Szybkie tempo akcji, enemies to lovers oraz fabuła opierająca się na moich ulubionych bajkach Disneya? Ja to kupię, razem z nieprzespaną nocą! "Siedem śmiertelnych cierni" skradła totalnie moje serce, to jedna z tych książek, które obiecują „jeszcze jeden rozdział”, a kończą się nagle… o trzeciej nad ranem. Zarwałam dla niej noc bez najmniejszych wyrzutów sumienia, bo gdy historia raz mnie wciągnęła, nie było odwrotu. Tempo akcji jest szybkie, wydarzenia następują po sobie lawinowo, a napięcie nie pozwala zwolnić nawet na chwilę, dokładnie tak, jak lubię.
Autorka wyraźnie bawi się dobrze znanymi motywami baśniowymi i robi to świadomie. W tle pobrzmiewają echa "Królewny Śnieżki", bowiem mamy złowrogą królową, magiczne zwierciadło i poczucie nieustannego zagrożenia, a także akcenty rodem z "Pięknej i Bestii", a mianowicie złowieszczy książę, klątwa, motyw róży, która jest czymś więcej niż tylko ozdobą. Te elementy nie są jednak prostą kalką, a raczej punktem wyjścia do stworzenia mroczniejszej odsłony znanych schematów w nurcie romantasy.
Ogromnym plusem jest kreacja świata. Magia oparta na cieniach i świetle wypada bardzo klimatycznie, a sam świat wydaje się surowy, niebezpieczny i pełen sekretów. Tutaj jasna moc nie okazuje się tylko dobra, a ciemna tylko zła i jest między nimi widoczny kontrast, ale i podobieństwo. Przez chwilę zaglądamy też do akademii, w której uczą się główni bohaterowie, to krótki, ale ciekawy epizod, który dodaje historii młodzieńczej energii i kontrastuje z późniejszym ciężarem decyzji, jakie muszą podejmować.
Relacja Violi i Roze’a to klasyczne enemies to lovers, ale z ukrytym dnem. Ich niechęć nie jest powierzchowna, a przemiana choć momentami mogłaby dostać więcej przestrzeni, wypada wiarygodnie. Podobało mi się stopniowe poznawanie się bohaterów i to, że uczucia nie pojawiają się znikąd. To ten typ uczucia, że nie wiecie czy kogoś nienawidzicie czy jednak was intryguje i pociąga. Z drugiej strony, mam lekki niedosyt emocjonalnej głębi - kilka rozmów czy scen więcej mogłoby jeszcze mocniej wybrzmieć.
Nie wszystko jednak zagrało idealnie. Scena zbliżenia w rękawiczkach… cóż, dla mnie była po prostu niesmaczna i kompletnie zbędna, spokojnie mogłoby jej nie być. Do dziś też nie wiem, jak mam sobie wyobrazić oczy w kolorze „potłuczonego szkła”, może i brzmi efektownie, ale pozostawia mnie w lekkiej konfuzji. Dodatkowo, choć bawiłam się świetnie, pewne elementy fabuły, jak dziedzictwo głównej bohaterki, przewidziałam dość wcześnie, ale to wynika z faktu, że po tylu przeczytanych książkach, po prostu ciężko mnie zaskoczyć, co wcale nie jest złe.
Akcja w „Siedmiu śmiertelnych cierniach” jest jednym z najmocniejszych elementów tej historii. Tutaj naprawdę ciągle coś się dzieje, nie ma dłużyzn, zbędnych przestojów ani rozdziałów, które pełniłyby jedynie funkcję „zapychaczy”. Od momentu, gdy fabuła rusza na dobre, wydarzenia następują po sobie szybko, a presja czasu jest wyczuwalna niemal w każdej scenie. Te symboliczne siedem dni nie jest tylko hasłem, ono realnie napędza całą opowieść i sprawia, że czytelnik cały czas czuje napięcie. Autorka umiejętnie prowadzi akcję, serwując zwroty fabularne w odpowiednich momentach. Gdy wydaje się, że sytuacja zmierza w jednym kierunku, nagle pojawia się nowa informacja, sekret albo decyzja, która całkowicie zmienia układ sił. Do tego dochodzą ciekawe pomysły na rozwój wydarzeń: dworskie intrygi, gra pozorów, fałszywe sojusze i motyw udawanego narzeczeństwa, który w praktyce okazuje się znacznie bardziej niebezpieczny, niż początkowo się wydaje.
Bardzo podobało mi się to, że akcja nie ogranicza się wyłącznie do jednego wątku. Równolegle rozwija się kilka linii fabularnych: magia, polityka, relacje między bohaterami, tajemnice przeszłości, które stopniowo zaczynają się ze sobą splatać. Dzięki temu historia nie jest przewidywalna, a każda kolejna scena wnosi coś nowego. Nawet momenty spokojniejsze szybko prowadzą do wydarzeń, które ponownie podkręcają tempo. To właśnie ta intensywność i pomysłowość w prowadzeniu fabuły sprawiły, że tak łatwo było mi zarwać noc dla tej książki. Każdy rozdział kończy się w sposób, który aż prosi się o „jeszcze jeden”, a ciekawość wygrywa z rozsądkiem. Jeśli ktoś lubi fantasy, w którym akcja nie stoi w miejscu, a fabuła cały czas trzyma w napięciu, to ta książka zdecydowanie spełni oczekiwania
„Siedem śmiertelnych cierni” to dynamiczna, mroczna romantasy, która wciąga od pierwszych stron i nie pozwala się odłożyć. Autorka sprawnie łączy baśniowe motywy ze światem magii cieni i światła, szybką akcją oraz relacją enemies to lovers pełną napięcia. Mimo drobnych zgrzytów i przewidywalnych elementów, jak na debiut jest to bardzo udana historia, idealna dla czytelników szukających intensywnych emocji i wartkiej fabuły. Wciągająca, dynamiczna, oparta na lubianych motywach, ale podana w świeżej, mrocznej odsłonie. To historia, która daje czystą czytelniczą frajdę i sprawia, że po zakończeniu ma się ochotę sięgnąć po więcej.
Wydawnictwo: We need YA
Data wydania: 2026-01-14
Kategoria: Fantasy/SF
ISBN:
Liczba stron: 0
Tytuł oryginału: Seven Deadly Thorns
Język oryginału: Angielski
Tłumaczenie: Marta Wielgosz
Dodał/a opinię:
natalia6202