Wracasz do domu ze szkoły z internatem? Trup. Ty? Też trup. Ach jednak nie, bo cofasz się w czasie. Czy będzie więcej trupów? Może. Taka jest rzeczywistość viskondessy (wicehrabiny) Arcany Trionfi, ale nie oczekujmy niczego skomplikowanego.
Anna Schumacher oferuje nam kryminał w stylu „Gry w kłamstwa” Sary Shepard (też autorki „Małych słodkich kłamstewek”). Na szczęście historia zamyka się w 1 nie 6 tomach. Jednak fabuła nie kręci się całkowicie wokół kryminału i znajdziemy elementy Young Adult, które zbliżają tę pozycję do tego, co dziś nazywa się romantasy.
W końcu dziwne imię tytułowej bohaterki i dziwnie zniekształcone viscountess obiecuje przynajmniej trochę inny świat. Teoretycznie jesteśmy w alternatywnej II połowie XIX wieku – bohaterowie czerpią pomysły z „niedawno opublikowanej książki o Alicji, króliku i magicznym świecie kart” (1865). Jednak mimo tego mamy magię, a rewolucji przemysłowej nie widać. Nie, żeby było to niemożliwe w starych arystokratycznych dworach.
Widzimy również magię, która zwyczajnie jest. Bohaterowie jej używają, ale nie zastanawiają się nad tym, jak działa, ani jak ją odczynić. Magia sobie jest i w sumie, gdyby znikła, sam powieść w żadnym stopniu by się nie zmieniła. Światotwórstwo zatem w dużej mierze ogranicza się do zniekształceń słów – sieur (sir), leide (lady) – i ich gier, jak imię jednej z postaci Mag Beth (Macbeth).
Problem braku pytań wiąże się także z pętlą czasową. W ich trakcie bohaterka praktycznie nie zadaje żadnego pytania, jak ona działa. Nawet wspomniany mag, zadaje je raz żartobliwie. Dopiero w ostatniej pętli zadają je poważnie i puf, wymyślają odpowiedź. Niezwykle wygodne.
Podobnie jest z pchaniem opowieści do przodu. Postacie zauważalnie często mówią coś „przypadkiem” bez podbudowy, by fabuła mogła przejść do kolejnego etapu. Bo w sumie schemat jest prosty: Arcana znajduje problem, raz się udaje go rozwiązać, raz nie, by następnego dnia coś się zmieniło, spróbowała czegoś innego i powtórzyła to, co działa. W dużej mierze sprawy te nie dotyczą kryminału i to wątki poboczne.
Samo w sobie jest to przyjemne, nawet jeśli głupiutkie. Pozwala to na wygodne przeklejanie fragmentów utworu i serfowanie czytelnikowi, jak by może powiedzieli w świecie Arcany, deża vi. Nie jest to nachalne, a także pozwala na powtórzenie scen, które zostały przestawione tylko z drugiej ręki. Ta powtarzalność sprawia w sumie, że w sumie nie do końca jest to nawet dobry kryminał.
Rzeczy się dzieją, bohaterka reaguje lub dzieją się, bo ona coś robi. Jednak jej prowadzenie śledztwa jest znikome, a przynajmniej jego skuteczność. Ostatecznie winnym okazuje się ktoś, bo tak, a swoje motywy zachowuje dla siebie. Przynajmniej powtarzanie historii pozwala spalenie zamku dla naszej rozrywki. Gdy bohater niszczy coś cennego, ale wyobrażonego, to zawsze jest to satysfakcjonujące.
Nasza bohaterka cudownie wpisałaby się w schematy otome isekai, czy pozycji villaness w kulturze dalekowschodniej. Ciągła walka osobowości z konwenansami w obliczu powtarzalnej zguby – czego chcieć więcej? W dodatku innych bohaterów też da się polubić, a lokaj Bastoni to zwyczajnie GOAT, MVP, czy jak kto woli nazywać najfajniejsze postacie.
Ostatecznie „Arcana” Anny Schumacher to przyjemne słuchadełko (lub czytadełko), ale niewiele więcej. Można przesłuchać, popodziwiać research, jeśli chodzi o sceny śmierci, ale nie ma potrzeby mówić o reszcie coś negatywnego. Nie wszystko musi być mądre, refleksyjne, czy błyskotliwe, choć grunt, że czasem dialogi właśnie takie są.
PS
W sumie wziąłem tę książkę, bo zobaczyłem „pętla czasu”, ale ostatecznie mimo jej poziomu nie żałuje.
Opowiadanie w bonusie w wersji papierowej (wbudowane do Słowodzicielki),w wersji audio i ebook (oddzielnie). Wiecie, jak to działa w noir: jest on, detektyw...
Oto opowieść o tym, co się dzieje, kiedy książka wciągnie was odrobinę za mocno. Jeśli Cyan myślała, że utknięcie we wnętrzu powieści jest najgorszym...