Wiek dorosły. Fragment książki „Dziwni są ci ludzie"

Data: 2025-10-13 18:35:02 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 14 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

W uporządkowany od wieków świat przyrody wkracza człowiek – pan i władca wszechświata, posiadający moc zmieniania, a przy okazji niszczenia ustalonego porządku i równowagi w świecie natury. Temat tak obecnie popularny, że wydawałoby się banalny.

Oryginalnością tej książki jest próba spojrzenia na poczynania człowieka z punktu widzenia samej przyrody. Reprezentuje ją dąb, który opisuje kolejne fazy swojego rozwoju, kontakty z innymi roślinami, zwierzętami oraz człowiekiem, nad którego niewyjaśnioną potęgą zastanawia się całe życie.

Potężne, długowieczne drzewo, stojące wciąż w tym samym miejscu, patrzy na miotających się w dole ludzi z przerażeniem, bezsilnością, nienawiścią, a na końcu z pewnym politowaniem. Kto jest zwycięzcą w tym pojedynku? Książka nie odpowiada na to pytanie, ale zmusza czytelnika do głębokiej refleksji i zadumy.

Dziwni są ci ludzie grafika promująca książkę

Do przeczytania książki Bernarda Grynholca Dziwni są ci ludzie zaprasza Wydawnictwo Novae Res. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dziwni są ci ludzie. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Wiek dorosły

Fakt, że miałem już dodatkowe źródło wody, znacznie polepszył moje samopoczucie. Gdy przyszły upały i słońce oślepiało wszystko, a żadna chmurka nie pojawiała się na niebie, ja żyłem i rosłem normalnie. Z głównego korzenia, który miał wodę, szybko wyrastały nowe i rosły w błyskawicznym tempie. Przekonałem się również, że te korzenie, które rosły nie tak głęboko lub tuż pod powierzchnią ziemi, również są bardzo ważne. Co prawda, gdy były upały i nie padał deszcz, zasypiały, ale z chwilą, gdy tylko otrzymały wodę z chmur czy ze śniegu, szybko odżywały i pracowały podwójnie, jakby chciały nadrobić stracony czas. Zauważyłem też, że to one dostarczają główne pożywienie. Ziemia, w której drążyły, była ciemna, prawie czarna i miękka; chyba zawierała to, co było mi najbardziej potrzebne. Natomiast ziemia tam w głębi była jakaś żółta, a nawet biała, i prawie zupełnie jałowa – ale za to tam, gdzieś pod nią, była woda. Do tej pory myślałem, że pod ziemią są tylko korzenie, ale myliłem się. Wkrótce zauważyłem małe zwierzątka, zupełnie szare, bardzo szybkie. Kopały małe norki, dosyć długie, i podgryzały cienkie, małe korzonki. Pewnego razu ujrzałem jeszcze inne zwierzątko, trochę większe i całkiem czarne. Przednimi łapami kopało ziemię, potem pchało ją nosem przed siebie i wyrzucało na zewnątrz. Po pewnym czasie pełno było wokół kopczyków ziemi. Nie mogłem pojąć, w jakim celu ono to robiło. Pomyślałem tylko, że będąc malutkim, miałem dużo szczęścia, bo przecież te małe, szare zwierzątka mogły zjeść wtedy moje korzonki, a ten większy, czarny mógłby mnie wypchnąć razem z ziemią na powierzchnię. Ale widocznie moim przeznaczeniem było żyć i rosnąć dalej. Mówiłem już, że dzięki wodzie i moim pracowitym korzeniom rosłem bardzo szybko. Po kilku śniegach zauważyłem, że moje gałęzie dotykają prawie gałęzi mojego sąsiada po prawej stronie. Konary miałem rozłożyste, a gdy było na nich pełno liści, zacząłem nawet zasłaniać nimi sąsiadowi słońce. Temu po lewej szło coraz gorzej. Robił wrażenie chorego i słabego. Listki miał malutkie i szare, prawie wcale nie rósł. Większą część dnia stał w cieniu, bo moje i drugiego sąsiada gałęzie zasłaniały mu słońce. Żal było mi go trochę, ale nie zastanawiałem się dłużej nad jego losem.

Kiedyś, po śniegach, gdy zawsze wyrastały mi nowe liście, doznałem nowego odczucia. To był jakiś wewnętrzny instynkt, jakaś potrzeba, której poprzednio nie miałem. Oprócz liści zaczęły wyrastać mi małe kuleczki, stopniowo coraz większe, ale nie były specjalnie duże. Gdy zaczęło robić się coraz zimniej, spadały wraz z liśćmi na ziemię. Gdy znowu zniknął śnieg, pragnienie to powtarzało się. Znowu wraz z liśćmi wyrastały kuleczki, żeby potem spaść na ziemię. To nie miało większego sensu, ale jakiś instynkt nakazywał mi robić to każdego roku. Mój sąsiad po prawej też chyba robił to samo, bo zauważyłem między jego śmiesznymi liśćmi jakieś zgrubienia, grubsze i dłuższe od moich kuleczek. Byłem jeszcze wtedy chyba za młody, żeby ten niespodziewany instynkt zrozumieć i pojąć.

Ze wszystkich zwierząt chyba najbardziej lubiłem ptaki. Mogłem obserwować je całymi godzinami. Prowadziły bardzo ruchliwy tryb życia. Ja, skazany na stanie w miejscu, wciąż w tym samym, czasami zazdrościłem im tego. Na pewno widziały dużo ciekawych rzeczy, bo przecież unosiły się bardzo wysoko i znikały gdzieś daleko za ścianą tych wysokich drzew.

Pewnego dnia zwróciły moją uwagę dwa małe, bardzo kolorowe ptaszki. Trzymały się zawsze razem, przysiadały często na moich gałęziach, żeby zaraz sfrunąć i zniknąć w badylach i trawie, które rosły pode mną. Często niosły w dzióbkach kawałki gałązek albo trawy i znowu znikały w badylach. Trochę mnie to zaintrygowało i zacząłem dokładniej je obserwować. Wreszcie zauważyłem wśród badyli, prawie przy samej ziemi, malutkie gniazdko. Ptaszki co chwilę przynosiły nowe gałązki i misternie je układały. Patrzyłem na to z zachwytem, nie mogąc nadziwić się ich zdolnościom. Po pewnym czasie zauważyłem, że gniazdko nie jest już puste, ale leżą w nim małe kolorowe kuleczki. Od tego czasu jeden z ptaszków siedział cały czas w gniazdku, a drugi przylatywał i odlatywał, bez chwili przerwy. W dzióbku zawsze coś przynosił i wkładał do dzióbka tego, który siedział w gniazdku. Zrozumiałem, że ten drugi przynosi temu pierwszemu jedzenie. Mój podziw dla tych maleństw jeszcze bardziej wzrósł. To gniazdko było tak misternie zbudowane i tak dobrze schowane, że sam miałem trudność, żeby je odszukać. Pewnego poranka zauważyłem, że ptaszek nie siedzi już więcej w gniazdku, a w nim zamiast kuleczek siedzą małe ptaszki. Nie miały piórek i były bardzo brzydkie. Wciąż otwierały małe żółte dzióbki, jakby domagały się jedzenia. Rzeczywiście, od tego czasu dwa dorosłe ptaki fruwały bez przerwy, przynosząc coś małym, wkładały im to do dzióbków i znów odlatywały.

Te małe rosły bardzo szybko. Gdy spojrzałem po pewnym czasie, miały już ładne piórka i były tak duże, że ledwie mieściły się w gniazdku. Miałem w tym okresie inne problemy, a kiedy sobie w końcu przypomniałem o ptaszkach, to gniazdko było już puste i nie było po nich śladu. Od tego momentu wiedziałem, skąd biorą się ptaki. Najpierw muszą być kuleczki, potem z nich nagle powstają małe ptaszki, które trzeba karmić i się nimi opiekować.

Przypomniałem sobie moje dzieciństwo i tę małą łódeczkę czy też kuleczkę, w której zaczęło się moje życie. Przyszło mi na myśl, że ja miałem o wiele gorzej niż te ptaszki, bo nikt się o mnie nie troszczył ani mnie nie karmił.

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, którą otrzymałem z dołu, że mój drugi korzeń dostał się do wody. Wody i pożywienia potrzebowałem coraz więcej, odkąd obok liści wyrastały mi kuleczki. Trzeci mój główny korzeń, mimo że minęło znowu kilka śniegów, tkwił prawie w tym samym miejscu. To coś twardego, co stanęło na jego drodze, było tak duże, że ominięcie tego zajmie jeszcze sporo czasu. Zastanawiałem się nawet, czy z tej drogi zupełnie nie zrezygnować. Na wszelki wypadek kilka najsilniejszych korzeni skierowałem na dół, ale w zupełnie innych kierunkach. Dobre rozplanowanie mojego podziemnego królestwa zajmowało mi dużo czasu i uwagi, ale wiedziałem, jakie to jest ważne.

Moje królestwo nad ziemią też rozwijało się zupełnie dobrze. Jak już wspomniałem, moje gałęzie zaczęły dotykać gałęzi sąsiada po prawej. Teraz, po kilku śniegach, były jeszcze większe i zaczęły zasłaniać mu słońce przez większą część dnia. Sąsiad był nadal wysoki, ale po dokładnym przyjrzeniu się zauważyłem, że rośnie jakoś dziwnie – nie prosto do góry jak poprzednio, ale trochę krzywo, jakby chciał odsunąć się ode mnie. Sąsiad po lewej był w coraz gorszym stanie. Nie rósł już wcale, a na dodatek oplatały go jakiejś badyle, inne niż te, które widziałem dotychczas. Były zielone, owijały się wokół jego pnia tak, że go prawie nie było widać. Jego tragedia i jego koniec nastąpiły któregoś chłodnego poranka…

Dzikie świnie pojawiały się już wcześniej bardzo często. Nie lubiłem ich, ale przestałem się zupełnie tych zwierząt obawiać. Nawet ten ich brzydki zwyczaj czochrania się o mój pień nie robił na mnie żadnego wrażenia. Pień miałem już gruby, skórę na nim twardą, aż chropowatą. Zacząłem zauważać, że świnie przychodziły częściej od czasu, gdy zacząłem wytwarzać kulki, które spadały na ziemię. Pojawiały się wtedy regularnie, ryły ziemię, rozrzucały ją na wszystkie strony, mlaskały, chrząkały, potem czochrały swoje grzbiety o mój pień, albo o pień sąsiada, i znikały.

Tego mroźnego poranka pojawiły się znowu. Zaczęły jak zwykle od rycia, szukania czegoś i, kiedy już mi się wydawało, że zbierają się do odejścia, jedna z nich podeszła do mojego sąsiada po lewej i zaczęła się gwałtownie o niego czochrać. Mizerny pień zaczął nagle dygotać, aż w pewnym momencie rozległ się trzask, a pień przewrócił się na ziemię. Świnia w pierwszej chwili odskoczyła przerażona, ale wkrótce wróciła, obwąchała go, poryła jeszcze trochę i całe towarzystwo wyniosło się z polanki.

To, czego byłem świadkiem, wstrząsnęło mną, długo nie mogłem się uspokoić. Był w końcu moim sąsiadem od wielu, wielu śniegów i, mimo że nie lubiłem go, poczułem jakiś żal i pustkę. Stan ten trwał do czasu, gdy spadł śnieg i przykrył wszystko. Jeszcze przez kilka śniegów pień mojego sąsiada leżał na ziemi, robił się jednak coraz mniejszy i mniejszy, aż przykryły go badyle, a ja zapominałem powoli o tym całym wydarzeniu.

Poznałem w tym czasie kilka nowych zwierząt, które widziałem pierwszy raz albo wcześniej nie zwróciłem na nie uwagi. Pewnego razu wkroczyło na polanę coś dużego, brązowego, na czterech łapach. Nie było to zwierzę specjalnie wysokie, ale szerokie, potężne. Szło powoli z pyskiem przy ziemi, coś zbierało i zjadało. Ale nie ryło ziemi jak dzikie świnie. Czasami stawało na tylnych łapach, żeby coś dostać z większych krzaków, i wtedy wydawało się naprawdę olbrzymie. Biła od niego jakaś niezwykła siła i władczość. Na polance było krótko i, gdy objadło wszystkie krzaki, znikło majestatycznie w pobliskim lesie. Tak oto zobaczyłem najsilniejsze zwierzę lasu – niedźwiedzia. Widywałem go potem wielokrotnie i lubiłem go. Mimo że tak silny i olbrzymi, nigdy nie robił nikomu krzywdy. Był dla mnie prawdziwym władcą lasu.

Poznałem również bardzo małe, sympatyczne zwierzątko o brązowo-rudej sierści i puszystym ogonie. Wskakiwało na mnie i błyskawicznie wspinało się do góry. Przeskakiwało z gałęzi na gałąź, a nawet, bez trudu, ze mnie na mojego sąsiada. Było przy tym tak sympatyczne i radosne, że zawsze z przyjemnością je obserwowałem. Najweselej było wtedy, gdy pojawiało się ich kilka sztuk. Wtedy zabawom i gonitwom po gałęziach nie było końca.

Prowadziłem w tym czasie dosyć beztroskie życie. Pod ziemią wszystkie sprawy przebiegały pomyślnie. Kolejne dwa moje korzenie osiągnęły wodę, a pozostałe były coraz grubsze i dłuższe. Nie narzekałem więc na brak pożywienia czy na braki wody. Stawałem się coraz grubszy i wyższy. Za to mój konkurent i sąsiad po prawej rósł coraz dziwniej. Już nie był tak wysoki jak ja. Jego pień starał się jak gdyby odsunąć ode mnie i coraz bardziej się pochylał. Słońce miałem praktycznie cały czas dla siebie. Zaczynałem powoli rozumieć zachowanie sąsiada. Moje gałęzie zasłaniały mu światło, a on kierował się ku niemu instynktownie. Teraz byłem już zupełnie pewny, patrząc w słoneczną tarczę, że spływa z niej jakaś siła, bez której nie mógłbym żyć normalnie i rosnąć prosto. Była ona chyba ważniejsza niż woda i korzenie, tam pod ziemią.

Mimo że wpatrywałem się w słońce już tyle śniegów, nie mogłem zrozumieć wszystkiego. Wiedziałem, że gdy powoli znika, robi się ciemniej, później znika zupełnie, aż robi się całkiem czarno. Jednak nie zawsze. Czasami, nawet w tej ciemności, robiło się nagle jaśniej i mogłem zza chmur zobaczyć słońce znowu. Było okrągłe, ale czasami jakieś inne, jak gdyby krzywy liść. Przypominam sobie tamtą białą noc, gdy na polanie pojawiły się te buroszare zwierzęta i wyły tak przejmująco. Wtedy też było słońce, ale jakieś inne – blade, zimne. Na pewno nie wysyłało ciepłych promieni, bo wszędzie leżał śnieg i było bardzo zimno. To znaczy, że są dwa słońca, jedno ciepłe, drugie zimne. Nie rozumiałem i nigdy chyba nie zrozumiem do końca tego wszystkiego, co mnie otacza.

Znowu minęło kilka śniegów. Kiedy rozglądałem się po dolinie, wydawało mi się, że drzewa wokół stoją jakoś bliżej mnie, ale to chyba było złudzenie, bo byłem wyższy i widziałem wszystko dokładniej. Zobaczyłem je nagle. Stało po mojej prawej stronie, na skraju polany. Olbrzymie drzewo. Nie zauważyłem go dotychczas, bo widok zasłaniał mi mój sąsiad, a teraz, gdy byłem od niego wyższy, miałem znacznie większe pole widzenia. Było naprawdę ogromne. Jego gałęzie zdawały się dotykać nieba, a były prawie tak grube, jak mój cały pień.

Nie mogłem się na niego napatrzeć. Wydawałem się przy nim zupełnie mały, tak samo jak inne drzewa obok. Były w porównaniu z nim cienkie i rosły w pewnym oddaleniu od niego, jakby z respektem. Przyglądając mu się, zauważyłem nagle, że ma takie same liście jak ja. Również skóra była taka sama, tylko bardziej gruba i chropowata. To znaczy, że drzewo było takie jak ja, tylko kilka razy większe i potężniejsze. Odkrycie to bardzo mnie zaintrygowało. Czyżbym ja kiedyś mógł być tak duży i potężny jak ono? W każdym razie nie byłem w tym lesie zupełnie sam. To drzewo było tutaj największe – prawdziwy władca lasu, a ja byłem taki jak on, tylko że mniejszy. Czułem się od tej pory bardziej pewny siebie i mniej strachliwy, jak gdyby to drzewo wzięło mnie pod swoją opiekę.

Pewnej nocy nagle się obudziłem. Właściwie to nie była już noc, było szaro i lada chwila miało ukazać się słońce. Usłyszałem trzask łamanych gałęzi i tupot, a po chwili na polanie pojawiła się sarna. Biegła szybko, skacząc, a tuż za nią pędził szarobury zwierz, którego zapamiętałem sobie od tej mroźnej zimy, gdy wył tak przejmująco. Teraz biegł za sarną, nie wydając żadnego dźwięku. Gdy sarna była już na środku polanki, nagle pojawiły się dwa inne – jeden z lewej, drugi z prawej strony. Przerażona sarna próbowała skoczyć na bok, ale było za późno. Trzy szarobure dopadły ją błyskawicznie. Rozległ się tylko przeraźliwy bek i po chwili zaległa cisza.

Książkę Dziwni są ci ludzie kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dziwni są ci ludzie
Bernard Grynholc 0
Okładka książki - Dziwni są ci ludzie

W uporządkowany od wieków świat przyrody wkracza człowiek – pan i władca wszechświata, posiadający moc zmieniania, a przy okazji niszczenia ustalonego...

Wydawnictwo