„Pozwól mi wejść” Johna Ajvide Lindqvista to powieść, która – mimo że formalnie zaklasyfikowana jako horror – działa na znacznie głębszym, trudniej uchwytnym poziomie. To książka, która zostawia po sobie ślad nie tyle dlatego, że straszy, ile dlatego, że obnaża w człowieku tę część, którą zwykle wypieramy: samotność, potrzebę bliskości, mrok dojrzewania, rozpadające się granice moralne. To opowieść niepokojąca, lepka, surowa, ale też boleśnie ludzka. Czytając ją, miałam wrażenie, jakby ktoś patrzył mi przez ramię i zadawał pytania, na które wcale nie chce się odpowiadać.
Co uderza od początku, to umiejętność autora do budowania świata przesyconego szarzyzną codzienności. Blackeberg – zwyczajna, skandynawska dzielnica, pozornie nudna i przewidywalna – staje się tu czymś w rodzaju sceny teatralnej, na której rozgrywa się tragedia z udziałem postaci pogubionych, wykluczonych, przepełnionych tęsknotą. To tło nie jest dekoracją; ono żyje własnym życiem, podkreślając, że prawdziwy horror nie zawsze kryje się w nadnaturalnych zjawiskach, ale w pustce między ludźmi, w milczeniu, które narasta, w pęknięciach, które nikt nie próbuje zakleić.
W centrum historii stoi relacja Oskara i Eli – dwojga dzieci, które w innej rzeczywistości mogłyby być po prostu przyjaciółmi szukającymi sensu w świecie dorosłych. Ale tu nic nie jest proste. Oskar to chłopiec dręczony, zepchnięty na margines, wewnętrznie naznaczony poczuciem niesprawiedliwości. Jego cicha frustracja wisi w powietrzu od pierwszych stron, jakby czytelnik mógł niemal usłyszeć jej rytm. To postać boleśnie autentyczna, przedstawiona z takim zrozumieniem, że trudno pozostać wobec niej emocjonalnie obojętnym. Jego samotność jest wręcz dotykalna – tak prawdziwa, że momentami nieprzyjemna.
A Eli… Eli jest jak rozdarcie. Jak tajemnica, której nie da się jednoznacznie ocenić. Lindqvist stworzył w niej postać będącą dokładnie na styku człowieczeństwa i nieludzkiej natury. To nie jest kolejny wampir z literackiej popkultury. Eli wymyka się schematom: jest niewinna i jednocześnie przerażająco brutalna, współczująca i bezwzględna, łagodna i śmiercionośna. Ta dwoistość sprawia, że czytelnik nie może jej zaszufladkować, a przez to nieustannie pozostaje w napięciu. Relacja między Oskarem a Eli nie jest ani czysta, ani zrozumiała, ani wygodna. Jest prawdziwa w swojej nieidealności, a dzięki temu dużo bardziej przejmująca.
Jednym z największych atutów książki jest jej ton emocjonalny: melancholijny, nieco ospały, ale jednocześnie podskórnie napięty. Pisarz nie spieszy się z budowaniem grozy. On ją sączy. Każda scena jest jak kropla spadająca do wody – pozornie niewinna, ale z czasem tworząca kręgi, które docierają coraz dalej. Dzięki temu warstwa horroru staje się czymś więcej niż tylko elementem fabularnym. Groza wynika tutaj najczęściej nie z brutalnych scen, choć takich nie brakuje, ale z poczucia, że w człowieku – w każdym z nas – drzemią potwory, które uaktywniają się pod wpływem strachu, samotności, pragnienia bliskości czy zemsty.
To, co mnie uderzyło najmocniej, to perspektywa dziecięca skontrastowana z okrucieństwem dorosłego świata. Oskar, zamiast otrzymać pomoc i wsparcie, zostaje pozostawiony sam sobie. Dorośli w powieści jakoś dziwnie nieobecni, zajęci własnymi dramatami, zbyt zmęczeni, by spojrzeć naprawdę. Ta obojętność jest jedną z najbardziej gorzkich warstw książki. Lindqvist wydaje się mówić, że czasami największą krzywdę wyrządza brak reakcji, ciche przyzwolenie, odwrócenie wzroku. I to właśnie ta codzienna, bardzo ludzka obojętność okazuje się groźniejsza niż jakikolwiek wampir.
Zastanawia mnie też, jak precyzyjnie autor balansuje na granicy romantyzmu i horroru. Związek Oskara i Eli można odczytywać na różne sposoby: jako przyjaźń, jako potrzebę akceptacji, jako desperacką próbę przetrwania w świecie, w którym nikt ich nie chce. Ale jednocześnie jest coś niepokojącego w ich bliskości, coś, co skłania do zadawania pytań o naturę zależności, o granice dobra, o to, czym właściwie jest miłość, jeśli odrzeć ją z sentymentalnych ozdobników. Czy można mówić o uczuciu, gdy jedna strona potrzebuje drugiej do przeżycia – dosłownie? Czy to więź, czy może transakcja? A może jedno i drugie? Właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że długo po zamknięciu książki myśli nadal krążą wokół tej relacji.
Twórca nie ucieka też od obrazów drastycznych, niezwykle realistycznych, wręcz filmowych. Jego brutalność nie jest jednak efekciarska. Raczej funkcjonalna. Każde okrucieństwo ma swoje uzasadnienie w psychologii postaci, w dynamice świata. Dzięki temu książka unika popadania w sensację. Zamiast straszyć dla samego straszenia, straszy dlatego, że tak wygląda prawda – prawda o społecznej izolacji, o przemocy, o nienawiści, o ludziach, którzy próbują ocalić siebie kosztem innych.
„Pozwól mi wejść” to powieść, którą trudno jednoznacznie ocenić, bo działa na tak wielu poziomach naraz. To historia o wampirze, ale jednocześnie wcale nie o wampirach. To horror, który bardziej boli niż przeraża. To portret ludzi, którzy pragną, aby ktoś ich zauważył, aby ktoś ich wpuścił do środka – nie tylko do domu, ale do świata, do serca, do rozmowy. I właśnie w tym zawiera się najważniejsza metafora książki: że największym pragnieniem człowieka jest to, by ktoś powiedział „tak, możesz wejść”, nawet jeśli wiąże się to z ryzykiem.
To jedna z tych powieści, po których trudno przejść do porządku dziennego. Zostawia człowieka z pytaniami, z lekkim dyskomfortem, z niepokojącym przeczuciem, że granica między tym, co ludzkie, a tym, co potworne, jest cienka i krucha. I może właśnie dlatego jest tak dobra – bo nie pozwala zostać biernym obserwatorem. Zmusza, by otworzyć drzwi, choć człowiek nie ma pewności, co znajdzie po drugiej stronie.
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 2025-09-30
Kategoria: Horror
ISBN:
Liczba stron: 492
Tytuł oryginału: Latt den ratte komma
Dodał/a opinię:
Ewelina Białogołąbek
Hipnotyzująca opowieść o mrokach ludzkiej duszy, w której spokojne szwedzkie miasteczko staje się areną niepokojących wydarzeń Pewnego jesiennego...
Eva ginie w wypadku samochodowym. Jej mąż błaga Boga, by sprawił, żeby żona do niego wróciła. I Eva wraca, ale nie taka, jaką David pamięta. Elvy...