Sięgając po „Miłość czyni dobrym” Katarzyny Bondy, byłam przygotowana na ciężką, rozbudowaną historię — ale nie byłam przygotowana na to, jak bardzo ta książka mnie emocjonalnie zmęczy, a jednocześnie zmusi do niewygodnych refleksji. To nie jest lektura, którą się „pochłania” dla czystej przyjemności. To raczej książka, która powoli osiada w czytelniku, drażni, uwiera i zostaje w myślach długo po odłożeniu jej na półkę.
Już od pierwszych stron miałam poczucie, że Bonda świadomie rezygnuje z tego, co w kryminale najłatwiejsze — z prostego podziału na winnych i niewinnych, ofiary i katów. Zamiast tego proponuje opowieść o mechanizmach, o cienkiej granicy między dobrem a złem, o tym, jak łatwo ją przekroczyć, jeśli trafi się na odpowiedniego człowieka w odpowiednim momencie własnej słabości.
Daniel Skalski nie jest bohaterem, którego można polubić — i właśnie dlatego działa tak mocno. Obserwując jego drogę, wielokrotnie łapałam się na nieprzyjemnej myśli, że jego sukces nie bierze się wyłącznie z bezwzględności, ale także z naiwności, desperacji i potrzeby bycia kochanym u tych, których spotyka. Ta książka boleśnie uświadamia, jak często największe krzywdy nie rodzą się z czystej nienawiści, lecz z pragnienia bliskości, bezpieczeństwa i nadziei na lepsze życie.
Najtrudniejsze w tej lekturze było dla mnie to, że Bonda nie pozwala czytelnikowi zachować komfortowego dystansu. Czytając, czułam się momentami wręcz współodpowiedzialna — jakby autorka pytała mnie wprost: a ty? Czy naprawdę jesteś taka odporna? Czy na pewno byś się nie dała? To bardzo niepokojące doświadczenie, bo „Miłość czyni dobrym” nie jest historią o ludziach skrajnych, patologicznych czy obcych. To opowieść o osobach takich jak my — pracujących, zakochujących się, marzących, czasem po prostu zmęczonych życiem.
Szczególnie poruszył mnie sposób, w jaki Bonda pisze o relacjach uczuciowych. Miłość w tej książce nie jest ani romantyczna, ani idealizowana. Jest toksyczna, jednostronna, oparta na iluzji, a mimo to — przerażająco wiarygodna. Jako kobieta czytałam wiele fragmentów z narastającym dyskomfortem, rozpoznając w zachowaniach bohaterek mechanizmy, które znam z rzeczywistości: usprawiedliwianie, racjonalizowanie, tłumaczenie cudzych win własnym sercem.
Ogromnym atutem powieści jest jej dokumentalny ciężar. Świadomość, że historia opiera się na prawdziwych aktach sprawia, że nawet najbardziej absurdalne momenty przestają być niewiarygodne — przeciwnie, stają się jeszcze bardziej przerażające. Bonda nie epatuje sensacją, ale pokazuje, jak z pozornie drobnych decyzji rodzą się lawiny konsekwencji, które niszczą całe życia.
Nie ukrywam jednak, że momentami ta książka mnie przytłaczała. Jej objętość, liczba wątków i szczegółowość narracji wymagają od czytelniczki skupienia i cierpliwości. Bywały fragmenty, które czytałam wolniej, z poczuciem zmęczenia, a nawet złości. Ale z perspektywy całości widzę, że to nie była przesada — raczej świadomy wybór autorki, która nie chciała uprościć świata, o którym pisze.
Po skończeniu „Miłość czyni dobrym” nie miałam poczucia ulgi ani satysfakcji typowej dla zamkniętego kryminału. Zostałam raczej z ciężarem pytań: o odpowiedzialność, o granice empatii, o to, czy miłość naprawdę potrafi czynić dobrym — czy raczej bywa wygodnym usprawiedliwieniem dla zła. To książka, która nie daje odpowiedzi, ale zmusza do myślenia. I właśnie za to ją cenię, mimo całego emocjonalnego dyskomfortu, jaki mi zafundowała.
To nie jest moja ulubiona powieść Bondy — ale z całą pewnością jedna z najbardziej niepokojących i dojrzałych. Taka, której się nie zapomina.
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 2020-11-25
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 744
Dodał/a opinię:
Ewelina Białogołąbek
Nie zabija nożem, nie ćwiartuje, nie strzela. Przynosi garść pigułek i polewa wódkę. Czaruje, opowiada i zdobywa ich zaufanie. Historia inspirowana prawdziwymi...
Czy szczątki kobiety w walizce to ciało poszukiwanej od roku Klaudii Janus? Na drodze niedaleko Ełku znaleziono elegancką walizkę. W środku były poćwiartowane...