Recenzja książki: Kamień, szron

Recenzuje: mh

Pod ścianą ze znużenia i mgły


Wiersz jest twardy, zimny, pozbawiony uczuć, ale równocześnie delikatny, ledwie zaznaczony, jakby słowo tylko musnęło istotę rzeczy, tworząc niewiele ponad notatkę, sygnał, nietrwały ślad. Taki wniosek można wywieść z – zapewne topornej, bo opartej na odczytaniu znaczeń dosłownych – interpretacji tytułu najnowszego zbioru wierszy Ryszarda Krynickiego zatytułowanego „Kamień, szron”. Określenie „najnowszy zbiór wierszy” jest bardzo nieadekwatne, bo sugerować może, że raz po raz pojawiają się nowe tomy Krynickiego. Tymczasem Krynicki przede wszystkim milczy. I w tym milczeniu rzadko wraca do poezji, ale powraca tak jakby wracał do wpół przerwanego listu, wiersza, zdania; po prostu kontynuuje. Może właśnie dlatego jest jednym z najlepszych poetów tzw. Nowej Fali, bo nie czuje potrzeby, aby kolejnymi książkami dokumentować rozwój, mówić dużo, a przy okazji powtarzać wciąż te same frazy – tyle, że w coraz bardziej nużący sposób. Kiedy kolejni nauczyciele odczytują listę obecności – nie wyrywa się bez przerwy ze swoim głośnym „jestem”. Dlatego na jego głos się czeka, a jego milczenie też wiele znaczy. Podobnie jest zresztą w przypadku innego nowofalowego twórcy, prezentującego zupełnie inny etos i paradygmat, Stanisława Stabro – wielkiego nieobecnego dzisiejszej literatury, choć kiedyś wyznaczał szlaki, dzięki którym literatura rozumiana jak głos uczciwy mogła przetrwać. Z „Kamienia, szronu” najgłębiej zapadają we mnie teksty z cyklu „Wiersze podróżne” oraz cykl „Szron”. Uwagę poety przykuwa przede wszystkim to, co znajduje się u ostatecznego celu podróży; już za końcową jej stacją. Te kamyki składają się w traktat o przemijaniu. Stąd dialog z umarłymi. Z tymi w gruncie rzeczy obojętnymi: „Jak tu się znalazłaś, / biedna mumio egipskiej księżniczki, / wystawiona na cudze spojrzenia? / Teraz tutaj są twoje zaświaty. / Sam przez chwilę jestem ich częścią, / póki patrzę na ciebie. // Innych, jak dotąd, nie ma. / Nie wiadomo, / czy będą.” Albo z umarłymi, którzy byli bliscy. W wierszu poprzedzającym zacytowane przed chwilą „Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie” czytamy: „Przed chwilą rozmawialiśmy o Brechcie / z Győrgym Petri, / moim rówieśnikiem, / który umarł dwa lata temu. // (Szczerze mówiąc, milczeliśmy, / ale dobrze wiedzieliśmy, o co chodzi). // No dobrze – przerwałem mu - ale powiedz mi, / jak tam jest? // Jakie tam – wzruszył ramionami - / przecież jesteśmy tutaj.” Z obu tekstów wynika dość jasna pointa – prawdziwych zaświatów nie ma, albo przynajmniej ich istnienie pozostaje nader wątpliwe. Pewni możemy być tylko tego, co „tutaj”, nawet gdyby „tam” miało jednak istnieć: „Po drugiej stronie, / jeśli się przypadkowo spotkamy, / będzie pewnie podobnie. // Jeśli jest.” Dlatego tylko „tutaj” możemy odcisnąć, zaznaczyć swój ślad. Zostawić swój ślad „Ukradkiem”: „Ukradkiem, dyskretnie / podnoszę ze ścieżki / swojego starszego brata, / ślimaka, / żeby go nikt nie nadepnął. // Starszego pewnie o miliony lat. / Brata w niepewności istnienia. / Obaj jednako nie wiemy, / po co zostaliśmy stworzeni. / Obaj jednako zapisujemy nieme pytania, / każdy swoim najbardziej intymnym pismem: // potem strachu, nasieniem, śluzem.” Równie ważna jak pytanie o zawartość wieczności wydaje się dla Krynickiego próba zdefiniowania samej poezji: „Na kruchych rękopisach starego poety / widać ślady popiołu, liczne dziurki po / papierosach, plamy po kawie, rzadko / po czerwonym winie, i niekiedy / ledwo czytelne odciski / kocich łapek, ginące // w czasoprzestrzeni.” Czy poezja ginie w czasoprzestrzeni, a zaświatów nie ma? Czy oznacza to, że omnis moriar, że nic nie pozostaje. Jakąś próbą nadziei jest „Miłorząb”: „Byt pojedynczy, rozdwojony w sobie / posadziłem miłorząb japoński / (na cześć Goethego, / to jasne). // Nie chciałbym, żeby żył samotnie. / Jednak by się przekonać, / czy jest on męski, czy żeński / musiałbym przeżyć jeszcze / co najmniej czterdzieści lat. // Nie zanosi się na to. // Jeżeli przeżyje mój wiersz, / dosadźcie mu towarzysza, / dosadźcie mu towarzyszkę / na resztę życia. // U miłorzębów / taka drobna różnica wieku / nie ma większego znaczenia.” To piękna przypowieść o kruchości człowieka wobec przyrody i manifestacja nadziei w ocalającą siłę – już nie poezji – wiersza. Trudno o dobitniejszy wyraz pokory twórcy wyrastającego z cywilizacji, u której podwalin leży m.in. stwierdzenie ars longa, vita brevis. Taka pokora dotyczy nie tylko pryncypiów, ale także własnego miejsca. Zacytujmy w tym miejscu jeszcze metapoetycki „Efekt obcości”, który zapewne jakoś usprawiedliwia predylekcje Ryszarda Krynickiego do milczenia: Własne wiersze wolę czytać w obcym języku: zajęty obracaniem w ustach kamyków prawidłowej wymowy mniej odczuwam bezwstyd swojego wyznania „Kamień szron” to wielka książka. Przykład, że wciąż jeszcze można pisać poezję o czystym tonie. Krynicki przekonuje jak wielką wartość ma milczenie w poezji i poezja w milczeniu. Oszczędność w słowie. Można odnaleźć podobieństwa dykcyjne z twórczością Jana Polkowskiego; pewne jest jednak, że autor ma znacznie większych mistrzów – z Herbertem na czele. Wiersze Ryszarda Krynickiego są szlachetne powściągliwością. Ascezą w środkach wyrazu, w metaforyce. Bo nie chodzi o to, żeby poezja była piękna. Taką łatwo sprowadzić do rangi bibelotu. Nie musi być też dramatem, a świata nie wyjaśni, bo jego samotność jest zbyt przejmująca. Poezji wystarczy rola małego znaku zapytania w chwili, kiedy stoimy pod „ścianą ze znużenia i mgły”. Wiersz jest pukaniem w ten najtwardszy z murów, wyrytym na nim małym znakiem, który być może odczytają inni.

 

Tę recenzję napisałem na potrzeby druku papierowego i gwoli otrzymania honorarium za jej publikację ;-) Na witrynę www.granice.pl udostępniam ją z sympatii dla redaktorów witryny.

Tagi: Kamień szron, Kamień szron recenzja, Kamień szron książka, Ryszard Krynicki Kamień szron, Ryszard Krynicki recenzja, Ryszard Krynicki książka, Ryszard Krynicki

Kup książkę Kamień, szron

<
Sprawdzam ceny dla ciebie ...

Zobacz także

Zobacz opinie o książce Kamień, szron
Książka
Kamień, szron
Ryszard Krynicki