zaledwie przedsionkiem piekła. Sowiecki reżim zgotował tysiącom ludzi okrutny los - bydlęcymi wagonami wywieziono ich do obozów pracy przymusowej i kołchozów. Pamięć o nich miała rozpłynąć się w nicości.

Jednym z tysięcy zesłanych był Teofil Kłosek. Tam, gdzie przetrwanie to codzienna walka, a zachowanie człowieczeństwa graniczy z niemożliwością, rozpoczyna się kolejny etap jego tułaczki. Z okupowanego Lwowa przez koszmar syberyjskich łagrów, bezkresne kazachskie stepy aż po Morze Kaspijskie.

„Żniwo ognia. Ostrze sierpa" Andrzeja H. Wojaczka

Andrzej H. Wojaczek, twórca bestsellerowego cyklu Wrzeciono Boga, wraca z drugą częścią trylogii Żniwo Ognia. Akcja powieści Ostrze sierpa rozgrywa się w świecie mrozu, głodu i wszechobecnego strachu. Autor odsłania dwoistość tytułowego sierpa – w realiach syberyjskich łagrów jego ostrzem jest człowiek zmuszony do wyboru: karmić i wspierać albo wykonywać wyroki systemu, który doprowadził do masowej zagłady.

Do przeczytania powieści zaprasza Wydawnictwo Szara Godzina. Dziś na naszych łamach przeczytacie fragment książki Żniwo Ognia. Ostrze sierpa:

Korytarz prowadził do drzwi, za którymi znajdował się pokój przesłuchań. Już raz go maglowali, ale niewiele z tego pamiętał. Kokon bólu chronił go przed światem zewnętrznym o wiele skuteczniej niż potężne mury więzienia na Brygidkach przy ulicy Kazimierzowskiej we Lwowie, dokąd trafił w trzecim tygodniu czerwca czterdziestego roku.

Żelazne drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów przypominającym kwik zarzynanego prosięcia. Dozorcy wepchnęli go za próg, posadzili na niskim taborecie, twarzą do szerokiego biurka. Ostre światło stojącej na nim lampy zmuszało każdego przesłuchiwanego do opuszczenia głowy i kurczowego zaciśnięcia powiek. Łomot zatrzaskiwanych drzwi i cichnące kroki wartowników uzmysłowiły mu, że po raz trzeci znalazł się w towarzystwie sowieckiego śledczego. I tym razem wyczuł obecność jakiejś duszącej woni, która unosiła się w gęstym powietrzu.

Teraz już wiedział, że to był strach.

– Wasze otczestwo. – Głos prokuratora wypłynął zza biurka jak trujący opar znad leśnych bagien.

– Teofil Kłosek.

– Dień rażdienia.

Więzień nabrał powietrza i na jednym wydechu wyrecytował żądaną odpowiedź. Gdy ostatnio zasugerował śledczemu, że już go o to pytał, stojący pod ścianą strażnik wymierzył mu szybki cios w trzewia. Taki to wiedział, gdzie i jak bić, żeby bolało. Teofil mało nie obrzygał sobie kolan, gdy – zgięty wpół – walczył o oddech. Prokurator skrupulatnie zanotował odpowiedź, a następnie przeszedł do zadawania kolejnych pytań. Nie wychodził poza utarty schemat. W kółko pytał o to samo, jakby porównywał, czy odpowiedzi więźnia były ze sobą zgodne.

To samo pomieszczenie, ta sama pora nocy.

Ten sam przesłuchujący.

Te same pytania, zadawane tym samym głosem, w taki sam sposób.

Teofila dopadł nagły strach.

Rozdział I  

Czy to naprawdę kolejne jego przesłuchanie? Pobyt w więzieniu był jak zlepek obrazków utrzymanych w jednej tonacji, udźwiękowionych taśmą zarejestrowaną na dnie piekła. Podczas pierwszego przesłuchania śledowaty, skrywający twarz w cieniu poza stożkiem światła, zasypał go gradem pytań – pozornie chaotycznych, lecz niepokojąco metodycznych. Rosjanin sprawiał wrażenie uprzejmego. Jego postawa przeczyła powszechnym wyobrażeniom o tym, jak wyglądały nocne przesłuchania NKWD. Rozpoczął od spisania wszystkich członków rodziny przesłuchiwanego. Skrupulatnie notował imiona i nazwiska, zapisywał daty ich urodzin – właściwie nie tyle zapisywał, ile porównywał z danymi figurującymi w aktach zebranych w szarej teczce. Pytał o wszystko: wielkość gospodarstwa, rodzaje użytków gruntowych, stan zabudowań. Był cierpliwy i zatrważająco wyrozumiały w sytuacji, gdy więzień miotał się w poszukiwaniu właściwych słów.

Tamto przesłuchanie zakończyło się po trzech godzinach, po upływie których dozorcy odprowadzili więźnia z powrotem do celi. Nad ranem, gdy większość osadzonych spała, podłoga przypominała żywy twór, który poruszał się w rytmie niespokojnych oddechów, rozpaczliwych chrapań, strwożonych jęków i nagłych spazmów. Straszliwy zaduch wyciskał łzy z oczu. Smród ekskrementów, zjełczałego potu i brudu dawno niemytych ciał budził odruch wymiotny, nad którym nie każdy potrafił zapanować. Ze względu na czerwcowe upały wielu więźniów miało na sobie zaledwie skrawek odzieży. Spali na kamiennej posadzce, poukładani jak sardynki w puszce. Kto silił się na grzeczność, ponosił natychmiastowe fiasko. Każdy przejaw delikatności kwitowany był eksplozją zwierzęcej agresji, na którą – aby przeżyć – należało odpowiedzieć w jeszcze bardziej brutalny sposób.

Goła żarówka żarząca się pod sufitem pozwalała rozeznać się w otoczeniu, ale nie upraszczała poruszania się wśród kłębowiska ludzkich ciał. Aby łatwiej było mu deptać po śpiących współwięźniach, wyobrażał sobie, że stąpa po kocich łbach. Przekleństwa i wyzwiska, jakie leciały w jego stronę, nie robiły już na nim wrażenia. Rzadko kto brał do siebie ból podeptanych kończyn. W więzieniu przesadna drażliwość nie spotykała się ze zrozumieniem. Jakoś dotarł pod ścianę, gdzie znajdowało się jego legowisko, pilnowane przez trzech zaprzyjaźnionych z nim polskich duchownych.

– Bili cię? – Usłyszał przy uchu szept starego księdza. – Powiedz.

– Nie.

– Dzięki Bogu.

Mężczyzna ukrył twarz w dłoniach, jakby kontemplował przyjętą komunię. Teofil długo wsłuchiwał się w szept modlitwy, który wydobywał się spomiędzy palców leciwego kapłana. Ksiądz Albin Janota był rdzennym Lwowiakiem. W czasie pierwszej wojny służył w 2 Brygadzie Legionów Polskich. Ranny pod Rarańczą, trafił do szpitala, gdzie odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa. Nie był już wtedy młody. Gdy zdawał maturę i wstępował do lwowskiego seminarium, miał trzydzieści pięć lat. Od dnia uzyskania święceń kapłańskich w dwudziestym roku zapracował sobie na miano doświadczonego duszpasterza i cenionego rekolekcjonisty. Był przy tym niepoprawnym buntownikiem słynącym z głoszenia śmiałych tez. Taka postawa zjednywała mu sympatię otoczenia, ale jednocześnie prowadziła do częstych spięć z przełożonymi. Po wkroczeniu Sowietów do Lwowa ksiądz Janota zainicjował potajemne spotkania dla młodzieży. Teofil nie musiał być śledczym, aby domyślić się, jaki charakter miały owe zgromadzenia i jak potoczyły się dalsze losy księdza Janoty.

– Musieli się co do mnie pomylić, panie Teofilu. Nie jestem tym, za kogo mnie biorą, i niczego o mnie nie wiedzą!

Teofil nie zamierzał potęgować zgryzot kapłana stwierdzeniem, że każda szanująca się władza wie wszystko o wszystkich.

Książkę Żniwo Ognia. Ostrze sierpa kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Żniwo Ognia. Ostrze sierpa
Andrzej H. Wojaczek0
Okładka książki - Żniwo Ognia. Ostrze sierpa

Dla jednych świat skończył się we wrześniu 1939 roku, dla innych był zaledwie przedsionkiem piekła. Sowiecki reżim zgotował tysiącom ludzi okrutny los...

Wydawnictwo