Coś jest nie tak. Fragment książki „Chłopak taki jak ty"

Data: 2018-06-04 23:48:59 Autor: Sławomir Krempa
News - Coś jest nie tak. Fragment książki „Chłopak taki jak ty

Dzień, w którym powinna zginąć, był tym samym dniem, w którym rozpadła się jej rodzina, a Josselyn Winters przestała być miłą dziewczynką z sąsiedztwa, organizującą wyścigi dla wszystkich dzieci. Tego samego dnia zniknął też Christopher, chłopiec, który uratował jej życie.

Osiem lat po dniu, który pogrzebał jej dzieciństwo, Joss spotyka nowego ucznia swojej szkoły. Chociaż Wes na pierwszy rzut oka wydaje się kimś obcym, to dziewczyna nie może oprzeć się wrażeniu, że zna go doskonale. Przyciąga ich do siebie jakaś siła, jakby dzielili tragiczne wspomnienie. Dlaczego więc chłopak przedstawia się innym imieniem, skoro na Joss spoglądają oczy Christophera? Czy bohater z jej dzieciństwa wrócił, aby uratować ją po raz drugi?

Joss tylko przy nim czuje się jak tamta mała dziewczynka, której obraz ukryła w najdalszych zakamarkach wspomnień. Wes jednak nie wie, że Josselyn, którą wtedy ocalił przed śmiercią, tak naprawdę zginęła tego samego dnia. Nowej Josselyn już nie da się uratować. Nowej Josselyn należy się bać.

Do lektury powieści Ginger Scott Chłopak taki jak ty zaprasza Wydawnictwo Kobiece. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie zamieściliśmy premierowe fragmenty książki. Dziś czas, byście poznali ciąg dalszy tej historii:

Zaplanowałam sobie, że znowu przyjadę przed wszystkimi do domu, ale najpierw się okazało, że z koła zeszło mi powietrze, a potem, że dzisiaj kończymy lekcje o dwunastej. 

Moi rodzice najwyraźniej także o tym zapomnieli, bo mama dała mi do szkoły drugie śniadanie. Nie zmarnowało się jednak – większość precelków wciągnęłam podczas czasu na lekturę, a ciastka sprzedałam Connorowi. 

Choć podczas ostatniego dnia roku szkolnego mocno jesteśmy zajęci, na ustach wszystkich i tak jest wyścig. Zostało nas czworo – Kyle, ja, szybki chłopak o imieniu Miguel  i Christopher. Choć wyścig jest mały, mam przeczucie, że tłum kibiców będzie jeszcze większy niż wczoraj. Dlatego chcę dotrzeć do domu przed wszystkimi. Chcę, żeby tor ładnie wyglądał, no i zamierzam rozłożyć na wzniesieniu kilka ręczników i koców, żeby dzieciaki miały na czym siedzieć. 

Od czterech minut podskakuje mi kolano. Na wiszącym nad głową pani Grandel zegarze obserwuję wskazówkę odmierzającą minuty i przysięgam, że w pewnym momencie się cofa. W tej chwili się chwieje, a mnie udało się ukradkiem założyć plecak i siąść na krześle bokiem. 

Jakbym się znajdowała w blokach startowych, opieram stopy o metalowe nogi krzesła, a kiedy tylko rozbrzmiewa dzwonek, zrywam się z miejsca i pędzę ku drzwiom. Pierwsza docieram do szkolnej bramy, a gdy znajduję się już prawie na swojej ulicy, odwracam się i zwalniam, zadowolona, że nie widzę nikogo za sobą. 

Szybko przechodzę przez bramkę i na tarasie zostawiam plecak wypełniony ocenionymi pracami i projektami plastycznymi, przez co zamek niemal eksploduje. Pociągam za przesuwne drzwi, ale ani drgną. Walę dłonią w szybę i przyciskam do niej twarz, nie widzę jednak żadnego światła ani niczego, co by świadczyło o tym, że ktoś jest w domu. 

Z jękiem frustracji raz jeszcze uderzam w szybę, po czym obiegam dom. I zatrzymuję się, kiedy widzę, że brama garażowa jest uniesiona, a w środku stoi kombi taty. 

Mój tato pracuje w liceum. Jest nauczycielem wuefu i trenerem baseballu. Najwyraźniej on także wrócił wcześniej do domu. Ciekawe, czemu nie słyszał mojego walenia w szybę. Wchodzę do domu i wołam go. Kiedy nie odpowiada, wołam mamę. 

Serce mocno mi wali i choć mam ochotę chwycić kredę, wybiec do ogrodu i narysować świeże linie, nim zjawią się pozostali, nie chcę także wydać żadnego dźwięku. 

Coś jest nie tak. 

Wsuwam głowę na korytarz, który prowadzi do sypialni rodziców. Drzwi są zamknięte, ale pali się światło. Sama świadomość, że w takim razie pewnie tu są, że nie jestem sama, od razu sprawia, że czuję się bezpieczniej. 

Udaję się w stronę swojego pokoju, a kiedy stoję już przy drzwiach, w końcu słyszę głos taty. To, co mówi, jest niczym koszmar. 

- Czy Joss to w ogóle moja córka? Skąd mam wiedzieć, czy w tym przypadku także nie kłamałaś? Skąd mam wiedzieć, że nie jest jego? 

Nie… jego? 

Przełykam ślinę i przytulam się do futryny, i stoję częściowo w swoim pokoju, a częściowo na korytarzu, czekając na odpowiedź mamy. Która nie następuje. Zamiast tego rozlega się dzwonek i tata otwiera drzwi sypialni. Jego spojrzenie pada na mnie, a ja na widok jego twarzy chwytam się mocniej framugi. To nie jest radosny mężczyzna, który gra ze mną w piłkę przed domem. Ten mężczyzna wygląda groźnie – uniesione brwi, czerwona twarz i usta zaciśnięte w cienką linię. 

Szybko odwraca ode mnie wzrok i gniewnie rusza w stronę drzwi wejściowych. Otwiera je z taką siłą, że aż walą o ścianę. Słyszę, jak wrzeszczy na osobę, która stoi w progu i biegnę za nim, żeby sprawdzić, czy to jeden z moich znajomych. Widzę jakiegoś mężczyznę, który unosi ręce, kręci głową i powtarza, że mu przykro. Ma na sobie dżinsy i bluzę z logo uczelnianym; podobnie ubiera się mama. 

- Wypierdalaj z mojego domu! – Tato wali mocno ręką w drzwi, a ja podskakuję, cofam się kilka kroków, a serce wali mi jak młotem. 

Kiedy się odwracam, na korytarzu dostrzegam mamę. Oczy ma czerwone i zapuchnięte. Na mój widok kręci głową i mówi bezgłośnie: 

- Przepraszam. 

Zamyka powoli oczy, unosi rękę i potykając się, wraca do sypialni i zamyka za sobą drzwi. 

Wchodzę do kuchni i przez okno dostrzegam, że kilkoro dzieciaków stoi już pod murkiem. Tato nadal wrzeszczy po drugiej stronie ściany, a mama zanosi się płaczem w sypialni. Znajduję się w potrzasku. 

Kiedy słyszę trzask zamykanych drzwi, zamieram, czekając na odgłos kroków taty. Nic jednak nie słyszę. Najwyraźniej obaj wyszli, albo udali się przed dom. Może dam jakoś radę dotrzeć do Taryn i powiedzieć, że musimy przełożyć wyścigi. A może nikt nie zwróci uwagi na to, co się dzieje w domu. 

Zapominając o kredzie, otwieram szklane drzwi, prowadzące na tył domu, po czym zasuwam za sobą zasłonę, żeby nie było niczego widać z zewnątrz. Widzę Taryn przy bramce; balansuje na niedużej skrzynce i kieruje dzieciaki na wzniesienie, gdzie mogą oglądać zawody. Przyniosła ze sobą nagrody za pierwsze i drugie miejsce i trzyma je właśnie w obu dłoniach. Wczoraj jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, to o wygraniu jednej z nich. Dzisiaj pragnę wymazać z pamięci wyraz twarzy mamy i pozbyć się echa wrzasków ojca. 

Może nikt nie zauważy tego, co się tu dzieje. Może wszystko będzie dobrze. Po zawodach wrócę do domu i wszystko będzie… normalne. 

Mrugam parę razy, po czym podchodzę do przyjaciółki. Bez względu na to, jak bardzo się staram udawać, nieustannie nasłuchuję tego, co się dzieje po drugiej stronie domu. 

Następny zjawia się Kyle. Jego brat stoi tuż za nim, trzyma mu ręce na ramionach i ściska tak, jakby szykował Kyle’a na walkę. Po kilku sekundach docierają Miguel i Christopher. Taryn poleca nam zająć miejsca na linii startu. 

Wyłączam się, kiedy moja przyjaciółka omawia zasady. Znam je; to ja je wymyśliłam: dwa długie susy, nie wolno biec, nie wolno oszukiwać i nie wolno dotykać innego zawodnika. Ta ostatnia zasada jest stosunkowo nowa; dodałam ją, kiedy Kyle Marley kilka miesięcy temu podstawił mi nogę na mecie. 

Nogi mam jak z waty. Schylam się, żeby poprawić sznurówki, bo mam wrażenie, że zbyt ciasno je zawiązałam. Ale nie, wcale tak nie jest. 

Wciąż słychać krzyki. Nikt inny zdaje się ich nie słyszeć, ja jednak co i rusz wyłapuję głos taty. Jest taki, jak na boisku, kiedy denerwuje się po przegranej. Jego głos przypomina warkot. Skupiam się na tym tak bardzo, że kiedy Taryn ogłasza początek wyścigu, nie od razu ruszam z miejsca. Udaję, że się potknęłam, bo wolę to niż się przyznać, że nie słuchałam. Myślami, sercem – całą sobą – przebywam gdzie indziej. 

Szybko się prostuję i długimi susami ruszam na tył ogrodu, pokonuję wzniesienie i nabieram prędkości. I wtedy słyszę pisk opon i chrzęst metalu uderzającego mocno o inny metal. 

Dźwięk ten zatrzymuje wszystkich i wszystko. 

Mój oddech także. 

Taryn patrzy na mnie i jestem pewna, że na mojej twarzy nie maluje się nic oprócz pustki i strachu. Schodzę ze wzgórza i zaczynam biec przez środek ogrodu, coraz szybciej, w stronę drzwi prowadzących do garażu. Serce szaleńczo wali mi w piersi i nic nie słyszę – ani pytań kolegów, ani krzyków, ani wołania rodziców. W uszach jedynie pulsuje mi krew i szumi wiatr. Wszystko inne otula cisza i ta cisza napawa mnie przerażeniem. 

Popycham drzwi i wchodzę do garażu. Na podjeździe stoi mężczyzna, który kłócił się z tatą. Trzyma się za głowę i niczym lew okrążający ofiarę chodzi wokół swojego samochodu. Rysa na jego sportowym aucie jest długa i głęboka, a mama stoi w drzwiach naszego domu i krzyczy na nieznajomego, który z kolei krzyczy coś w stronę samochodu. 

Oczy mam wielkie jak spodki i sama już nie wiem, w którą stronę patrzeć. Dzieciaki powoli się schodzą i wszyscy to widzą – wszyscy widzą, że coś okropnego przytrafiło się mojej rodzinie. Nie mam tylko pewności, co to takiego, i co ma z tym wspólnego ten mężczyzna z niebieskim samochodem, i dlaczego mama tak bardzo się tym przejmuje. 

Czemu obchodzi ją ten facet? I gdzie jest tata? 

W głowie mi się kręci, kiedy się obracam, przenosząc wzrok z jednej rzeczy na drugą, i aż mnie kusi, żeby stąd uciec, ale moje nogi pozbawione są wszelkiej siły. Pierwsze pojawia się ogłuszające dudnienie silnika, a zaraz potem dołącza do niego pisk opon. Spod samochodu taty wydobywa się dym. Koła obracają się jak szalone i rozlega się głośny trzask, kiedy przednie opony kombi unoszą się nad niedużym wzniesieniem na podjeździe. Na co najmniej trzydzieści centymetrów, a potem lądują z hukiem. 

Światła samochodu skierowane są na mnie. 

Mój ojciec mnie dostrzega. 

Na jego twarzy maluje się przerażenie. 

Otwieram usta, żeby krzyknąć, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Tato kurczowo trzyma kierownicę, kręcąc nią szaleńczo, a ja zamykam oczy, szykując się na to, co nieuchronne. 

Zaraz zginę. 

Czuję uderzenie tak silne, że mam pewność, że to koniec – kiedy ponownie otworzę oczy, będę już w niebie. Ale coś mnie pcha i jednocześnie ciągnie. Z moich płuc ucieka całe powietrze i walczę o oddech, leżąc na suchej trawie kilka metrów od podjazdu, gdzie stoi teraz dymiące auto taty. Jego przód wbity jest w sportowy samochód. 

Miałam zginąć. Ale ktoś mnie uratował. 

Próbuję złapać powietrze. Cała jestem odrętwiała i nie mogę oddychać. Powietrze. Powietrze! Jedyne, czego pragnę, to powietrza, i chwytam za ciało obok mnie, próbując usiąść, przełknąć, wydać dźwięk – jakikolwiek! Moje palce zaciskają się na szarym T-shircie i czuję na sobie czyjeś ręce. Chude ręce, tak jak moje. Chyba już nigdy mnie nie puszczą. Tata biegnie w moją stronę. Mama wybiega z domu. Tajemniczy mężczyzna zasłania usta, nadal nie odrywając wzroku od swojego rozbitego samochodu. 

A mnie trzyma Christopher. 

Zaczynam głośno kaszleć, a uczucie powietrza przechodzącego przez gardła jest niemal nie do zniesienia. Krztuszę się, nachylam, a moi rodzice uczepiają się mnie, każde chce mojej ręki, każde chce mnie uratować. 

Ale Christopher nadal mnie trzyma. Nie puszcza, nawet kiedy mu każą. Odgania otaczających nas ludzi. Z czoła kapie mu krew. Nie chcę, żeby mnie puszczał. Chcę, żeby to oni sobie poszli. Chcę, żeby mnie stąd zabrał. 

Zaczynam płakać i cała się trzęsę, ale biorę głęboki oddech, bo przyglądają mi się dzieciaki. Wszyscy się przyglądają. Wszyscy się dowiedzą, że wydarzyło się tu dzisiaj coś niedobrego. Christopher ściska mnie jeszcze mocniej, a ja uczepiam się dłońmi jego przedramion, przyciskając je do siebie. 

Trzyma mnie, dopóki wszystkie dzieci nie rozchodzą się do domów. 

Trzyma mnie, dopóki nie przyjeżdża policja. 

Trzyma mnie, dopóki mu nie mówię, że już mnie może puścić. 

A potem znika. 

Na dobre. 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Chłopak taki jak ty
0
Okładka książki - Chłopak taki jak ty

Dzień, w którym powinna zginąć, był tym samym dniem, w którym rozpadła się jej rodzina, a Josselyn Winters przestała być miłą dziewczynką...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Ta, która musi umrzeć
David Lagercrantz
Ta, która musi umrzeć
Bezmiar
Grzegorz Kapla
Bezmiar
Coco i jej mała czarna sukienka
Annemarie Van Haeringen
Coco i jej mała czarna sukienka
Asiunia
Joanna Papuzińska
Asiunia
Bo trzeba żyć. Apolonia
Ewa Szymańska
Bo trzeba żyć. Apolonia
Bachor
Katarzyna Ryrych;
Bachor
Oczy wilka
Alicja Sinicka
Oczy wilka
Sekret antykwariusza
Paweł Jaszczuk;
Sekret antykwariusza
Pokaż wszystkie recenzje