Weronika Tomala dała się poznać jako mistrzyni emocji. Mam za sobą lekturę kilku jej powieści i każda okazała się zaskakująca. Autorka opowiada o uczuciach i wyborach swoich bohaterów w szczególny, wyjątkowo realistyczny sposób. Pod koronami oliwnych drzew nie jest tu wyjątkiem. To powieść, która zabrała mnie w cudowną podróż do Włoch i rozgrzała serce w środku ciężkiej zimy.

Akcja powieści rozgrywa się w małym włoskim miasteczku, gdzie życie toczy się swoim rytmem. To właśnie tam dorastają Rosa, jej brat Antonio oraz Marco, przyjaciel rodziny.
Rosa jako dziecko podkochuje się w Marcu. Jest najmłodsza, długo traktowana z pobłażaniem, jak to bywa z dziewczynami w jej wieku. Pewne dramatyczne wydarzenie sprawia, że Marco musi opuścić miasteczko i nie jest to jego decyzja. Rosa traci więc ukochanego z oczu.
Po kilkunastu latach Marco wraca. Jest dorosły, odnosi sukcesy i chce odbudować rodzinną tłocznię oliwy. Powrót to, oczywiście, okazja do konfrontacji z przeszłością, wspomnieniami i emocjami. Miasteczko wciąż pamięta. Ludzie wciąż są ci sami. Uczucia również.
Rosa nie jest już dziewczynką. To dorosła dorosła kobieta – silna, a jednocześnie krucha. Wciąż nosi w sobie ślady tamtych wydarzeń. Spotkanie z Markiem burzy jej uporządkowane życie. Wracają dawne uczucia, bo przecież – jak mawiają ludzie – stara miłość nie rdzewieje.
Weronika Tomala jak zwykle porusza ważne tematy. Przemoc fizyczna i psychiczna, skomplikowane relacje rodzinne, konsekwencje trudnego dzieciństwa – to właśnie te obszary definiują dorosłe życie bohaterów. Z nimi trzeba się zmierzyć, by osiągnąć spokój i – być może – znaleźć upragnioną miłość.
Jednak obok niezwykle angażującej akcji, masy emocji, autorka zabiera czytelników do przepięknych, pachnących słońcem, jedzeniem, przyrodą Włoch. Oliwne gaje, kawiarnia, codzienne rytuały mieszkańców budują atmosferę, która kontrastuje z emocjonalnym ciężarem historii. Nie powiem, że we Włoszech łatwiej się cierpi, ale na pewno atmosfera tego kraju i tych małych miasteczek ma w sobie coś rozczulającego.
Podoba mi się to, jak bohaterowie mierzą się z przeszłością. W Marku powrót do rodzinnego miasteczka uruchamia wspomnienia, ale też zmusza go do spojrzenia na samego siebie z innej perspektywy. Rosa z kolei żyje pomiędzy tym, co było, a tym, co jest teraz. Jej codzienność wydaje się uporządkowana, lecz spotkanie z Markiem pokazuje, jak krucha bywa ta równowaga. Dobrze więc, że w końcu ma okazję pożegnać tę przeszłość i zacząć budować coś nowego.
Weronika Tomala pięknie opowiada o miłości, tęsknocie i przebaczeniu. Pokazuje, że czas nie zawsze leczy rany, ale pozwala nauczyć się z nimi żyć. Pod koronami oliwnych drzew to historia o drugich szansach i o cenie, jaką czasem trzeba za nie zapłacić. Polecam gorąco! Można się wzruszyć i zakochać. Zarówno w bohaterze, jak i w wybrzeżu Włoch. Piszę te słowa w styczniu, gdy temperatura ujemna utrzymuje się od dłuższego czasu, a gruba warstwa śniegu nie znika. Weroniko – dziękuję, że na chwilę wyrwałaś mnie z tej rzeczywistości!
On jest dziedzicem rodzinnej fortuny. Ją zawsze wytykano palcami. Więź między tą dwójką nigdy nie powinna się wydarzyć... Lilianna wie, jak gorzka potrafi...
Mimo że późna jesień nie nastraja optymistycznie, a Wodzisław zdominowała szaruga, w tej ponurej atmosferze gdzieniegdzie da się zauważyć pierwsze świąteczne...