Co wujcio się tak jeży? Fragment książki „Czarne Miasto"

Data: 2020-03-03 11:37:51 Autor: Sławomir Krempa

W powieści Marty Knopik Czarne Miasto losy śląskiej rodziny splecione niczym warkocz z tego, co realne, i z tego, co magiczne, prowadzą do odkrycia tajemnicy sięgającej wiele lat wstecz…

Obrazek w treści

Wanda mieszka samotnie w Czarnym Mieście w ogromnym mieszkaniu pełnym mebli i wspomnień. Jej mąż Zdzisiek zginął w kopalni w Roku Zaćmienia, kiedy to zapadały się kolejne podziemne chodniki, a ludzie szukali schronienia w budowanych naprędce tunelach. W umierającym mieście, wśród duchów przeszłości, zaczyna się toczyć codzienne życie. Wanda nadal nie otrząsnęła się z żałoby, a jej córki, zwane siostrami Bebe, wyemigrowały do Białego Miasta. Jednak wspomnienia i sny nie pozwalają im uwolnić się od tragicznych wydarzeń…

Czarne Miasto jest niczym jeden z bohaterów powieści, którego losy, od narodzin do śmierci, utkane są z legend, fragmentów starych kronik i chaosu sprzętów pozostawionych przez kolejne pokolenia.

„Czarne Miasto" wciąga i ugniata bohaterów, pożera ich metaforycznie... To może być debiut literacki sezonu!

- Wojciech Dutka, pisarz

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Lira. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowy fragment książki Czarne miasto. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Z czasem jednak wbrew temu, co Wanda mruczała pod nosem, zadomowili się nieco i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przyzwyczajali się do sprzętów, figurek i obrazów. Rodzina Bobrów adoptowała, jeden po drugim, portrety przodków, tak pozornie surowych i obcych. Najpierw tego w białym, wysoko postawionym kołnierzu, „wujcia Gniewka”, jak nazwały go dziewczynki. Różnił się od reszty, bo włos miał zmierzwiony, jakby z szychty wracał pod wiatr, spojrzenie ogniste, trochę poeta wieszcz, trochę uciekinier z domu wariatów.

— Co wujcio się tak jeży? — mruczała pod nosem Wanda, nakrywając do stołu. — Dziś pomidorowa, samo zdrowie.

Czarne miasto" to dekonstrukcja śląskich mitów i legend, to najnowsza historia jednego ze śląskich miast, twórczo przetworzona i przepuszczona przez wrażliwość Marty Knopik – jednej z najbardziej obiecujących debiutantek ostatnich lat.

- recenzja książki „Czarne Miasto"

Wujcio Gniewko wisiał w jadalni, do której przechodziło się z kuchni przez dwuskrzydłowe rzeźbione drzwi, na wprost okien, tak że najczęściej znajdował się w plamie światła, co nadawało jego spojrzeniu, mimo szaleństwa w oku, życzliwość, a całej postaci raczej zabawny niż jakiś tragiczno-romantyczny rys, co być może było zamiarem malarza. Informowano wujcia, co na obiad, co na drugie, co do kawy, że ciasto dobre się kupiło, że kompot trzeba wypić, bo skwaśnieje, że dziś będzie bez mięsa. A wujcio się wtedy nabzdyczał, patrzył wzrokiem szalonym i gniewnym, jakby właśnie żądał mięsnego obiadu, że jak można tyle cukru spożyć w ciastku, że pomidorowa to jednak nie jest królowa zup i nie ma się czym chwalić.

Grę w wujcia zaczął chyba Zdzisiek, kiedy to przy urodzinach uniósł w stronę portretu kieliszek i wygłosił toast. Wszyscy spojrzeli na obraz. Przodek się zjeżył z uniesieniem, a obecni: sąsiad z drugiego piętra, kolega z pracy Gienek, brat Zdzisia z małżonką, roześmiali się, bo — doprawdy — cała postać zdawała się wołać, że wódki nie pije. Od tego dnia Bobrowie zagadywali do portretu, a kiedy przodek pani Leokadii zyskał już przydomek i został mianowany członkiem rodu Bobrów przez nadanie mu statusu wujcia, poszło łatwo. Wandzie to nawet weszło w nawyk, że do wujcia parę słów mówiła, gdy przechodziła przez jadalnię.

Ośmielona adopcją wujcia Wandzia zaczęła z uwagą spoglądać na pozostałe portrety. W jadalni wisiał również portret damy w czarnej sukni z dużym, białym, haftowanym kołnierzem. Wokół szyi dama miała owiniętą futrzaną etolę. Miała też, i to łączyło ją z wujciem Gniewkiem, osobliwą fryzurę. Otóż jej ciemne, mocno kręcone włosy podzielono na trzy części w taki sposób, że część środkowa sterczała na czubku głowy i tworzyła płasko zakończony stosik, a pozostałe dwie rozczesano na boki tak, że zasłaniały uszy. Fryzura ta upodabniała damę do fantazyjnie ufryzowanego czarnego pudla z wiszącymi uszami. Pudlom dobrze w takim uczesaniu, kobietom nie. Nigdy na żadnym portrecie, w żadnym albumie ani w żadnym filmie historycznym Bobrowie nie widzieli tak dziwnej fryzury. Nie pasowała do żadnej epoki, nie pasowała do sukni i do miny owej damy. Nawet przez chwilę się zastanawiano, czy ktoś jej tych włosów nie domalował, ale badanie przeprowadzone z pomocą latarki i lupy pokazało, że nie. Opozycję do absurdalnej fryzury stanowiła mina owej damy, mina osoby rzeczowej, rozsądnej i trzeźwo patrzącej na życie. Damę nazwano Adelajdą.

Jej portret wisiał pomiędzy oknami, na wprost wujcia Gniewka. Adelajda wpatrywała się w niego bez sentymentu, surowo, trochę z pogardą i może naganą. Zresztą na wszystkich patrzyła z wyższością. Może ta harda mina miała zamaskować zawstydzenie z powodu głupiej fryzury? Wszak wiadomo, że najnieprzyjemniejsi, najsurowiej komentujący zachowanie, wygląd i dokonania innych są ludzie zakompleksieni. Tacy, co noszą w sobie jakiś brak, a raczej przekonanie o jego istnieniu. I tak biedna Adelajda, wiedząc, że jej uczesanie jest absurdalne i nietwarzowe, broni się przed szyderstwem innych hardą miną. Najeżone spojrzenie wujcia Gniewka nie ułatwiało sprawy. „Jak tyś się uczesała?!” — krzyczały jego szalone oczy. Adelajda zaś patrzyła na niego surowo, na jego kołnierz wieszcza, na rozwiane włosy i mówi w odwecie z pogardą, którą manifestuje jej uniesiona brew: „Mój drogi, na kogo ty się kreujesz? Na kogo pozujesz?”.

– Nasze życie to nie tylko wydarzenia, w których uczestniczymy, ale też opowieści, które nas otaczają, które splatają się z naszą historią, które tłumaczą nam świat i czynią go łatwiejszym do zniesienia.

- wywiad z Martą Knopik

Może dlatego wujcio Gniewko i Adelajda zostali zaakceptowani przez Wandzię i resztę rodziny, że wydawali się bardziej ludzcy niż reszta postaci na obrazach. Ludzkimi czyniły ich niedoskonałości — te okropne fryzury — oraz spojrzenia pełne emocji. Pozostałe portrety przedstawiały ludzi apatycznych, bez historii, bez życia, ale z czasem i ich oswojono. Wszak spotykano się z nimi codziennie. Zadziałał mechanizm przystosowania. A jak się już przyzwyczajono do ich strojów, sukni, surdutów, pereł, szabli, wąsów, gorsetów, to zauważono, że, o proszę, ci państwo w salonie jak nic muszą być rodzicami wujcia Gniewka, bo oczy tej pani mają błysk szaleństwa, a nos tego pana jest wąski jak u Gniewka i linia ust identyczna. Surowi i poważni państwo zostali więc Gniewczyńskimi. Okazało się, że w różnych zakątkach mieszkania Gniewczyńskich było więcej, co poznawano po oczach, nosach, ustach i uszach. Wszyscy byli dość poważni, raczej powściągliwi — poza Gniewkiem, który kipiał od emocji.

Natomiast w bibliotece, do której wchodziło się przez salon, królowała Chuda Dama, cała w czerni. Jej podłużna twarz wyrażała bezbrzeżny smutek kobiety samotnej i niekochanej. Od tego portretu wiało chłodem. Cała biblioteka wydawała się smutna i mroczna. Przewieszono więc z salonu jednego z rozlicznych Gniewczyńskich, żeby jakoś przełamać ponurą atmosferę tego pokoju. I pomogło. Rumiany, energiczny Gniewczyński był lekiem na smutki Chudej Damy. Do pomieszczenia można było odtąd wchodzić bez obaw.

To samo oswajanie, które praktykowano w przypadku obrazów, dotyczyło zdjęć w ramkach i albumach. Przedstawionym tam postaciom wymyślano imiona, a za imionami szły opowieści, w które z czasem uwierzono. W końcu rodzinne fotografie pani Leokadii wymieszały się ze zdjęciami rodzinnymi Bobrów, jakby wszyscy byli wielką, wielopokoleniową familią, a nawet było widać, że podobni są jedni do drugich, że niemal tacy sami, że Wandzia ma takie samo spojrzenie jak stryjenka Zosia w białej sukience, co stoi z bukietem lilii, a Zdzisio ma profil jak dziadek Dionizy, zupełnie identyczny. I nikt nie pamiętał już, że przecież Dionizy jest dziadkiem adoptowanym, że Zosia wcale nie jest żoną żadnego stryja, a może nawet nie ma na imię Zosia.

Z własnych zdjęć, nim się wszystko całkowicie wymieszało, oprócz nieudanego ślubnego Bobrowie mieli kilka fotografii zabranych z domów rodzinnych. Do tego skromnego zbioru z czasem dodano ujęcia dziewczynek. Zdjęcia z domów rodzinnych to były głównie takie ustawiane u fotografa, na których wszyscy stali lub siedzieli sztywno, ufryzowani, ubrani odświętnie, gładcy, wyretuszowani tak, że wręcz stawali się podobni jeden do drugiego. Jedna fotografia była nietypowa i — jak pomyślała Wandzia, kiedy ją pierwszy raz zobaczyła dość frywolna jak na lata, kiedy ją zrobiono. Zdjęcie to przedstawiało jej rodziców jako zupełnie młodych i roześmianych ludzi. Jej, Wandy, jeszcze nie było na świecie.

Książkę Czarne Miasto kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Czarne Miasto
Marta Knopik0
Okładka książki - Czarne Miasto

Losy śląskiej rodziny splecione niczym warkocz z tego, co realne, i z tego, co magiczne, prowadzą do odkrycia tajemnicy sięgającej wiele lat wstecz… Wanda...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Dzieci, których nie ma
Renata Piątkowska;
Dzieci, których nie ma
Zamieć
Gabriel Dylan
Zamieć
Raptus
Magdalena Kulus
Raptus
Złodziejka truskawek
Joanne Harris
Złodziejka truskawek
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka;
Piętno dzieciństwa
Indigo
Patrice Lawrence
Indigo
Baba Blaga
Joanna Wachowiak
Baba Blaga
Nasz azyl
Marta Józefczyk
Nasz azyl
Pokaż wszystkie recenzje