Tylko nie rób scen. "Cień Debory"

Data: 2021-06-24 09:34:27 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

W realiach tworzącej się Polski Ludowej będą skazani na nieustanne rozliczanie przeszłości, własnej, indywidualnej, ale też przyjaciół i znajomych. Będą konfrontować się z wyzwaniami: okaleczeniami ciał i dusz, polityką opresyjnej władzy, pamięcią. Będą wystawieni na próby lojalności – w małżeństwach i przyjaźniach.

Którzy z nich przeżyją? Dla kogo teraźniejszość pokoju okaże się trudniejsza niż wojenna przeszłość? Kogo będzie jeszcze stać na miłość i wierność? To powieść o podnoszeniu się z gruzów, bliskości i tęsknocie, straconych złudzeniach i nowych nadziejach. O trudach odradzającego się życia.

Cień debory książka

Powieść Magdaleny Mosiężnej to kontynuacja losów bohaterów Maryli i Debory, którzy próbują odbudować życie w zniszczonej wojną Warszawie. Do lektury książki Cień Debory zaprasza Wydawnictwo JanKa. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment powieści, tymczasem już teraz zachęcamy Was do lektury jego kontynuuacji:

Któregoś dnia Maryla wybrała się po pracy na bazar na Poznańskiej. Tylko na targach można było dostać rzeczy, których na próżno szukało się w państwowych sklepach. A chciała mieć wreszcie w domu porządną zastawę stołową, a nie zbieraninę wyszczerbionych naczyń, każde z innej parafii. Żałowała, że nie wystarała się o nią zaraz po wojnie, gdy do Warszawy spływało wiele dóbr z Ziem Odzyskanych. Taka Adamczakowa w czterdziestym piątym za bezcen stała się posiadaczką prawdziwej porcelany. Maryla jednak wtedy myslała o przeżyciu, a nie robieniu interesów. Teraz, jak zwykle na targowisku, nie mogła skupić się na konkretnym celu, lecz zaglądała na różne stoiska. Przy jednym z nich rozkładała i oglądała materiały na zasłony, ciągle potrącana przez mężczyznę, który stanął tuż obok. Zwróciła się w jego stronę, gotowa  go skarcić, ale słowa zamarły na jej wargach. Choć osoba, która ją potrącała, nosiła męskie ubranie, miała krótkie włosy i kaszkiet na głowie, wcale nie była mężczyzną. Stała przed nią Elżbieta, siostra Kamila!

– Tylko nie rób scen – szepnęła, biorąc Marylę pod ramię. Widząc, że szwagierka nadal wygląda, jakby zobaczyła ducha, pociągnęła ją dalej od stoiska z zasłonami.

– Gdzie byłaś? Czemu się nie odzywałaś? – Maryla odzyskała nagle mowę. – Co się z tobą działo?

– To długa historia. Nie warto się nad nią rozwodzić.

– Więc po co przyjechałaś?

Elżbieta nie odpowiedziała. Stanęła przy kolejnym stoisku, pozorując zainteresowanie zegarem z kukułką. Maryla próbowała nadrabiać miną, ale była zupełnie wytrącona z równowagi. Pojawienie się siostry Kamila wróżyło same kłopoty. 

– Czym się zajmujesz? – zapytała, gdy ruszyły dalej.

– Aktualnie niczym – odparła Elżbieta nonszalancko. – A do niedawna tym samym, co w czasie okupacji.

Maryla zrozumiała. Przez chwilę szły w milczeniu.

– Jak mnie znalazłaś? – zaryzykowała pytanie, choć właściwie znała odpowiedź. 

– Najpierw dowiedziałam się, gdzie pracujesz. Potem cię wyśledziłam. Kamila widziałam pod waszą kamienicą, ale tylko z daleka. Nie chciałabym przysporzyć mu kłopotów.

– A ja już się nie łapię na ten parasol ochronny, tak? – zirytowała się Maryla.

– Z tobą ryzyko jest mniejsze. Nie obawiaj się, nie będę siedzieć ci na głowie. Zamierzam wyjechać na nasz Dziki Zachód, a stamtąd jeszcze dalej. 

– Więc po co to spotkanie? Chcesz błogosławieństwa na drogę?

– Potrzebne mi pieniądze na dalszą podróż. I ty mi je dostarczysz.

Maryla poczerwieniała ze złości. Szwagierka nawet nie wysilała się, żeby prosić o pomoc, tylko wydawała rozkazy. 

– Z jakiej racji mam dawać ci pieniądze?

– Z czystej rodzinnej solidarności – odrzekła rezolutnie Elżbieta. – Jeśli ty tego nie zrobisz, będę musiała zwrócić się do Kamila. Zastanów się jednak, czy nie lepiej tego uniknąć? Załatwić sprawę między nami, kobietami?

– Kiedy, gdzie?

– Widzę, że rozumiesz sytuację. Jutro o siedemnastej, przy kościele na placu Zbawiciela.

– Dajesz mi strasznie dużo czasu.

– Więcej, niż sama go mam. Teraz odbijesz w prawo, ja pójdę w lewo. Do zobaczenia jutro!

Nim Maryla zdążyła się zorientować, Elżbieta zniknęła w tłumie. Jak zwykle – pojawiała się i znikała według własnego widzimisię. I skazywała ją na ukrywanie znów prawdy przed mężem. Dla jego własnego dobra, rzecz jasna. Kamil nie mógł teraz narazić się na jakiekolwiek podejrzenia ze strony Urzędu Bezpieczeństwa. A już zwłaszcza spotkać się z siostrą, która prawdopodobnie wyszła z lasu i miała na pieńku z komunistami. Trzeba było jak najszybciej się jej pozbyć, pomóc w ucieczce z Warszawy. Najlepiej, żeby znikła z ich życia raz na zawsze.

Musiała zebrać pieniądze. Widać Elżbiecie roiło się, że jej brat leży na forsie. A oni żyli z miesiąca na miesiąc, w całości wydając zarobki. Jedyne, co Maryli przychodziło do głowy, to poprosić w pracy o pożyczkę. 

Następnego dnia równo o siedemnastej stawiła się w oznaczonym miejscu, rozglądając się niepewnie. Ukryte w biustonoszu banknoty łaskotały ją w piersi, bluzka kleiła się do spoconych pleców. Czuła się głupio, stercząc pod kościołem, w którym nadal trwał remont. Już dwie babcie zdążyły ją poinformować, że świątynia jest nieczynna, a nabożeństwa odprawiają się na Mokotowskiej 13. Wetlińska, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, odprawiała swoje własne modły. Boże od wszelkich utrapień, niech Elżbieta wreszcie się zjawi, weźmie kasę i zniknie, by ucho więcej o niej nie słyszało i oko więcej jej nie widziało. Amen.

Wtem czyjeś dłonie zasłoniły oczy Maryli, a męski głos wyszeptał do ucha:

– Udawaj, że jesteśmy zakochaną parą. Nie wyrywaj się. Zaprowadzę cię do Elżbiety.

Nieznajomy złapał ją za rękę. Ona rozpaczliwie starała się przemienić swą  przestraszoną minę w uśmiech, ale wiedziała, że nie wypadło to zbyt przekonująco. Zakochana para, dobre sobie! Jej chudy jak patyk towarzysz też nie wyglądał na bohatera romansu. Mógłby wymyślić bardziej wiarygodną wersję. 

Trzymając się za wilgotne ręce, świeżo upieczeni zakochani przemierzali Mokotowską. Gdyby Maryla była w lepszym nastroju, z pewnością zawiesiłaby oko na paru dobrze zachowanych kamienicach, w których ocalało coś z przedwojennego klimatu miasta. Tym razem jednak nie szukała piękna. Chciała obejrzeć się, sprawdzić, czy ktoś za nimi nie idzie, ale już raz dostała za to reprymendę. Musiała iść prosto przed siebie, by uwolnić się od rodzinnego kłopotu. I pozbyć się szeleszczącej zawartości stanika. 

W końcu weszli do jednej z tych przedwojennych kamienic, które za sprawą przeznaczenia lub przypadku ocalały. Maryla odruchowo skierowała się na schody, ale chudzielec wskazał drogę do piwnicy. Taka lokalizacja bardziej pasowała do awanturniczego życia Elżbiety, jednak jej szwagierka momentalnie dostała gęsiej skórki. Od trzech lat unikała pomieszczeń, które znajdowały się pod ziemią. Po co miała wchodzić do nich na jawie, skoro regularnie odwiedzała je w koszmarach? Teraz jednak nie zostało jej nic innego, jak zstąpić w otchłań swego strachu. Jej serce tłukło się w szaleńczym rytmie, gdy schodziła w objęcia wilgotnej ciemności. Nozdrza rozpoznawały już znajomą woń stęchlizny, od której Maryli robiło się niedobrze. Kurczowo trzymała się ściany, by nie stoczyć się po tych kilku stopniach. Wreszcie udało jej się zejść na płaszczyznę i rozejrzeć. 

Piwnica, w przeciwieństwie do podziemi na Miodowej, podzielona była na malutkie segmenty. Towarzysz Wetlińskiej otworzył drzwi do jednej z takich komórek i wpuścił Marylę do środka. Światło karbidówki podziałało na nią uspokajająco, skłaniając do zrobienia kolejnego kroku. Jakaś postać wynurzyła się bezszelestnie z ciemności i wstąpiła w jasny krąg. Elżbieta. 

– A jednak przyszłaś – stwierdziła na powitanie.

– Miałam ryzykować, że będziesz za mną łazić od domu do wydawnictwa? Wolę załatwić to tutaj. Proszę bardzo. – Maryla wyjęła ze stanika mocno sfatygowane banknoty i królewskim gestem podała je szwagierce. 

– Można powiedzieć, że to szczery dar serca – zadrwiła obdarowana, kładąc pieniądze na skrzynce. Nawet ich nie przeliczyła. 

– Nie dostaniesz więcej. Możesz grozić, czym chcesz, ale już nie dam ci ani grosza.

– Spokojna głowa, nie będę cię nagabywać. Ale co ze mnie za gospodyni, nawet nie poprosiłam, żebyś usiadła. Tu masz bardzo ekskluzywny taboret. – Elżbieta wskazała chybotliwy mebel, stojący przy drewnianej skrzyni. Sama usiadła na podobnym.

– Dziękuję, nie będę się rozsiadać.

– Oczywiście, że będziesz. Chyba nie odmówisz mi jakiejś informacji o życiu mego brata?

Cała Elżbieta. W jej ustach nawet prośba brzmi jak komenda, pomyślała Maryla. 

– Już wiesz aż za dużo – rzuciła ze złością, krzyżując ręce na piersiach. – Śledziłaś mnie i Kamila, więc orientujesz się, gdzie mieszkamy i co robimy. To ci musi wystarczyć.

– Naprawdę myślisz, że za wami chodziłam? Przecież ja nawet nie umiem poruszać się po tych ruinach. Mój towarzysz cię wyśledził. Chciał cię tu ściągnąć, ale uznałam, że nie uwierzysz, póki mnie nie zobaczysz. Ułożyliśmy plan, bym mogła cię zaczepić po drodze z wydawnictwa. Trochę pomieszałaś nam szyki, jadąc na targ, ale ostatecznie udało się spotkać.

– Powinnam była pamiętać, że nie można wierzyć w żadne twoje słowo.

– Powinnaś – potwierdziła Elżbieta, przechylając zawadiacko głowę. Maryla dobrze znała ten gest, mały Karol robił tak samo, gdy coś zbroił. Tym razem jednak urok Wetlińskich na nią nie zadziałał. Odwróciła się do wyjścia.

– Nie gniewaj się, proszę! – Elżbieta przypadła do Maryli, chwyciła ją za rękę i zaprowadziła z powrotem w krąg światła. – Usiądź. Wiem, że nie umiem już normalnie rozmawiać z ludźmi, zdziczałam do reszty. Ale pomyśl, że to może nasza ostatnia rozmowa. Czy nie chciałabyś się czegoś o mnie dowiedzieć?

– Właściwie jest jedna rzecz. – Maryla przysiadła na taborecie, zachęcona nie tyle pojednawczą postawą szwagierki, ile rozbudzoną ciekawością. – Co cię łączyło z Władysławem Roweckim, tym komunistycznym działaczem?

Zapadłe policzki Elżbiety oblały się rumieńcem, widocznym nawet w słabym świetle. Już nie siedziała wyprostowana niczym struna, w wyćwiczonej pozycji panienki z dobrego domu. Skuliła się, schowała głowę w ramiona, opuściła ręce. 

– Dlaczego właśnie o niego pytasz? – wyszeptała. 

– Pracowałam z nim w starostwie i zauważyłam, że trzymał twoje zdjęcie w biurku. Kamil szukał cię i nie mógł niczego się dowiedzieć, a tu nagle wyłoniłaś się z mroków szuflady.

– Czy powiedziałaś Roweckiemu, że my…

– Jesteśmy rodziną? Nie, wolałam nie ryzykować.

– Całe szczęście. On zna mnie pod innym nazwiskiem, choć pewnie wie, że jest fałszywe. Ważne, żeby nie wpadł na trop prawdziwego.

– Wyjaśnisz mi, jakie stosunki was łączyły?

– Stosunki to niezręczne słowo. Bardzo pojemne i bardzo śliskie.

Maryla przewróciła oczami i głośno wypuściła powietrze, wyrażając tym głęboką dezaprobatę. 

– Dobrze – zgodziła się Elżbieta. – Jesteś idealną osobą, by ci to powierzyć. Na tyle bliską, że mogę ci ufać, i na tyle obojętną, że nie dbam o twoją opinię.

W istocie, lepiej nie dałoby się określić łączącej je więzi. 

– Nie będę cię zanudzać opowieściami, co robiłam w konspiracji. Wystarczy ci wiedzieć, że ostatecznie trafiłam do sekcji, na której najbardziej mi zależało. Miałam przeniknąć do środowiska komunistów i śledzić ich poczynania. Robiłam długie podchody, ale w końcu się udało. Stałam się najgorliwszą z gorliwych. Pamiętasz, jak przeczytałaś napisany przeze mnie artykuł? Był przeznaczony właśnie do komunistycznej gazetki. A ty pewnie myślałaś, że upadłam na głowę!

– Kamil się domyślił.

– Kamil wiedział i dlatego nie mogłam z wami dłużej mieszkać. Zresztą, to robiło się coraz bardziej ryzykowne. Komuniści wysłali mnie do Lublina, potem do Wilna. Oczywiście wszystko konsultowałam z właściwymi przełożonymi, którzy kierowali mnie do naszych komórek wywiadowczych. Ale ciebie to nie zainteresuje. Wystarczy ci wiedzieć, że w Lublinie poznałam towarzysza Władysława. 

Zrobiła przerwę na zaczerpnięcie oddechu. Potrzebowała jej też na znalezienie odpowiednich słów, które zdradziecko umykały, jakby przestraszone swą mocą określania rzeczywistości. 

– Mistrz i jego uczennica. Komunistyczny Abelard i Heloiza. Władysław i Teresa, bo poznał mnie pod takim imieniem. Był skryty i zamknięty w sobie, ale ja lubiłam wyzwania. Zresztą, czegóż nie zdoła dokonać ładna buzia i rozgorączkowana głowa? Zwłaszcza wobec mężczyzny, który za młodu nie ułożył sobie życia. W Wilnie żyliśmy ze sobą jak małżeństwo. Wynajmowaliśmy pokój na placu Katedralnym.

Maryla nie była pewna, czy wyobraźnia nie płata jej figla, ale w głosie szwagierki wyczuwała nutkę nostalgii. 

– W każdym razie dzięki Władysławowi miałam wgląd w komunistyczny światek. Kiedy do miasta zbliżali się Sowieci, udało mi się uzyskać cenne informacje. Przekazałam je gdzie trzeba, ale po tym wszystkim byłam już spalona. Uciekłam z placu Katedralnego. Trafiłam pod komendę… No, nieważne czyją, w każdym razie nie brałam udziału w oswobodzeniu Wilna. Ale walczyliśmy, cały czas walczyliśmy, nawet gdy wojna się już skończyła. Mój dowódca bawił się z Sowietami w kotka i myszkę, robił unik, by potem zaatakować w innym miejscu. W lesie wreszcie mogłam odetchnąć. Wprawdzie warunki życia były ciężkie, lecz wszystko inne zupełnie jasne. Należało tylko bić wroga. Chciałam więc zabić jak najwięcej Sowietów i sama umrzeć. Ale nie było mi to dane. Ci, którzy chcieli i powinni żyć, ginęli, a ja wciąż żyłam, choć podupadłam na zdrowiu. Wiosną tego roku dowódca zwolnił nas z przysięgi, sam również przeszedł do cywila. Nie potrafiłam się z tym pogodzić. Zaczęłam pracować jako salowa w olsztyńskim szpitalu, by nie rzucać się w oczy. Uważałam, że myjąc podłogi, jestem niewidoczna, lecz pewnego dnia podniosłam głowę i ujrzałam Władysława.

Elżbieta wstała i z wolna okrążyła skrzynię, wychodząc poza światło karbidówki. Gdy wreszcie zatrzymała się, była zwrócona plecami do Maryli. Mówiła do ceglanych ścian. To im powierzała swoje tajemnice.

– Nie mogłam uciec, bo on też mnie rozpoznał. Wziął mnie za rękę i wyprowadził ze szpitala, a ja nie byłam zdolna stawić mu oporu. Pomyślałam tylko, że to już koniec. Albo zaprowadzi mnie na UB, albo załatwi własnoręcznie. Poszliśmy do jego mieszkania, więc obstawiałam, że to drugie. Ale Władysław posadził mnie na kanapie i długo na mnie patrzył. Przyniósł lustro i rozkazał, bym się w nim przejrzała. „Zobacz, jak ty wyglądasz! Jesteś z siebie zadowolona? Takiego życia chciałaś, Tereso?”. Rzeczywiście, byłam wtedy chuda jak szkielet, a kaszlałam niczym gruźlik. Ledwo rozpoznawałam siebie w tym lustrze.

Odwróciła się do światła i przesunęła dłonią po krótko ściętych włosach, które nadawały jej chłopięcy wygląd. Maryla dobrze pamiętała, że szwagierka miała kiedyś długie, gęste loki. Uroda Elżbiety ucierpiała przez długą poniewierkę w lasach. Jej twarz zmizerniała, a oczy przygasły. Ile ona mogła mieć teraz lat? Chyba nie skończyła jeszcze dwudziestu pięciu. 

– Władysław zajął się mną, karmił i leczył. Myślał, że mam suchoty, ale okazało się, że to ostre zapalenie oskrzeli. Przez jakiś czas byłam w malignie i wszystko mi zobojętniało. Liczyło się tylko, że leżałam w łóżku, w czystej pościeli, że dostawałam leki. I że ktoś o mnie dbał. Wreszcie zaczęłam dochodzić do siebie, ale nadal siedziałam w domu. Nie, Władysław mnie nie więził. Powiedział tylko, że jeśli odejdę, zgłosi to do organów ścigania i zrobi wszystko, żeby mnie dopadli. Nie miałam dokąd pójść. Walka się skończyła, przegrałam wszystko, co było do przegrania. Siedziałam w fotelu, obserwowałam świat za oknem i nawet nie chciałam do niego wrócić.

Maryla rozumiała. Sama czuła się bardzo podobnie po powstaniu. Tyle że Elżbieta pozwoliła sobie na letarg w domu człowieka, którego powinna uważać za wroga. A może jednak się myliła?

– Czy Rowecki próbował wyciągnąć z ciebie jakieś informacje o podziemiu?

– Nie. Nigdy. Doskonale wiedział, że prędzej bym się zabiła, niż zdradziła kogokolwiek. Oczywiście, mógł spróbować coś ze mnie wydobyć sposobami swych kolegów z UB. Ale tego nie zrobił. Jedyne, na czym mu zależało, to przekonać mnie, że podążałam złą drogą. „Teresko, w podziemiu zostali sami bandyci, walka nie ma sensu, tylko komuniści mają rację”. Albo z innej beczki – „nie marnuj życia na przegraną sprawę, spróbuj wrócić do normalności…”. Nie słuchałam go, ale uderzyła mnie inna rzecz. Po tym wszystkim, co mu zrobiłam, starał się mnie chronić i o mnie walczył. Po śmierci rodziców był jeszcze na świecie ktoś, kto o mnie walczył. 

– Jednym słowem, przywiązałaś się do niego. – Maryla nazwała rzecz po imieniu. – Było ci z nim dobrze, choć wolałabyś umrzeć, niż to przyznać. Jednak co w takim razie sprawiło, że wylądowałaś w piwnicy w Warszawie?

– Jestem w ciąży.

Maryla objęła niedowierzającym spojrzeniem szczupłą sylwetkę szwagierki.

– Jeszcze tego nie widać – wyjaśniła Elżbieta, siadając na taborecie – ale niedługo będzie. To już trzeci miesiąc. 

Tym razem to Maryla wstała i zaczęła wędrować od ściany do ściany. 

– Wytłumacz mi jedną rzecz – powiedziała, gdy wreszcie odzyskała zdolność mowy. – Jeśli rzeczywiście oczekujesz dziecka, to dlaczego uciekasz od jego ojca? Czy Rowecki jakoś źle cię potraktował, gdy się dowiedział? 

– On wcale się nie dowiedział i nie dowie się nigdy. Po prostu nie może zostać ojcem mojego dziecka. 

– Problem w tym, że już nim jest, czy tego chcesz, czy nie.

– Ojcostwo to coś więcej niż akt poczęcia – zaperzyła się Elżbieta. – To cały system wychowawczy, kształtowanie postawy, wpajanie wartości. I ja miałabym pozwolić, żeby wnuka moich rodziców wychowywał komunista? By uczył dziecko nienawiści do dziadków i podziwu dla Sowietów? Za nic w świecie. To byłaby najgorsza zdrada, jaką można popełnić.

Maryla z westchnieniem opadła na taboret. Choć życie sponiewierało Elżbietę i ogołociło ze wszystkiego, pozostała w niej jednak cząstka panny ze dworu, dla której najbardziej liczy się dobre imię rodziny. 

– Mogłabyś zostać z Roweckim przez jakiś czas, a potem uciec z dzieckiem – zasugerowała. – Tak byłoby bezpieczniej.

– I dać mu dziecko, o którym marzył, a potem je odebrać? Nie, Marylo, aż taka okrutna nie jestem. 

– Więc co zamierzasz? Uciec sama do obcego kraju, gdzie nie masz nikogo? W takim stanie?

– Nie ucieknę sama – wyjaśniła jej szwagierka. – Mężczyzna, który cię do mnie przyprowadził, Piotr, był ze mną w leśnym oddziale. Napatoczyliśmy się na siebie, gdy odeszłam od Roweckiego. Razem uciekamy do Szwecji. 

– Gdzie on teraz poszedł?

– Załatwia sprawy. Lepiej orientuje się w terenie niż ja, Warszawa to jego rodzinne miasto. 

– Czy Piotr wie, że ty…?

Elżbieta lekko odchrząknęła.

– Na razie nie. Ale dowie się, we właściwym czasie. 

– Czyli jakim?

– Wystarczającym, by go przekonać, że to jego dziecko.

Maryla myślała, że dzisiaj już nic jej nie zaskoczy, lecz myliła się całkowicie. 

– Zataiłaś istnienie dziecka przed jego ojcem, żeby potem wmówić je innemu? Brawo, po prostu brawo. Naprawdę uważasz, że to jest w porządku?

– A co jest w porządku? – zawołała zapalczywie Elżbieta. – To, że Sowieci zamordowali mojego ojca w więzieniu, a matkę wywieźli na białe niedźwiedzie? Że komunizują Polskę, niszcząc wszystkich, którzy chcą się im przeciwstawić? Oczywiście, że moje zachowanie nie jest w porządku. Ale teraz nic nie jest w porządku. 

Maryla niechętnie przyznała jej rację. W życiu Elżbiety nic nie zagrało, jak trzeba. Gdyby jej los potoczył się tak, jak powinien, nie byłaby w nieślubnej ciąży z komunistą. A już na pewno nie zostałaby wyjętą spod prawa banitką, która musi uciekać z kraju. Wszystko jednak ułożyło się inaczej, choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że wszystko nawaliło. 

 – Nic mi do twoich życiowych wyborów – rzuciła pojednawczo. – Po prostu boję się o ciebie. Naprawdę musisz teraz uciekać za granicę? – spytała, sama się sobie dziwiąc. Jeszcze godzinę temu chciała jak najprędzej wyprawić Elżbietę z Warszawy. 

– Muszę. Jestem bandytką z lasu, która wystąpiła przeciw ludowej władzy. A Rowecki tym razem nie odpuści. Będzie mnie ścigał na wszelkie sposoby. 

Marylę i tak zadziwiało, że jej były przełożony od razu nie doniósł na Elżbietę. Widocznie naprawdę musiało mu na niej zależeć. Pewnie wmawiał sobie, że zdoła ją nawrócić. Ale im większy wyłom w swoich zasadach dla niej uczynił, tym bardziej będzie jej teraz nienawidził. Maryla wzdrygnęła się, nie mogłaby usnąć spokojnie, mając takiego wroga. Natomiast Elżbieta wydawała się z tym pogodzona.

– Nie bój się o mnie – powiedziała niemal pogodnie. – Tym razem gra jest warta świeczki. Przez kilka ostatnich lat tak zżyłam się ze śmiercią, że nie widziałam przed sobą życia. A teraz już się go nie lękam. Będę miała dziecko! To ono wyrwało mnie z letargu, w który popadłam, ono zmusiło do działania. Dla niego muszę się stąd wydostać.

– A ten twój… kolega? Czy widzisz jakąś szansę, że ułożysz sobie z nim życie?

– Piotrek to typ chłopaka, w którym powinnam się zakochać. Kilka lat starszy, porządny, z dobrego inteligenckiego domu, zawsze po właściwej stronie… Od początku się we mnie podkochiwał. Rodzice i Kamil byliby zadowoleni z naszego związku.

– Rodzice tak, ale ty? Twoje serce?

– Mojemu sercu, jak widać, nie mogę w czymkolwiek zawierzyć. Zresztą, wkrótce będzie miało właściwy obiekt uczuć. – Położyła delikatnie rękę na brzuchu. – Dziecko zawładnie nim w całości. Wychowam je na prawdziwego Polaka i patriotę.

W to Maryla nie wątpiła. Najważniejsze jednak, że szwagierka cieszyła się na to dziecko. Elżbieta z czterdziestego trzeciego pragnęła tylko zemsty. Dzisiejsza chce żyć i tworzy plany na przyszłość. Ucieczka z kraju w jej wypadku nie będzie porażką, lecz krokiem do przodu. Ryzykownym, ale nie tak destrukcyjnym jak wcześniejsze działania. 

Książkę Cień Debory kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Cień Debory
Magdalena Mosiężna 1
Okładka książki - Cień Debory

Powieść Magdaleny Mosiężnej to kontynuacja losów bohaterów „Maryli i Debory", którzy próbują odbudować życie w zniszczonej...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Bóg Maszyna
Joanna W. Gajzler
Bóg Maszyna
Tam, gdzie nie pada
Michael Sowa
Tam, gdzie nie pada
Kwestia winy
Małgorzata Rogala
Kwestia winy
Przepustka do męskości
Paweł Pollak
Przepustka do męskości
Żyje się tu i teraz
Katarzyna Kaźmierczak
Żyje się tu i teraz
Prezydentka
Marika Krajniewska
Prezydentka
Joker
Natalia Nowak-Lewandowska
Joker
Pokaż wszystkie recenzje