reklama

Wojna to wojna. Fragment powieści "Wplątani" Arkadiusza Rączki

Data: 2020-10-23 13:40:05 Autor: pobarski

Rok 1920, trwa wojna polsko-bolszewicka. W łagrze pod Krasnojarskiem spotyka się dwóch przyjaciół: Wolski – rotmistrz Polskiej Dywizji Syberyjskiej i Fiodor – oficer białej gwardii, który podejrzewa, że wkrótce zostanie rozstrzelany. Jego jedynym pragnieniem jest zapewnienie ochrony ukochanej żonie. Prosi zatem Wolskiego, by ją odnalazł i pomógł dotrzeć do Polski, jej ojczystego kraju. 

Obrazek w treści 

Od tej chwili ich losy zostaną nierozerwalnie splecione, a kiedy Polska w końcu odzyska niepodległość, przyjaciele raz jeszcze staną naprzeciw siebie. Czy po tym, co przeszli, będą potrafili spojrzeć sobie w oczy bez gniewu i żalu?

Wplątani to porywająca opowieść z Bitwą Warszawską w tle, ukazująca zagmatwane losy czwórki ludzi, którzy wkrótce przekonają się, jak wiele może zależeć od zwykłego przypadku, jednej niewłaściwej decyzji czy pozornie nic nieznaczącej chwili, podczas której rozstrzyga się całe ludzkie życie.

Do lektury powieści Wplątani – nowej powieści Arkadiusza Rączki – zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Poniżej prezentujemy Wam premierowy fragment powieści: 

Zadarł głowę w niebo przesłonięte chmurami. Czasem tylko gdzieniegdzie przeświecał księżyc o rudawej poświacie, a i tak ledwie było go widać przez gęsty śnieżny całun. Niesione wiatrem płatki wirowały w mroźnym powietrzu. Jeszcze przed chwilą trwała pogoń, świstały kule, jeźdźcy w galopie spadali z siodeł, tryskała krew. Zwierzęca chęć mordu mąciła rozum. Celuj i naciskaj spust. Zabić, zabić, zabić!

A teraz nagła cisza, spokój, jakby znalazł się w innym świecie. Jakby był aniołem i kontemplował dzieło stworzenia. Uwielbiał te małe zatracenia w tu i teraz. Nie było nic ważniejszego, niż tak stać w otwartości poza życiowym kontekstem, uchylić lufcik egzystencji, patrzeć na gwiazdy, odetchnąć kosmosem. Kiedy tak się skupiał na chwili, przeszłość przestawała mieć znaczenie. Uwierała go tylko myśl, że wkrótce ten stan się skończy; że rzeczywistość przypomni o sobie.

– Panie rotmistrzu! – usłyszał głos za plecami.

Wolski poczuł się, jakby ktoś smagnął go pejczem, ale nie dał tego po sobie poznać.

– Co takiego? – odpowiedział spokojnym głosem. – Walizki spakowane – rzekł kapral Malina. Wolski obrócił się i zobaczył jowialną, choć teraz

nieco przygaszoną twarz podwładnego. Kątem oka dostrzegł jego blady uśmiech.

To dobrze, że nie traci ducha – pomyślał Wolski i ponad głową podoficera zapatrzył się na obozowisko rozbite w tajdze na niewielkiej polanie.

Ułani gasili ogniska, wylewając wodę z garnków, w których wcześniej gotowali ją na wrzątek. Podnosili nosze z rannymi i ładowali na sanie służące zazwyczaj za ruchome stanowiska karabinów maszynowych. Zastanawiał się, ilu jeszcze umrze tej nocy. Nie było już żadnych środków opatrunkowych, żadnych leków, brakowało nawet kul do karabinów. Ledwie udało się wyrwać z kotła. Teraz zamierzali dotrzeć do oddalonej o dziesięć wiorst stacji. Jeśli będą mieli szczęście, trafią na pociąg pancerny Polskiej Dywizji Syberyjskiej. To ostatnia szansa. Byli jak stado wilków, wokół których domykał się pierścień myśliwych.

***

Po kilku godzinach dojechali do brzozowego zagajnika i opuszczonej drewnianej chaty, szumnie zwanej dworcem. Wolski rozkazał ułożyć rannych na podłodze. Ich jęki nie dawały usnąć. Rotmistrz, ćmiąc papierosa, siedział oparty o ścianę. Starał się o niczym nie myśleć, po prostu trwać, zachowując przytomność umysłu. Kapral stał przy oknie i patrzył przez lornetkę. Nad ranem, w mdłym blasku poranka, pojawił się pociąg. Nadjeżdżał tak powoli i bezgłośnie, że mógł zdawać się sennym widziadłem. Spłoszone wrony krakały, zakreślając koła nad stacją.

– I co? – zapytał Wolski lekko zdenerwowanym głosem.

– To nasze! – krzyknął kapral. – Nasze jak nic, panie rotmistrzu.

Wolski wyrwał mu lornetkę, dostrzegł polskiego orła na czole lokomotywy. Bez słowa wybiegł z budynku i rzucił się pędem przez wysoki śnieg w stronę torów, chociaż mógł tam dotrzeć ubitą ścieżką.

Wyszarpnął nagana z kabury i oddał kilka strzałów w powietrze.

Po chwili rozległ się przeciągły pisk hamulców. Pociąg zwalniał opieszale i zatrzymał się tuż przed rotmistrzem. Kilku ułanów wskoczyło na siodła i podjechało w szyku. Ustawili się murem za dowódcą. Lokomotywa stała w milczeniu, wpatrując się tępym okiem w intruzów. Kłęby dymu buchały jej z nozdrzy.

Zgrzytnęły drzwi. Na peron wyskoczył człowieczek. Można było pomyśleć, że jakiś skrzat prowadził parowóz – ni to żołnierz, ni maszynista. Za duży szynel, bandaż owinięty wokół głowy. Ledwie zaszczycił ich spojrzeniem, po czym splunął krwią, odwrócił się plecami i zaczął brnąć przez sypki śnieg wzdłuż składu. Minął kilka opancerzonych wagonów poznaczonych dziurami od kul i wgłębieniami po pociskach, potem odkryte platformy z lufami armatnimi, które wystawały ponad blokami betonu i workami z piaskiem. Nie zwracał uwagi na zamarznięte trupy. Jeden leżał na działku, drugi z przyprószonymi śniegiem włosami zwisał na workowym szańcu, a jego opuszczone ręce wyglądały jak gałęzie.

Cóż, wojna to wojna. Maszynista przywykł już do takich widoków. Nieraz trzeba było odrywać przymarznięte ciała od składu, czasem żołnierzy, czasem pasażerów na gapę, rozmaitych włóczęgów, dezerterów, zdesperowane kobiety, które za wszelką cenę chciały się wbić do wagonu, by w zamian za wikt i opierunek cerować i prać bieliznę oraz świadczyć rozmaite usługi natury intymnej.

Maszyniście najwyraźniej się nie spieszyło. Szedł ostentacyjnie wolno, przystanął i spryskał moczem koła. Potrząsał członkiem, obleśnie sapiąc i powtarzając z mściwą pasją jedno i to samo zdanie:

– Co za skurwysyny! Bez szacunku dla rozkładu jazdy.

Po dopięciu rozporka westchnął i ponowił marsz. W końcu dotarł do środkowego wagonu i parę razy uderzył pięścią w blachę.

– Panie kapitanie, melduję, że przybyli ułani! Szwoleżerzy czy inni kobylarze! – krzyknął. – Bez szacunku dla... – zamierzał dodać „rozkładu jazdy”, ale zamilkł w pół zdania.

Drzwi rozsunęły się z głuchym zgrzytem. Pojawił się w nich drobny oficer i stał tak przez chwilę, jakby czekał, aż ktoś uwieczni go na zdjęciu. Nikt się do tego nie kwapił, więc zeskoczył na peron, poprawił szablę i nie spojrzawszy nawet na maszynistę, ruszył energicznym krokiem, dziarsko wyciągając nogi ze śniegu. Po chwili Wolski dostrzegł kapitańskie naszywki i wyzywające spojrzenie watażki. Kapitan miał bladą twarz. Ot, taki poeta suchotnik, trochę jak Słowacki, tylko te błyski w oczach i zawadiackie ruchy nie pasowały do oblicza wieszcza. Pod nosem starannie przystrzyżony wąsik.

Prawdziwy elegancik, że też mu się chce – zdziwił się Wolski, który w przeciwieństwie do kapitana szczycił się bujną brodą bojara czy też leśnego zbója. Rotmistrz był przystojnym, wysokim i dobrze zbudowanym szatynem. Szeroka klatka, takież bary, ale ramiona wąskie i szczupłe nogi. Twarz inteligenta, rysy typowego schizoida: wąski nos, raczej cienkie, ale ładnie wykrojone, symetryczne wargi. Mocno zarysowana szczęka przydawała mu marsowej surowości. Miał delikatne palce artysty, a jego spojrzenie często było przesłonięte mgłą zamyślenia. Wolski podobał się kobietom. Studiował przez rok malarstwo na Akademii Wileńskiej, zanim przeniósł się do szkoły wojskowej w Piotrogrodzie. Potem zaciągnął się do Białej Gwardii – uczynił to z pobudek patriotycznych, w przyszłości zamierzał wykorzystać nabytą wiedzę przeciwko rosyjskim zaborcom. Taki to już był z niego Konrad Wallenrod.

***

Jak przystało dowódcom, stuknęli obcasami i przytknęli palce do czapek, podając szarże, nazwiska i przynależność do wojskowych jednostek.

– Wpadliśmy w zasadzkę – rzekł Wolski. – Ledwie się przebiliśmy, zabierzecie nas?

– A dokąd chcecie jechać? – zapytał kapitan.

– Do naszej dywizji.

– Nie ma już żadnej naszej dywizji, panie rotmistrzu, my już też nie istniejemy, o ile w ogóle kiedyś... – Oficer zamilkł w pół zdania, jego oczy zmatowiały, zapatrzył się w siebie, usiłując dojrzeć coś we mgle wewnętrznych rojeń. – Przykro mi to mówić – dodał po chwili – ale trafił pan na pociąg widmo, technicznie rzecz biorąc, to rozmawia pan z trupem... Zapali pan? – zapytał, wyciągając z kieszeni papierośnicę.

– Nie odmówię – odpowiedział Wolski.

Kapitan wziął papierosa i zatknął go sobie za uchem, po czym zamknął metalowe pudełko i z powrotem umieścił je w płaszczu, a jednocześnie wyciągnął zapałki. Potarł draskę i osłonił płomień dłonią w skórzanej rękawicy.

– Ostatni papieros skazańca – rzekł z jakimś diabelskim błyskiem w oku, podając Wolskiemu ogień. – I ostatnia zapałka – dodał, po czym rzucił patyczek w zaspę. Podniósł dwa palce do nosa i marszcząc czoło, powąchał swąd przypalonej skóry. Diabli wiedzą, o czym myślał.

– Hmm – mruknął Wolski. – Proszę, to dla pana, mam jeszcze jedną – rzekł, podając kapitanowi pudełko zapałek.

– Dziękuję – odrzekł kapitan, po czym skwapliwie schował podarunek do kieszeni płaszcza. – Pozwoli pan, że jednak przypalę od pana? –  zapytał.

– Proszę.

Kapitan odpalał długo i wyglądał jak dzieciak ciamkający smoczek, gdy tak przypatrywał się rotmistrzowi swymi szeroko otwartymi oczami.

– Widzi pan... – zaczął Wolski – ten pociąg to znów dla nas ostatnia nadzieja.

Kapitan wypuścił dym w powietrze.

– Nie ma już żadnej nadziei – rzekł. – Ani ostatniej, ani przedostatniej, chyba pan wie, co stało się z Kołczakiem?

– Nie – zaprzeczył Wolski.

– No tak, pan cały czas w lesie. – Kapitan kiwnął ze zrozumieniem głową. – Czesi go sprzedali za kilka wagonów złota, zdradzili nas, to koniec! Słyszy pan? – powiedział głośno i wczepił kurczliwie palce w ramię Wolskiego. Nic nie było słychać; nic, poza dobiegającymi z wagonów jękami rannych i krakaniem wron.

– Eeeeh – westchnął kapitan. – Chyba mi się zdawało, ale wie pan, w każdej chwili mogą nas dopaść. Czasem mi się zdaje, że słyszę turkot kół.

– Może warto z tyłu wysadzić tory? – stwierdził rezolutnie Wolski.

– Świetna myśl, najlepiej od razu z obu stron – odpowiedział z ironią kapitan. – Aż szkoda, że nie mamy trotylu.

– Musi pan zrozumieć nasze położenie, panie kapitanie – perswadował rotmistrz. – Kilka miesięcy temu dostaliśmy rozkaz, by rozprawić się z bolszewicką partyzantką, ale w międzyczasie sami zmieniliśmy się w partyzantów, tułamy się po tajdze bez kontaktu ze sztabem. Bolszewicy przeczesują lasy, wystarczy, że podjedziemy parę stacji, a potem coś wymyślimy, zrobimy rozpoznanie i zobaczymy, co dalej.

Kapitan popatrzył kpiącym wzrokiem na Wolskiego.

– To się nazywa gracki plan – stwierdził i rzucił papierosa, po czym rozdeptał go niczym żuka. – Zresztą jak pan sobie życzy – dodał. – Miejsce jest, pana oczywiście zapraszam do salonki, zostało parę łyków w piersiówce – rzekł, stukając się w pierś. Ukryty pojemniczek zadźwięczał niczym medal.

Kapitan rozkazał maszyniście wezwać żołnierzy. Człowieczek chodził więc wzdłuż wagonów i uderzał w nie pięścią.

– Pobudka, skurwysyny! – krzyczał. – Meldować mi się tu na peronie, psia wasza mać!

Uważał, że obelgi zadziałają lepiej niż zwykłe komendy. Może miał rację: wkrótce z platform i żelaznych grobowców wyłoniły się przygarbione i kaszlące upiory wtulone w kołnierze szyneli. Wszyscy nosili futrzane papachy i ruskie watowane spodnie. Ich uniformy ustępowały błękitnym, choć teraz już podniszczonym mundurom francuskiej armii, w które ubrani byli ułani z oddziału Wolskiego. Żołnierze posłusznie sformowali szereg, choć kilku nie mogło ustać o własnych siłach, więc opierali się o swoich kompanów.

– Jak stoimy z amunicją? – zapytał kapitan.

– W sam raz, żeby palnąć sobie w łeb – burknął ktoś z szeregu.

Kapitan przyjął ripostę ze spokojem.

– Wolnoć, Tomku, w swoim domku – mruknął pod nosem, ale kto miał słyszeć, ten słyszał.

– Ogniomistrzu! – zwrócił się do krępego żołnierza. – Pytam, co z arsenałem.

Odpowiedzialny za amunicję wojskowy rozłożył bezradnie ręce.

– Jeno łuski się ostały, panie kapitanie.

Kapitan kiwnął głową. Nie spodziewał się innej odpowiedzi.

– Zwodzić mosty, kawaleria czeka! – krzyknął dziarskim głosem.

Kilku żołnierzy podeszło do wagonów, opuścili rampy na suwnicach. Część ułanów zsiadła z koni i poprowadziła je za strzemiona do wagonów, a reszta wróciła do dworcowego budynku po rannych.

***

Salonka okazała się określeniem na wyrost, ale był w niej żelazny piecyk. Wolski od razu się przy nim ustawił, ściągnął rękawiczki ze zdrętwiałych dłoni. Rozgrzał się angielskim rumem z piersiówki.

– Może pan ją zatrzymać – rzekł kapitan. – W zamian za zapałki – dodał, sięgając po następną piersiówkę.

Pod tym względem był dobrze zaopatrzony.

– Chłopcy nabrali trochę tego towaru w Niżnym Nikołajewsku – rzekł. – Chociaż raz byliśmy szybsi od Czechów, sam pan wie, jak są dobrze zorganizowani w kwestii szabru.

Wolski skinął głową i pociągnął z gwinta. Rozejrzał się po salonce. Panował w niej lekki półmrok. Przez dwa szklane okienka w suficie wsączały się blade promienie słońca. Wszędzie walały się łuski. W oczy rzucał się maxim zamontowany na desce, którą wysuwało się przez klapę strzelniczą.

Maszyna do szycia fartuchów dla umarłych – pomyślał Wolski i nie wiedzieć czemu, ucieszył się z tej metafory. Z takich słów rodziły się niekiedy pomysły na obrazy, ale od wielu miesięcy kreatywna część jego umysłu była martwa. Ot coś jak zesztywniały trupek na mrozie. Nic dziwnego, że cieszyła go każda twórcza iskierka, przypominająca o czasach spędzonych w wileńskiej akademii.

Cóż to były za czasy – czasy burzy i naporu, czasy pięknych dziewczyn pozujących nago, zawsze chętnych, by potem napić się absyntu, a nawet zwykłej brutalnej wódki, a także do innych rzeczy. Raje, odległe wileńskie i piotrogrodzkie raje młodości, ale Bóg jak zwykle jest niepoprawny, znowu wygnał Adama i Ewę z Edenu, wszystkich Adamów i wszystkie Ewy, które teraz tułają się po dworcach, żebrzą w zaułkach, marzą o komisarzach zamiast o artystach.

Umeblowanie wagonu prezentowało się nader skromnie. Zniszczona leżanka, rozpadający się fotel, oba meble przytwierdzone do podłogi, drewniane ławki przybite do ścian. Podziurawiony kulami samowar zalegał w kącie obok wiejskiej skrzyni, z której wystawały nogi obute w walonki. Surrealistyczny żart.

– To mój adiutant Kempa. Nie było czasu, żeby go pochować... – rzekł, pociągając z piersiówki, kapitan. – Oficerki oddałem, bo kto by się tam trupem przejmował... A że gir nigdy nie mył, no... to nasadziłem mu te walonki. Nie miałem serca, żeby zostawić go na śniegu. W końcu to nie pies, ale już zaczyna wonieć, więc... Rozumie pan? W końcu będę musiał tu posprzątać.

Wolski uniósł brwi. Wesoło rozbłysły mu oczy, rozgrzana krew żwawiej krążyła w żyłach, budziły się myśli, nabierał ochoty, by żartować lub przeciwnie, rozmawiać o bardzo poważnych rzeczach, o sytuacji na froncie, odzyskanej niepodległości, estetyce, metafizyce. Budził się w nim duch.

– Oczywiście przydałaby się msza – rzekł kapitan. – Chrześcijański pogrzeb należy mu się jak psu micha, ale skąd tu wziąć księdza?

Kapitan rozsiadł się w fotelu i zaczął wyciągać z kieszeni naboje. Jakby zapomniał o obecności Wolskiego. Machinalnie wciskał pociski w bębenek nagana. Wolski usiadł na leżance bez zaproszenia, kapitan nie zareagował. Wciąż wydawał się nieobecny.

– Pozwoli pan, że trochę się zdrzemnę – rzucił w końcu, patrząc nieprzytomnym wzrokiem w przestrzeń. – Ostatnio rzadko mam ku temu okazję.

Jego słowa musiały być zgodne z prawdą, bo zaczął pochrapywać, ledwie przytknął głowę do oparcia. Pociąg zadrżał, jakby chciał otrząsnąć z siebie śnieg, rozległy się głuche żelazne trzaski, zdawało się, że pękają przęsła mostu pokrytego lodem. Maszyna zaczęła nabierać prędkości, stalowe muskuły ruszały się coraz żwawiej, aż w końcu osiągnęły maksimum rytmicznego wysiłku, popadając w monotonny trans.

Przyjemne ciepło bijące od rozgrzanego pieca, stukot kół. Wolskiemu też zachciało się spać. Jego umysł wędrował tu i tam, wałęsał się w krainie majaków, pośród wspomnień. Odwiedził rodzinne strony na Litwie i drewnianą babciną chatę. Nie omieszkał zajrzeć pod przykrywkę garnka, w którym gotowały się pokrzywy, ziemniaki i ziarno. Babcia miała specyficzne pomysły na paszę dla świń. Wolski poczuł słodkawy zapach odpustowego hydrolatu używanego przez dziadka. Zobaczył teraz tę jego kanciastą, smukłą buteleczkę z żółtawym płynem i zanurzonym w nim kwiatem lawendy. Przesunął mentalną dłonią po czystej, pachnącej pościeli, po ramie drewnianego łóżka, po łanie sierpniowego zboża, rosnącego wzdłuż piaszczystej ścieżki prowadzącej do miasteczka, w którym znajdował się jarmark. Ile teraz dałby za to, żeby znowu się znaleźć w tamtej wiosce, w tamtej chacie i po prostu spać, beztrosko spać...

A niech sobie ten burek szczeka na podwórzu za oknem, niech się miota na łańcuchu – myślał Wolski. Jak dobrze, że tam w przeszłości nadal nic nie wiedzą o rewolucji, Leninie i Denikinie, bagnetach i okopach. Przeszłość ma dobrze strzeżone granice, życie toczy się tam dawnym torem i żaden komisarz partyjnym rozporządzeniem tego nie zmieni.

Wolski chciałby w tej niszy wspomnień zatrzymać się na dłużej, skulić się w kącie niczym w opustoszałej salce dworca na stacji kolejowej poza czasem. Jego umysł miał jednak inne priorytety. Odwiedził salę do ćwiczenia rysunku, wdał się w dialog z rozebraną modelką. Jakież to było wyzwalające, widzieć ciało w kategorii czystej artystycznej formy, rozmawiać bez cienia zażenowania z nagą ponętną damą w tym całkowicie bezprzedmiotowym ujęciu, zauważając w niej zajmujący podmiot. Czasem wychodziło się z nim na kawę i toczyło dyskusje w knajpce, zanim po paru sznapsach ten podmiot nie przemienił się w obiekt pożądania.

Umysł za długo w miejscu nie usiedzi, korzysta ze swobody, braku ograniczeń materią, szybko przenosi się na drugi koniec świata, a i w zaświaty równie chętnie. Wolski wdał się nieoczekiwanie w rozmowę z martwym od kilku miesięcy elegancikiem Gudejką – zwykłym piechurem, którego trzeba było zmuszać do nałożenia hełmu podczas strzelaniny, ponieważ nie chciał psuć sobie fryzury. W końcu skorzystał z tego bolszewicki snajper.

– Gudejko – przemawiał Wolski do ducha – gdzie twój rozum?

– Poszedł w drebiezgi, panie rotmistrzu – odpowiedział ze śmiechem Gudejko. – Ale włosy zostały. – I co teraz: wolisz je zaczesywać na krew czy brylantynę? – zapytał Wolski.

– To zależy, po której stronie przedziałka.

Ta, zdawałoby się, zupełnie bezsensowna riposta wydała się Wolskiemu bardzo ważna. Postanowił koniecznie przypomnieć ją sobie na jawie. Tak bardzo starał się zapamiętać tę wymianę zdań, że sen pękł jak balonik. W wagonie panowały grobowe ciemności. Zrobiło się chłodno.

Zaparowane szybki w dachu, kropelki deszczu, niebo przesłonięte chmurami. Gdzieś pewnie była lampa naftowa, ale darmo jej szukać. Wolski rozniecił ogień pogrzebaczem i dorzucił węgli. Po chwili otworzył zasuwane okienko i poczuł mroźne powietrze. Było jak kieliszek wódki – budziło do życia.

Mijany pejzaż przypominał wariację na temat szarej kopiastej kołdry i kilku poduszek wypełnionych gęsimi piórami. Stojące w szpalerze brzózki prężyły chuderlawe piersi. Minęli wieżę ciśnień. Musieli dojeżdżać do jakiejś większej stacji. Zgrzyt hamulców nie zdołał obudzić kapitana, który drzemał w pozie szarmanckiego ułana z czasów napoleońskich, trzymając rękę na jelcu szabli. Wcześniej zdjął z głowy papachę i nałożył rogatywkę, która teraz, w ciemnościach, wyglądała jak przykurczone czako.

Wolski nie zamierzał go budzić. Sięgnął po ostatniego papierosa, jaki został w złotej papierośnicy z amerykańską czerwoną gwiazdą.

Czemu czerwona, skoro amerykańska? – zdziwił się nie pierwszy raz.

Zapalił. Czekał. Zaśmiał się na wspomnienie tej sennej bzdury, którą tak zawzięcie starał się utrwalić, mobilizując mózg spowity w senne majaczenia. Jeszcze rozbrzmiewał jego śmiech, gdy nagle rozległ się potworny huk. Szarpnęło wagonem, a po chwili jakby piorun grzmotnął w pociąg.

Siła uderzeniowa cisnęła Wolskim o ścianę, ocknął się na podłodze. Cała przestrzeń zmieniła położenie, przekręciła się wzdłuż osi. Żelazne ciało stękało, trzeszczały metalowe stawy. Wagon przechylił się i wydawało się, że za chwilę przewróci się na bok. A jednak trzymał się w szynach. Wolski machinalnie przytknął dłoń do żeber, jakby chciał sprawdzić, czy są całe. W każdym razie bolały, ale nawet z pękniętymi da się żyć.

Sięgnął do kieszeni, wyciągnął pudełko zapałek, pociągnął jedną o draskę. W świetle płomyka zobaczył kapitana leżącego przy skrzyni. Jego głowa wyglądała, jakby ktoś roztrzaskał ją młotkiem. Lepka ciecz spływała z włosów na podłogę.

Wolski chwiejnym krokiem podszedł do drzwi i zeskoczył na peron. Z trudem się wyprostował i wtedy poczuł głuchy ból w kolanie. Ktoś zdzielił go kolbą karabinu, a ktoś inny walnął pięścią prosto między oczy. Nawet ich nie zauważył, wyskoczyli jak spod ziemi, przewrócili go, kopali w tułów i głowę, a potem jeden z nich przystawił mu bagnet do piersi. Ujrzał twarz wykrzywioną wściekłością niczym u czerwonogwardzisty z plakatu.

– No i szto, sabaka? – wycharczał sołdat.

Więc to jest ta chwila – pomyślał rotmistrz, zastanawiając się, czy powinien się pomodlić, skoro nie wierzył w Boga.

W tym samy momencie rozległ się głośny okrzyk. Wzdłuż składu pędził bolszewicki oficer w spiczastej czapie. We wzniesionej dłoni trzymał nagana. Zatrzymał się nad Wolskim, sprawdził, czy żyje, po czym wcisnął broń do kabury i nagle ni z tego, ni z owego zdzielił w pysk jednego z sołdatów, a potem dla sprawiedliwości walnął na odlew drugiego.

Rosja to Rosja. W białej armii za byle co dostawało się w mordę, więc nic dziwnego, że podobne zwyczaje panowały wśród bolszewików. Mogło jednak zastanawiać, że sowiecki oficer karał za znęcanie się nad jeńcem. Podczas rewolucji obie strony dopuszczały się potwornych czynów. Wojna domowa w Rosji w porównaniu, z dopiero co zakończoną, pierwszą wojną światową była o parę stopni wyżej w skali zbydlęcenia rodzaju ludzkiego. Być może jednak ten oficer miał dobrą pamięć i żelazne zasady, skoro starał się przestrzegać konwencji genewskiej, o której uczył się zapewne w akademii Białej Gwardii. Większość bolszewickiej kadry dowódczej rekrutowała się przecież spośród białych.

Dwa ostatnie wagony były niemal całkowicie zmiażdżone. Wyciągnięto z nich wielu martwych ułanów w błękitnych mundurach francuskiego szyku. Polski pociąg został zgnieciony w imadle dwóch żelaznych potworów – jeden stał pusty, blokując tor, drugi uderzył z tyłu. Nie zostali więc trafieni pociskiem; ot, zwyczajny wypadek bądź celowe najechanie. Kto pozostał przy życiu, wychodził na peron i pod lufami sowieckich karabinów rzucał broń na stos.

Kazano im ustawić się w szeregu. Chwilę potem pojawił się sowiecki kombryg w asyście kilku żołnierzy. Miał czerwone bryczesy z czarnymi lampasami, barani kożuch i czapkę uszankę z czerwoną gwiazdą. Przepasany był skórzanym paskiem, z którego zwisała kabura. Na swych cienkich nogach, energicznie zagłębiających się w śniegu, wyglądał jak rodzaj nerwowej czapli.

Kazał wystąpić wszystkim oficerom i podoficerom. Jeden z bolszewickich żołnierzy zerwał im naszywki i pagony. Następnie zaprowadzono ich na bocznicę, gdzie stał już spory tłumek w austriackich, kołczakowskich i madziarskich płaszczach. Już po kroju było widać, że to kadra oficerska – doborowa mieszanka. Zapakowano ich do bydlęcych wagonów, traktując przy tym w rzeczy samej jak bydło. Bolszewicy nie szczędzili ciosów kolbami.

W środku panował potworny ścisk. Kto miał rękę na temblaku ze zwykłym opatrunkiem, cierpiał; kto miał ją w gipsie, zadawał cierpienie. Wolski musiał się powstrzymywać, by nie udusić delikwenta w austriackim szynelu, który napierał mu gipsem na żebra. Ale jak tu dusić rannego?

Pociąg ruszył, a gdy ruszył, to się już nie zatrzymał. Marzyli o postoju; o tym, żeby rozprostować kości i odlać się na szyny. Zamiast kibla mieli dziurę pośrodku wagonu, tyle że nie sposób się było do niej dostać, więc większość załatwiała się w spodnie. Można było stracić przytomność od samego smrodu. Całą noc jechali zbici w miazgę, żywi sklejeni z trupami, jedni od drugich oddzielili się, dopiero gdy pociąg stanął i padła komenda rozkazująca wychodzić. Wtedy zmarli osunęli się na podłogę w akcie nieposłuszeństwa.

Żywi dostali pajdę chleba z masłem, i herbatę oraz zupę z koniny. Był to suty posiłek jak na jeńców wiezionych do łagrów. Zaraz potem kazano im ustawić się w kolumnie i w asyście sołdatów z bagnetami prowadzono przez szeroki trakt między szpalerami brzóz. Mijali mogiły, kapliczki, prawosławne i katolickie krzyże. Cmentarz w rozciągłej topologii, niekończąca się droga budowana rękami zesłańców, więzienna golgota. Iluż budowniczych oddało swoje życie, ilu spoczęło w okolicznych grobach? Nikt nie wiedział, dokąd idą ani jak długo to potrwa. Kto opóźniał marsz, dostawał kolbą w plecy. Kilku maruderów zakłuto bagnetami. Wrony krakały, przysiadały na śniegu i przez chwilę szły wzdłuż pochodu, przekrzywiając okrutne główki. Przypatrywały się jeńcom z akademickim zainteresowaniem, jakby obstawiając, który padnie następny.

Zachęcamy do zapoznania się z całą powieścią. Książkę Arkadiusza Rączki można kupić poniżej: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wplątani
Arkadiusz Rączka 0
Okładka książki - Wplątani

Rok 1920, trwa wojna polsko-bolszewicka. W łagrze pod Krasnojarskiem spotyka się dwóch przyjaciół: Wolski – rotmistrz Polskiej Dywizji...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Na tej samej ziemi
Katarzyna Kielecka;
Na tej samej ziemi
Usta mordercy
Artur Kawka, Monika Wysocka
Usta mordercy
Cyrkówka Marianna
Anna Fryczkowska;
Cyrkówka Marianna
Na Podlasiu. Antonia
Agnieszka Panasiuk;
Na Podlasiu. Antonia
Spowiedź doktora Mengele
Christopher Macht
Spowiedź doktora Mengele
Nawiść
Autor Nieznany (I)
Nawiść
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Przemysław Hytroś
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Pokaż wszystkie recenzje