Było cholernie gorąco. Fragment książki „Przez milion burz"

Data: 2026-02-10 09:03:47 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 11 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Martyna, po utracie pracy w korporacji, wyjeżdża na wieś do opuszczonego gospodarstwa dziadków. Na miejscu odkrywa, że posesja jest w gorszym stanie, niż się spodziewała. Postanawia więc posprzątać i choć częściowo ją odnowić. Nieoczekiwane zdarzenia – atak nietoperza, odnalezienie zestawu srebrnych sztućców i spotkanie dawnego znajomego – komplikują jej plany.

Hubert, który od lat mieszka w tym samym miejscu, pracuje w lokalnej przychodni. Pewnego dnia do jego gabinetu trafia Martyna. Spotkanie przywołuje wspomnienia sprzed lat, kiedy dwójkę łączył letni romans.

Czy dawne uczucie ma szansę odżyć? Dlaczego ktoś próbuje włamać się do domu po dziadkach? Jaką tajemnicę skrywają stare widelce? I co ma zrobić Martyna, by były chłopak przestał ją nachodzić?

„Przez milion burz" Agaty Czykierdy-Grabowskiej - grafika promująca książkę

Do lektury powieści Agaty Czykierdy-Grabowskiej Przez milion burz zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Przez milion burz. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Wtedy

Było cholernie gorąco. Nie znosiłam upałów, chociaż uwielbiałam lato. Ukryłam się w cieniu sosny rosnącej na skraju polany. Pot lał mi się po czole, a dżinsowe szorty przyklejały się do skóry. Zrezygnowałam z rozpuszczania włosów i związałam je w ciasny kok na karku. Trudno, nie będę wyglądała dobrze, ale ta duchota mnie pokonała.

Nad głową rozbrzęczał się jakiś owad, którego odgoniłam machnięciem ręki. Zapach traw, polnych kwiatów i wysuszonej ziemi tworzył dziwną mieszankę – jakby powietrze nagle zgęstniało od ich intensywności. Nawet ptaki w lesie zamilkły.

Zerknęłam na zegarek. Dochodziła druga, a mnie zaczynało burczeć w brzuchu. Przeszło mi przez myśl, żeby wrócić do krzaka jeżyn, który mijałam po drodze. Cudownie pachniały, ale bałam się, że minę się z Rafałem.

Powoli zaczynałam się irytować. Nie tak się umawialiśmy. Poza tym, gdyby coś miało się zmienić, obiecał, że zadzwoni. Pewnie przeciągnęło mu się z robotą w szklarni przy domu. Rafał miał pracować przez prawie całe wakacje z rodzicami na gospodarce, a potem rozwozić towar po okolicznych sklepach. Był pracowity, a do tego tak przystojny, że dostawałam od tego palpitacji serca. Ciemne, lekko kręcone włosy, brązowe oczy i uśmiech, od którego miękły mi kolana. Naprawdę. Nie wiem, jak mogłam wcześniej go nie zauważać, gdy spędzałam tu poprzednie wakacje.

No cóż, wtedy zajmowały mnie zupełnie inne rzeczy, jak choćby pisanie opowiadań fantastycznych. Wciąż mnie do tego ciągnęło, ale nie miałam na to czasu, bo po wakacjach czekały mnie matura i egzaminy na studia.

Byliśmy ze sobą zaledwie dwa tygodnie, ale spotykaliśmy się już wcześniej – podczas majówki, potem w Boże Ciało i Sobótkę.

Coś za mną zaszeleściło. Podniosłam się gwałtownie i zaczęłam strzepywać igliwie z tyłka. Zza krzaków wyłonił się… Hubert. Hubert? Co on tu robił?

Hubert był najlepszym kumplem Rafała. Chłopak, którego znałam od dzieciństwa i z którym kiedyś lubiłam się bawić. Od dłuższego czasu jednak nie mieliśmy bliższego kontaktu. Widywaliśmy się w paczce – należał do grupy dzieciaków ze wsi, z którymi spędzałam czas, gdy tu przyjeżdżałam.

Był przeciwieństwem Rafała. Miał jasne włosy w kolorze zboża (tak mi się zawsze kojarzyły) i ciemnozielone oczy. Był wysoki i szeroki w ramionach. Lubił pływać i grać w piłkę nożną. I był współautorem jednego z moich dziecięcych opowiadań o tajemniczej wyspie i dziwnych stworach, które ją zamieszkiwały.

Od tamtego czasu minęły lata, a my po prostu w pewnym momencie przestaliśmy się ze sobą kolegować. W zasadzie to on zniknął – chyba wyjechał gdzieś z rodziną. No cóż. Każdy miał swoje życie, swoich znajomych i zajęcia. Odnawianie przyjaźni co roku z każdymi kolejnymi wakacjami stawało się coraz trudniejsze, aż wreszcie całkowicie przestaliśmy próbować.

– Cześć – rzucił jak gdyby nigdy nic.

– Cześć – burknęłam. – Co tu robisz? Nie ma Rafała? zapytałam od razu.

– Nie. Jego ojciec kazał mu coś zawieźć i nie mógł przyjść. Poprosił, żebym dał ci znać w jego imieniu – odparł niezbyt przyjaźnie.

Pewnie nie było mu to na rękę. Ostatnimi czasy często widywałam go w towarzystwie innych dziewczyn, więc byłam przekonana, że za rogiem czeka na niego jakaś nowa.

– Aha – westchnęłam zawiedziona.

Dlaczego nie napisał? Przecież to trwałoby tylko kilka sekund.

– Kiedy wróci?

– Nie wiem, ale pewnie dopiero wieczorem. – Wzruszył ramionami.

– No nic… To ja spadam. – Ruszyłam w stronę głównej drogi, która prowadziła do domu dziadków.

Hubert poszedł za mną.

– Jest tak gorąco, że można zejść – rzucił lekko. – Chcesz iść popływać?

W sąsiedniej wsi znajdowały się trzy niewielkie jeziora, które miejscowi nazywali Żabimi Stawami. Od czasu do czasu zbieraliśmy się z innymi dzieciakami w grupę i jeździliśmy tam na rowerach, żeby poskakać z linki do wody albo poopalać się na trawie.

To nie był taki głupi pomysł. Miałam wrażenie, że z godziny na godzinę robi się coraz goręcej, więc sama myśl o kąpieli w jeziorze przynosiła mi ulgę.

– Czemu nie. Skoczę tylko przebrać się i wezmę rower. Hubert uśmiechnął się szeroko, a mnie coś dziwnie ścisnęło w środku, jakby trafił mnie minipiorun.

– Super. Wezmę coś do żarcia – rzucił na odchodnym i już go nie było.

Dwadzieścia minut później, przebrana w strój kąpielowy i lekką sukienkę, stałam już pod bramą jego domu, który znajdował się w bocznej uliczce – był jednym z ostatnich budynków we wsi. Znalazłam cień pod małą jarzębiną, żeby schować się przed słońcem. Poczułam się, jakbym znów miała dziesięć lat i czekała na kumpla, z którym wygłupialiśmy się całymi dniami. Uśmiechnęłam się pod nosem, owładnięta nagłym sentymentem.

– Jestem. – Przybiegł zdyszany i wsiadł na rower, który czekał za ogrodzeniem. Miał ze sobą plecak.

Ja też. Spakowałam jabłka, butelkę coli i paczkę ciastek, chociaż babcia nalegała, żebym wzięła coś „sensowniejszego” – w jej języku oznaczało to kotlet albo słoik zupy. Nie miałam jednak ochoty na żadne „sensowne” rzeczy. Nie w taki upał.

– Gotowa? – zapytał.

W odpowiedzi skinęłam głową i ruszyliśmy drogą przecinającą wieś na pół. Potem skręciliśmy w piaszczystą ścieżkę ciągnącą się przez las, który dał nam odrobię wytchnienia od żaru lejącego się z nieba.

– Jak twoje opowiadania? – zagadnął mnie Hubert w pewnym momencie. – Napisałaś coś nowego?

Zerknęłam na niego lekko speszona. Miał rozwiane włosy i ten swój zawadiacki uśmiech, którym zwabiał do siebie dziewczyny ze wszystkich okolicznych wsi – chociaż zdawał się tego nie zauważać. Wiem, bo chcąc nie chcąc, słyszałam, co mówił o nim Rafał. Twierdził, że Hubert jest chyba ślepy albo coś z nim jest nie tak, skoro nie interesuje się zbytnio dziewczynami. Dla Rafała to oznaczało jedno: że pewnie kręcą go faceci. W to jednak trudno mi było uwierzyć. Widziałam go kiedyś z jakąś dziewczyną – trzymali się za ręce, a potem objęci ruszyli przed siebie.

– Nie mam już na to czasu – rzuciłam.

– Nie masz czasu czy pomysłów? – zapytał zaczepnie.

– Pomysłów mam całe tony, ale w szkole mam dużo nauki, a po szkole zajęcia – próbowałam się usprawiedliwiać, jakbym musiała odeprzeć jakiś podły zarzut.

A przecież nie musiałam mu się tłumaczyć. Zresztą co mu do tego.

Zatrzymałam się, żeby się napić, bo zaschło mi w gardle.

– Jakie zajęcia? – dopytywał.

– Kółko biologiczne i tańce – powiedziałam, gdy zaspokoiłam pierwsze pragnienie.

Hubert posłał mi ciekawskie spojrzenie. Nie zsiadł z roweru, tylko podpierał się jedną nogą, a drugą trzymał na pedale.

– Tańce? Co niby tańczysz?

– Ale ty jesteś dociekliwy – odparowałam i ruszyłam.

– No cóż, od dawna w ogóle ze mną nie gadasz, to skąd mam wiedzieć, co robisz i na jakie tańce chodzisz?

– Ty też ze mną nie gadasz. – Przyspieszyłam, bo poczułam się, jakby coś mi zarzucał. A przecież droga do mnie, to znaczy do moich dziadków, była wciąż ta sama.

– Rafał by mnie zajebał, gdybym zaczął z tobą gadać. Zaśmiał się.

– Przecież teraz to robisz – rzuciłam, czując na twarzy podmuch wiatru znad jeziora.

Uwielbiałam jego orzeźwiający zapach. Nie mogłam się doczekać, aż wskoczę do chłodnej wody.

– Ale jego tu nie ma. – Zrównał się ze mną i wyszczerzył szeroko.

Pokręciłam głową, nie komentując. To była jego wina to Rafał mnie wystawił. Mógł zadzwonić, napisać, cokolwiek. Zamiast tego wysłał do mnie Huberta. Sam był sobie winien.

Gdy dotarliśmy do wierzby, której gałęzie zwisały aż do linii tafli, zeskoczyliśmy z rowerów i bez namysłu zrzuciliśmy z siebie ubrania. Wbiegliśmy do jeziora. Woda była cudownie chłodna i wreszcie poczułam się orzeźwiona.

– O Boże, jak dobrze – jęknęłam, dryfując na plecach w cieniu wierzby. – Powinnam była sama na to wpaść, a nie kisić się w tym upale.

Hubert podpłynął do mnie i odrzucił do tyłu mokre włosy, które od wody zupełnie ściemniały. Wyglądał inaczej. Nie uśmiechał się. Nic nie mówił. Po prostu stanął naprzeciwko mnie i patrzył. W jego spojrzeniu coś się zmieniło. Nie potrafiłam powiedzieć co, ale wyraźnie to czułam. Niespodziewanie serce zabiło mi szybciej, choć wcale tego nie chciałam. Nie teraz. Nie dla niego.

Musiałam to przerwać.

– Zrobiłam się głodna – skłamałam i ruszyłam do brzegu, ale w tym samym momencie poczułam na nadgarstku jego mocny chwyt.

– Zaczekaj – powiedział. – Pamiętasz nasze opowiadanie o tajemniczej wyspie? – zapytał niespodziewanie. Skinęłam głową. – Zostawiliśmy je rozgrzebane, ale ja je skończyłem.

– Naprawdę?

Delikatnie wysunęłam dłoń z jego uścisku.

– Naprawdę.

– I jak się skończyło? Chłopak i dziewczyna wrócili wreszcie do domu? – zapytałam.

Doskonale pamiętałam każdy fragment tamtej historii, wciąż schowanej w tajnym zeszycie z kolorową okładką, na której widniała tęcza.

– I tak, i nie. – Uśmiechnął się półgębkiem. – Zrozumieli, że sami są dla siebie domem i już nie muszą szukać drogi powrotnej. Gdziekolwiek się udadzą, cały czas byli w domu, bo mają siebie.

Serce rozpędziło mi się do niemożliwej prędkości. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie spodziewałam się, że właśnie tak potoczy się ta historia. Nazwaliśmy bohaterów swoimi imionami, więc dwuznaczność tego zakończenia wprawiła mnie w dziwny stan nieważkości.

– Fajnie – powiedziałam tylko wymijająco i ruszyłam do brzegu.

W tej sytuacji i w jego słowach było coś zbyt intymnego. W jednej chwili poczułam się, jakbym zdradzała Rafała – choćby samą myślą o tym, jak woda lśni na piersi Huberta. I tym, że jego twarz z zaczesanymi do tyłu włosami wydała mi się piękna. I tym, że jego słowa były tak cudownie romantyczne.

Podeszłam do plecaka i wyjęłam z niego ręcznik. Rozłożyłam go pod wierzbą i usiadłam. Żeby zająć czymś ręce, sięgnęłam po paczkę delicji i zaczęłam je objadać dookoła, choć nie czułam głodu.

Hubert wyszedł z wody i przysiadł obok mnie.

– No więc… co to za tańce? – Szturchnął mnie w ramię.

W jednej chwili prysł intymny nastrój i mogliśmy znowu wskoczyć w tryb kumpli z wakacji… Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Książkę Przez milion burz kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Przez milion burz
Agata Czykierda-Grabowska 1
Okładka książki - Przez milion burz

Martyna, po utracie pracy w korporacji, wyjeżdża na wieś do opuszczonego gospodarstwa dziadków. Na miejscu odkrywa, że posesja jest w gorszym stanie, niż...

Wydawnictwo