Czy Watykan zatonie pod falą największego skandalu w historii?
Młody ksiądz trafia do cichej, spokojnej wioski we Włoszech. Jest przekonany, że jego życie będzie biegło powolnym tempem, wyznaczonym przez Boga…
Los wciąga go jednak w wir brutalnej wojny włoskich mafii. Włoski rząd okazuje się pionkiem. Watykan i jego mieszkańcy są zagrożeni. Skrupulatnie gromadzony majątek może zmienić właścicieli. A gra toczy się o dużo więcej niż pieniądze.
Czy w świecie, w którym silniejsza od wiary w Boga jest tylko korupcja, a boleśniejsza od śmierci jedynie zdrada, jest miejsce na sprawiedliwość? Czy młodemu księdzu wystarczy sił, by obronić to, co najcenniejsze?
Władza. Mafia. Zdrada. Śmierć.
Kto zdobędzie niezdobyte? I czy Watykan upadnie?

Zapraszamy do lektury powieści Krzysztofa Myślińskiego Jak okraść Watykan. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Jak okraść Watykan:
PROLOG
Coś było nie w porządku. Lorenzo Accardi doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Siedział w samochodzie, niecałe trzysta metrów od stacji benzynowej, i za nic w świecie nie chciał z niego wysiąść. Wiedział, że nie powinien. Mówiły mu o tym drgawki. Przybierały na sile, ilekroć dotykał obszytej skórą klamki.
Był niemal pewny, że plan się nie powiódł.
Nie tylko nie dostał oczekiwanej informacji – nie dostał żadnej informacji. Nikt nie próbował się z nim skontaktować. Nikt nie przyjechał na miejsce spotkania.
Ludzie Carla Brivia stchórzyli albo uznali, że jest martwy.
Ale on żył. Nie zginął, skoro czuł, jak gdyby po nodze przejechał mu walec.
Jeszcze dwie godziny temu przysłuchiwał się Antoniemu Manciniemu, którego całe Włochy czciły niemal na równi z Bogiem. W czasie występu słuchał rytmicznych, skocznych melodii i upajał się beztroską… tylko po to, aby zastrzelić zastępcę dowódcy potężnej włoskiej mafii.
Lorenzo Accardi zabił człowieka.
Nie był z tego dumny.
Był cholernie dumny.
Engelberto Starace nie był zwyczajną, nieszkodliwą jednostką. Był kimś, kogo należało się pozbyć, przynajmniej tak uważał Carlo Brivio. A skoro Carlo tak uważał, Lorenzo nie mógł sądzić inaczej. Słowo Carla Brivia było prawem.
Istniał tylko jeden problem. Lorenzo miał odbyć chrzest. Miał zostać „stworzony”, miał dołączyć do cholernej włoskiej mafii, do skurwysynów, którzy żyją na własnych zasadach. Śmierć Engelberta Staracego miała to przyspieszyć.
Teraz nie potrafił określić, czy do chrztu kiedykolwiek dojdzie.
W ciągu kolejnych kilkudziesięciu minut co chwilę spoglądał na zegarek. Wskazówka wydawała się zwalniać z każdym ruchem. Przeplatał to spojrzeniami na lusterko wsteczne. Tutaj, przy wylotówce z Mediolanu, mieli pojawić się ludzie Carla Brivia. Nie mógł się stąd ruszyć, dopóki ich nie zobaczy.
Było już po północy. Nie włączał świateł ani silnika, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Nie widział nikogo w promieniu dwustu metrów, stało tu jedynie kilka starych, opuszczonych samochodów. Jakieś trzysta metrów przed nim widniał oświetlony szyld stacji benzynowej. Tam też nikt się nie zapuszczał.
Gdyby nie śmigające wylotówką samochody, rozbrzmiewałaby idealna cisza.
Dopiero kiedy Accardi poddał się własnym myślom o odjeździe i przekręcił kluczyk w stacyjce, na parking zajechały dwa czarne samochody. Choć większość Włochów mogła takie kupić, Lorenzo od razu poznał, że nie należą one do większości Włochów. Zwierzę prowadziłoby pewniej pierwszą osobówkę. I nie zwracałoby na siebie tyle uwagi. Kierowca zaparkował przed jego samochodem dopiero za trzecią próbą.
– Cudownie – mruknął Lorenzo, gdy rozległ się zgrzyt. Mógł szukać nowego zderzaka.
– Accardi! – dobiegło go wołanie. – Wsiadaj!
Lorenzo skrzywił się. Ślepo wierzył, że nie usłyszy tego głosu. To Vincenzo Dessana, jeden z najbrutalniejszych i najgłupszych mężczyzn, jakich znał.
Nie miał wyboru. Wyciągnął kluczyki ze stacyjki, rozejrzał się wokół i na wszelki wypadek, trzymając palec na spuście, wyskoczył z samochodu.
Ledwo trzasnął drzwiami czarnego wozu, kierowca ruszył z piskiem opon. Za nimi pojechał drugi samochód.
– Co się dzieje? – zapytał Lorenzo. – Dlaczego musiałem czekać? Kierowca nie odpowiedział.
– No co jest?!
– Uspokój się – mruknął wreszcie Vincenzo. Docisnął pedał gazu, silnik zawył. Wyjechali z parkingu na główną drogę. Vincenzo nie rozejrzał się, czy pas jest wolny, omal nie wpadli pod koła ciężarówki. Jak oni jeżdżą…
– Jak oni jeżdżą? – zawył Lorenzo. – Chcesz nas zabić?
– Nie. – Vincenzo Dessana wciąż na niego nie spojrzał. – Ale oni chcą.
Zmienił bieg, samochodem szarpnęło.
– Cholerny złom. Od miesiąca powtarzam Carlowi, że trzeba go zmienić.
– Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – warknął Lorenzo. – Dlaczego jesteś dopiero teraz? Zabiłem największego skurwysyna, a tobie nie chciało się ruszyć dupska. Mogłeś wysłać tu kogoś, mogłeś…
– Nic nie mogłem, Lorenzo. – Vincenzo Dessana w wariackim tempie mijał kolejne samochody. – Właśnie o to chodzi, że nic nie mogłem. Ja sprzątałem syf. Twój syf. Nie ma nic przyjemnego w sprzątaniu czyjegoś gówna. Zwłaszcza jeżeli nie masz co z nim zrobić i musisz je wcierać w ziemię, czasami nawet zjadać mniejsze kawałki tej brązowej, gorzkiej papki, która śmierdzi gorzej od pijackich rzygów…
– O czym ty mówisz, popaprańcu? Co musiałeś po mnie sprzątać?
– Domyśl się.
– Przecież zrobiłem wszystko, jak należy! To była czysta robota. Starace nie żyje. Nie żyje, rozumiesz? Możesz otworzyć w Mediolanie własny klub z dziwkami i nikt ci nic nie zrobi. Możesz rozprowadzać dragi, możesz zaprosić tam pierdoloną policję, a oni powiedzą ci tylko, że to zajebisty interes. Dochodzi to do ciebie, tępy kawałku gówna? Lorenzo zaśmiał się w głos. Przez krótki moment czuł, jak gdyby wciągnął najczystszą kokę na ziemi. – Wygraliśmy to. W końcu wygraliśmy, po tylu…
Zamilkł, bo samochodem zatrzęsło – Vincenzo omal nie wpakował ich w taksówkę.
– Właśnie, że nie wygraliśmy – powiedział. – Przez tę twoją „czystą robotę” mamy więcej problemów niż wcześniej.
– Jakim cudem?
– O śmierci zasłużonego obywatela mówią we wszystkich radiach, a jutro przeczytasz o tym w gazetach.
– I co z tego? Wiedzieliśmy, że tak będzie.
– Nie przerywaj mi. Odjebałeś go na oczach dziwki, a ta zaraz powiedziała o wszystkim dziennikarzom.
– Taki był plan, idioto. Przecież to nasza dziwka. Nic nie może mi zrobić, co najwyżej obciągnąć, jak będę miał ochotę.
Vincenzo Dessana wdusił pedał hamulca w podłogę i szarpnął kierownicą. O włos minęli się z czerwonym fiatem.
– Już nie nasza dziwka – powiedział Vincenzo. – Plan nie wypalił. Ludzie Staracego tropią Carla. Śledzą nas wszystkich. Sześciu naszych już nie żyje. Siedmiu, licząc Pietra Valentina. Wiem już, że zepchnęli jego samochód z drogi. Ale to dopiero początek, bo mają wsparcie policji. Mogą odjebać nas wszystkich.
– Z tym też się liczyliśmy.
– Ale się przeliczyliśmy. Chcieli, żebyśmy dali o sobie znać, bo dawno tego nie robiliśmy. A my spełniliśmy ich życzenie. – Vincenzo Dessana westchnął. – Odjebali żonę szefa. Szef ledwo przeżył.
Lorenzo zamarł.
– Skurwysyny.
– Nikt inny.
– To gdzie my teraz jedziemy?
– Do Ligany. To mała wieś na południu. Niedaleko Taranto, ale tam nie będą cię szukali.
– Nie ma opcji. Musimy się bronić.
– Za późno na obronę, musimy uciekać. Ty musisz uciekać.
– Jak za późno na obronę? O czym ty gadasz? Zawracaj…
– Nie zawracam. Polecenie szefa.
Jedną z nielicznych zalet Vincenza była lojalność.
– Po co do Ligany? – zapytał Lorenzo. Wiedział, że drugi czarny samochód nie przestanie za nimi jechać, nawet jeśli Vincenzo fatalnie by się poczuł.
– Zobaczysz.
– Co tam będę robił? – warknął Accardi.
– Szef dał ci zadanie. Właściwie zawód.
– Zawód?
– Tak, zawód. Mam też potrzebny sprzęt i kilka papierów. Resztę się dorobi, to nie problem. Problem jest inny.
– Jaki?
– Nie spodoba ci się ta praca. Ale nikt nie połączy cię ze Staracem. No i nikt nie będzie cię podejrzewał o morderstwo. Nigdy.
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Jak okraść Watykan. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
