Bezczelnie szczera, pełna humoru opowieść, która wywraca do góry nogami stereotypy dotyczące macierzyństwa.
Autorka w 10 rozdziałach - swoistych przykazaniach - przedstawia autorski przepis na bycie sobą mimo presji otoczenia. Pokazuje, że można być czułą, zaangażowaną mamą i jednocześnie kobietą z ambicjami, potrzebami i własnym zdaniem. Że partnerstwo to nie ,,pomaganie", tylko wspólna odpowiedzialność. Że da się zdystansować od tego, co jako dzieci sami słyszeliśmy od rodziców. Że hejterów można uciszyć, a własne granice -postawić. I że bycie ,,za bardzo" to czasem największy komplement, jaki można sobie zrobić.
Lili Antoniak mówi głośno o tym, jak naprawdę wygląda życie młodej matki. To historie, które brzmią znajomo, bo są wspólne dla tysięcy kobiet.
Książka jest manifestem nowoczesnej kobiety, która odmawia wejścia w rolę matki Polki - tej, która cierpliwie znosi wszystko, rezygnuje z siebie i żyje wyłącznie dla rodziny.
Dla kobiet zmęczonych ciągłym ocenianiem. Dla tych, które słyszały, że ,,tak nie wypada", ,,dobra matka powinna" i ,,jeszcze zobaczysz". Dla tych, które chcą wychowywać dzieci, ale nie chcą przy tym zatracić siebie.
To nie jest kolejny poradnik, jak być dobrą matką. Nie znajdziesz tu złotych rad. Znajdziesz za to coś znacznie cenniejszego - zgodę na bycie niedoskonałą. I odwagę, by żyć po swojemu.
Wydawnictwo: Marginesy
Data wydania: 2026-04-22
Kategoria: Inne
ISBN:
Liczba stron: 272
Czy można być dobrą mamą i jednocześnie nie rezygnować z samej siebie?
Sięgając po ,,Z dziennika matki wariatki" Lili Antoniak spodziewałam się lekkiej, zabawnej książki inspirowanej instagramowymi filmikami autorki. Wiesz... czegoś, przy czym można się uśmiechnąć po ciężkim dniu. Tymczasem dostałam historię, która momentami rozbawiała mnie do łez, a chwilę później trafiała dokładnie tam, gdzie najbardziej boli każdą kobietę próbującą pogodzić macierzyństwo, relacje, ambicje i własne potrzeby.
To nie jest typowy poradnik. Nie znajdziesz tutaj złotych rad ani idealnego przepisu na wychowanie dzieci. I moze właśnie dlatego ta książka tak bardzo do mnie trafiła. Lili Antoniak nie próbuje udawać ekspertki od perfekcyjnego życia. Ona po prostu siada obok czytelniczki i mówi: ,,Ej, ja też czasem nie ogarniam". I mam wrażenie, że właśnie tego wiele kobiet dziś potrzebuje najbardziej. Nie kolejnej listy obowiązków, ale zgody na bycie zwyczajnie niedoskonałą.
Autorka w niezwykle szczery sposób rozprawia się z mitem ,,Matki Polki", która zawsze daje radę, nigdy nie narzeka i żyje wyłącznie dla innych. Pokazuje, że można kochać swoje dzieci nad życie, a jednocześnie mieć dość. Można potrzebować chwili ciszy, samotnej kawy, odpoczynku czy przestrzeni tylko dla siebie. I to nie czyni nikogo złą matką. Wręcz przeciwnie.
Czytając tę książkę wielokrotnie miałam w głowie myśl: ,,Przecież ja też tak mam". Szczególnie mocno poruszyły mnie fragmenty dotyczące presji społecznej i oceniania kobiet. Tego ciągłego ,,powinnaś", ,,musisz", ,,dobra matka robi to inaczej". Lili Antoniak bardzo dosadnie pokazuje, jak często kobiety próbują sprostać oczekiwaniom wszystkich wokół, kompletnie zapominając o sobie. I choć książka jest pełna humoru, ironii i lekkiego dystansu, to pod tą warstwą kryje się naprawdę ważny przekaz.
Bardzo doceniam też sposób, w jaki autorka pisze o partnerstwie. O tym, że ojciec nie ,,pomaga" przy dziecku, tylko po prostu jest rodzicem. Niby oczywiste, a jednak wciąż dla wielu kontrowersyjne. W książce pojawia się również temat stawiania granic, relacji rodzinnych, niezależności kobiet i zdrowia psychicznego młodych mam. Wszystko podane bez moralizowania, za to z ogromną autentycznością.
Styl autorki jest dokładnie taki, jakiego można spodziewać się po jej mediach społecznościowych - dynamiczny, bezpośredni, momentami mocny, ale bardzo naturalny. Czyta się to trochę jak rozmowę z przyjaciółką przy kawie. Taką, która nie będzie udawać, że jej życie jest idealne tylko po to, żeby lepiej wyglądało na Instagramie.
Nie ukrywam, że najmocniej uderzyło mnie to, jak bardzo ,,Z dziennika matki wariatki" jest książką o kobietach naszego pokolenia. O tych wszystkich grzecznych dziewczynkach wychowanych w przekonaniu, że trzeba być miłą, cichą i niewymagającą, które dziś próbują odnaleźć własny głos. To trochę manifest, trochę terapia i trochę bardzo potrzebne przypomnienie, że kobieta nie przestaje być sobą tylko dlatego, że została mamą.
To książka, która nie ocenia. Ona raczej przytula, rozumie i mówi: ,,Nie jesteś sama".
Ocena: 9/10
Lili znam z jej filmików na IG i podejścia do życia, swoją drogą bardzo podobnego do mojego oraz treści parentingowych. Dlatego tym chętniej zgłosiłam się do recenzowania jej książki.
To nie jakiś tam poradnik z radami typu zrób..., popraw w relacji..., powiedz..., zmień....
To przekazane w dziesięciu punktach/rozdziałach doświadczenie autorki. Jej droga do tego kim jest dziś i przykłady na to,że nie zawsze było i nadal nie jest jej łatwo.
Czasem można się pośmiać, bo właśnie z tego jest znana Lily, ze świetnego poczucia humoru i umiejętności obracania wszystkiego w żart. Chociaż w niektórych przypadkach jest to śmiech przez łzy.
Dokładnie taka jest ta książka, zabawna, refleksyjna i prawdziwa. Bez lukru, bez udawania i bez rozkazywania. A nie sorki, często pojawia się zdanie "Łap długopis, Stara!" i to jedyne zdanie w trybie rozkazującym, powtarzane bardzo często. Ale to tylko dla naszego, kobiet, matek dobra, są po to by wylać swoje myśli - na co znajdziecie odpowiednie miejsce - żale i co ino.
Książka skierowana jest do wszystkich kobiet, nie tylko matek, pokazuje czym jest prawdziwa przyjaźń i co można zrobić z toksycznymi relacjami. Jednak przede wszystkim to pozycja dla każdej z nas, każdej, która chce żyć, nie z boku, ale W swoim życiu. Tu i teraz, absolutnie nie pod dyktando innych, tworząc związki na zasadzie równowagi i wskazująca drogę jaka jest dla nas nie tyle wygodna, bo nie o to w tym chodzi, ale prawidłowa i satysfakcjonująca. Szczęśliwa matka, szczęśliwa kobieta to klucz do szczęścia innych, to fundament pod zdrowe relacje dzieci. I musimy w tym zwariowanym świecie znaleźć czas dla siebie, bo inaczej oszalejemy, a z nami nasi bliscy. Mówię to ja, matka czwórki dzieci. Zakochana w książkach, znajdująca w nich wytchnienie i szczęście.
Polecam, dla siebie, dla koleżanki, przyjaciółki, dla mamy...dla każdej .
Lili Antkowiak to jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiet polskiego internetu. Prowadzi konto na Instagramie, Facebooku i Tik Toku. To tam pokazuje blaski i cienie macierzyństwa, ale też szeroko rozumiany lifestyle. Teraz przychodzi do nas z książką "Z dziennika matki wariatki. 10 przykazań spoko Starej". Jesteście jej ciekawi?
W swojej książce Lili Antkowiak porusza tematy nie tylko macierzyństwa i dzieci. Poczytamy tu trochę o pewności siebie, podwójnych standardach, partnerstwie, a nawet o hejcie. Autorka zdradza też kilka sekretów swojej drogi do sukcesu. Chętnie też dzieli się swoimi doświadczeniami i większość zagadnień, które porusza przedstawia właśnie na swoim przykładzie. A robi to rewelacyjnie. Czytając książkę ma się wrażenie, że rozmawia się z przyjaciółką. Całość jest lekka, zabawna ale też są momenty, które zmuszają do refleksji. Zwłaszcza w krótkich przerywnikach, bowiem w każdym rozdziale znajdziemy takie wstawki "Stara łap długopis". I to tam Lili zadaje nam pytania i prosi o szczere odpowiedzi. I to takie nie rozkładane na czynniki pierwsze i wielokrotnie poprawiane. Tu chodzi o to, żeby napisać co w danym momencie leży nam na serduchu. Zainteresowałam was choć trochę?
Jeszcze kilka słów o samym wydaniu. Książka podzielona jest na 10 rozdziałów. W każdym tak jak już wspomniałam znajdziemy miejsce by odpowiedzieć na zadane pytania, bądź wykonać jakieś zadanie. To wszystko dopełnione pięknymi zdjęciami autorki oraz kolorowymi grafikami. Muszę przyznać, że całość jest przyjemna dla oka. Na koniec dodam, że to lektura obowiązkowa dla każdej kobiety. Jednak mężczyzn też zachęcam by po nią sięgnęli, zobaczą wtedy z czym my kobiety mierzymy się każdego dnia. A zrozumieć kobietę nie jest łatwo. Bardzo polecam!
Przeczytane:2026-05-14, Ocena: 5, Przeczytałem, Mam, Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu – edycja 2026, Insta challenge. Wyzwanie dla bookstagramerów 2026, 52 książki 2026, 26 książek 2026, 12 książek 2026,
Sięgając po „Z dziennika matki wariatki”, miałam z tyłu głowy pewną dozę sceptycyzmu, którą często wywołują u mnie publikacje osób znanych głównie z przestrzeni mediów społecznościowych. Szybko jednak przekonałam się, że Lili Antoniak stworzyła coś, co wymyka się sztywnym ramom klasycznego poradnika, serwując nam literacką wersję długiej rozmowy z serdeczną przyjaciółką, która nie boi się mówić prawdy prosto w oczy, nawet gdy ta prawda jest mało „instagramowa”.
Książka urzeka przede wszystkim swoją autentycznością i brakiem zadęcia. Autorka z ogromną odwagą rozlicza się z mitem „matki Polki”, oferując w zamian manifest nowoczesnej kobiety - takiej, która kocha swoje dzieci nad życie, ale równie mocno kocha i szanuje samą siebie. Najmocniej uderza niesamowity balans między humorem a głęboką refleksją. Lili potrafi w jednym akapicie rozbawić nas opisem codziennego chaosu, by za chwilę dotknąć czułych strun związanych z trudnymi relacjami rodzinnymi czy kryzysami małżeńskimi. Ta emocjonalna sinusoida sprawia, że lektura staje się bardzo osobistym doświadczeniem, w którym niemal każda kobieta z pokolenia milenialsów odnajdzie fragmenty własnego życiorysu.
Stylistyka publikacji jest lustrzanym odbiciem energii autorki - dynamiczna, swobodna, pełna bezpośrednich zwrotów do czytelnika i pozbawiona zbędnego dystansu. Nie jest to literatura wysokich lotów w sensie akademickim, ale w swojej kategorii „literatury wspierającej” wypada znakomicie. Język jest potoczny, momentami wręcz dosadny, co tylko potęguje wrażenie szczerości. Dodatkowo, warstwa wizualna - dopracowane zdjęcia i estetyczny skład - sprawia, że obcowanie z tą książką to czysta przyjemność dla oka.
Jeśli miałabym wskazać słabsze strony, to dla osób szukających konkretnej, naukowej wiedzy czy sztywnych struktur merytorycznych, forma „dziennika” może wydać się zbyt luźna. Zadania do wykonania czy testy, choć urozmaicają lekturę, mogą nie trafić do każdego - niektórzy mogą je odebrać jako lekkie rozmycie głównego przekazu, choć dla innych będą właśnie tym elementem, który pozwala na chwilę zatrzymania i autoanalizy.
Subiektywnie uważam, że największą wartością tej książki jest „udzielenie zgody”. Zgody na to, by być niedoskonałą, by stawiać granice i by odrzucić ciężar cudzych oczekiwań. To lektura, która zamiast pouczać, po prostu przytula i mówi: „Ej, jesteś spoko starą, odpuść sobie trochę”.
To pozycja obowiązkowa nie tylko dla mam, ale dla każdej kobiety, która czuje, że w pogoni za rolami życiowymi zgubiła gdzieś samą siebie. Lili Antoniak udowodniła, że pod płaszczem internetowej satyry kryje się bardzo świadoma, dojrzała i wrażliwa obserwatorka rzeczywistości.