Czasem największym aktem odwagi jest postawienie na siebie. „Domek nad Jeziorem Borzymskim" Agnieszki Łepki

Data: 2026-04-03 12:13:15 | Ten artykuł przeczytasz w 9 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Bycie rozwódką czy starą panną to wstyd – tak przez lata powtarzała matka Oliwii i Moniki. Dziś, jako dorosłe kobiety, siostry próbują odnaleźć wiarę w siebie, dźwigając ciężar pokoleniowej traumy.

Oliwia podporządkowuje swoje życie innym – partnerowi, jego dzieciom oraz wiecznie niezadowolonej matce. Kiedy niespodziewanie dziedziczy domek w Borzymiu, po raz pierwszy od dawna dostrzega dla siebie szansę na lepsze jutro. Choć o tym miejscu krążą mroczne legendy, czuje, że właśnie tam mogłaby odnaleźć azyl. Problem w tym, że nie jest jedyną osobą, która pragnie tego spadku…

Monice tak bardzo zależy na zerwaniu z łatką starej panny, że decyduje się na małżeństwo, które z czasem okazuje się pułapką. Jej codzienność staje się klatką. Inną niż ta, w której tkwi Oliwia, lecz równie bolesną.

Wkrótce dwie siostry z dwóch różnych światów będą musiały zadać sobie te same pytania: ile trzeba poświęcić, by wreszcie odzyskać siebie? I czy starczy im na to odwagi?

Domek nad jeziorem borzymskim grafika promująca książkę

Do przeczytania powieści Agnieszki Łepki Domek nad Jeziorem Borzymskim zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Domek nad Jeziorem Borzymskim:

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

OBECNIE. WIOSNA

Nadzieja matką głupich Dziewięć lat temu byłam kobietą po przejściach, lecz z nadzieją patrzyłam w przyszłość. Wierzyłam, że szczęście jeszcze się do mnie uśmiechnie – zarówno w miłości, jak i w macierzyństwie. Dziewięć lat temu przede wszystkim bardzo chciałam zostać matką. Był to dla mnie ostatni dzwonek. Miałam trzydzieści sześć lat. Wiążąc się z facetem około czterdziestki, byłam świadoma, że w tym wieku mężczyźni raczej wolą zostać dziadkami niż ojcami, ale podświadomie liczyłam na to, że w krótkim czasie, niezupełnie przypadkiem, postaramy się o dziecko albo… że los za nas zdecyduje. Mimo że niespecjalnie dbałam o antykoncepcję, w tej kwestii jednak natura mi nie pomogła. Nie potrafiłam też, jak niektóre kobiety, zajść w ciążę i postawić mojego partnera przed faktem dokonanym. 

„Rodzina patchworkowa – powstaje w wyniku ponownego założenia rodziny przez jednego lub oboje rodziców po 10 rozwodzie lub owdowieniu. Składa się z dwójki partnerów posiadających dzieci ze swych poprzednich związków i często również posiadających dziecko z nowego związku” – tę definicję przypadkowo przeczytałam w Wikipedii, szukając czegoś zupełnie innego. W pewnym sensie jakby o naszej rodzinie – pomyślałam wtedy – do której, gdyby nam było pisane, dołożylibyśmy jeszcze jedno ogniwo w postaci naszego wspólnego potomka. Tymon i ja stanowimy bowiem typową parę z odzysku. On – może nie były mąż, ale kawaler z dwójką dzieci, ja – bezdzietna rozwódka, ale za to z byłym małżonkiem, mamą, siostrą Moniką i tym jej… żonkosiem w pakiecie. 

Zakochałam się w Tymonie, mimo że miał odmienne od moich poglądy na temat zakładania rodziny. Chciał żyć w wolnym związku i cieszyć się życiem. Wolnym życiem. O potomstwie w ogóle nie było mowy. Czemu wtedy nie zrezygnowałam z Tymona, wiedząc, że nie chce już pakować się w pieluchy? Po prostu mu nie uwierzyłam i w którymś momencie próbowałam postawić na swoim. O ja naiwna! Byłam pewna, że go przekonam i już niedługo będę tulić niemowlę do piersi. Tymon mnie bezapelacyjnie zaczarował (tak, wiem, że to nie do uwierzenia, iż trzydziestosześcioletnia baba może stracić głowę dla faceta niczym nastolatka)  i choć pragnienie posiadania dziecka tkwiło we mnie bardzo głęboko, wmówiłam sobie, że  w ostateczności mogę zrezygnować z macierzyństwa. Postawiłam na miłość? Czy było warto? No cóż… Wtedy wierzyłam, że tak. 

Należy dodać, że Tymon, stawiając ultimatum dotyczące wspólnego potomka, był na wygranej pozycji. W jego 11 przypadku to pokrętny los zdecydował, fundując mu dwoje dzieci, więc nie musiał się martwić o przedłużenie rodu. Miał syna i córkę. Każde z inną panią: Rysią i Gabrysią. Chciałabym nadmienić, że z dwiema różnymi paniami, ale one się między sobą niewiele różnią, pomijając wiek. Młodsza jest kopią starszej, a może na odwrót. Kwestia genów albo raczej pieniędzy, które można wydać na operację plastyczną – to mój komentarz. Nikogo za rękę nie złapałam, gdy sobie urodę poprawiał. Atrakcyjne kobiety. Blondynki o gładkich cerach, niezłych nogach i pełnych biustach.

Starszy syn Tymona, Grzegorz, jest pełnoletni już od niemal siedmiu lat, co niestety wcale nie świadczy o jego dojrzałości. Przede wszystkim odziedziczył po tatusiu skłonność do wikłania się w skomplikowane związki, a po mamusi – umiejętność żerowania na innych. Ma partnerkę Balbinę i dwumiesięczną córeczkę Alę. Młodzi mieszkają u rodziców dziewczyny. Dodam tutaj, że mało brakowało, a wylądowaliby u nas. Bez konsultacji ze mną Balbina uznała, że skoro pracuję w domu, mam mnóstwo czasu i mogę pomóc przy dziecku. Na szczęście jej mama o paskudnym imieniu Stefa, a jednocześnie oszalała ze szczęścia babcia wyrywała się przed przysłowiową orkiestrę, pragnąc zająć się wnuczką. A ja postanowiłam, że nie będę stała na jej drodze do spełnienia. Wtedy jeszcze, nie chcąc rozczarować Tymona, udawałam, że jest mi bardzo przykro, i o mało moja intryga nie obróciła się przeciwko mnie. Tymon zrobił awanturę swojej niesynowej, usiłując udowodnić, że próbują mnie odsunąć od pomocy przy Ali. A ja przecież serce na dłoni mam i takie 12 tam… No więc mam to serce na dłoni, ale taka prawda, że wolałabym wychować własne dziecko, a nie cudze. Obce dzieci mnie nie obchodzą. Nic a nic. 

Młodsza latorośl Tymona to córka Sara, lat dwanaście z małym hakiem. Rozwydrzona diablica – choć nie zawsze tak uważałam. Zanim mój partner przywiózł ją do mnie pierwszy raz, cieszyłam się jak wariatka. Wyobrażałam sobie (o ja naiwna już do kwadratu), że stworzymy prawdziwą rodzinę. Podeszłam do niej z całą swoją niezaspokojoną miłością macierzyńską. Niestety to trzyletnie dziecko od początku traktowało mnie jak wroga. Ponadto wciąż uczy się, jak owinąć tatusia wokół małego paluszka, i muszę przyznać, że jest w tym coraz lepsze. A ojciec, będący typowym weekendowym tatusiem, ma poczucie winy, że w wychowywaniu dziecka jest figurantem. Cwana Gabrysia dopuszcza go wyłącznie do partycypowania w kosztach wychowania. W samym wychowaniu – już niekoniecznie. Świetnie przy tym opanowała technikę manipulacji. Żongluje poczuciem winy Tymona i jednocześnie wyciąga od niego mnóstwo kasy. Młoda nie zna słowa „nie”. Gdy je bowiem słyszy, wpada we wściekłość. Dosłownie dostaje szału. I osiąga swój cel, bo wtedy jej ojciec, kolokwialnie mówiąc, wyskakuje z kasy jak namiętny kochanek z portek. 

Kiedy już dotarło do mnie, że mojej wymarzonej rodziny nie będzie, odpuściłam starania. Ba, nawet poszłam w przeciwnym kierunku, chcąc się odizolować. Marzyłam, żeby wyprowadzić się gdzieś daleko i zostać tam tylko z Tymonem. Wreszcie miałabym go wyłącznie dla siebie, bez konieczności dzielenia się nim z Grześkiem i Sarą. Cóż z tego, kiedy wiem, że on nie poświęciłby dla mnie swojej familii. Taka drobna różnica między nim a mną. Ja na jedno jego skinienie wyjechałabym na koniec świata. On – niekoniecznie. Potrzebuje Grześka i Sary i długo by nie przeżył bez kontaktu z nimi. Oczywiście mam mu za złe, że stawia mnie na drugim miejscu. Moja kuzynka Dagmara twierdzi, że nie powinnam być zazdrosna o dzieci, że miłość do kobiety a miłość do potomstwa to dwa zupełnie odmienne uczucia. Usprawiedliwiam się wtedy, że pewnie bym to rozumiała, gdybym miała z nim syna lub córkę. Wtedy, zamiast krzywo patrzeć na ciepłe relacje Tymona z Grześkiem i Sarą, skupiłabym uwagę na naszym wspólnym maluszku, a mój partner, chcąc nie chcąc, musiałby podzielić swą miłość na troje dzieci. 

Czasem puszczam wodze fantazji i widzę kilkuletniego berbecia, który biega po mieszkaniu i co chwilę zadaje tysiące pytań, zaczynając od słów: „Mamo, a co to jest? Mamo, a dlaczego…?”. Widzę też siebie siedzącą na brzegu piaskownicy, w której mój kochany szkrab robi babki z piasku, albo jak Tymon go podrzuca, a nasz dzieciaczek śmieje się w głos. Dość! Starczy, bo się zaraz rozkleję. 

Niestety dziecka nie mam i mieć już nie będę. Nadzieję na nie pogrzebałam, bo się po prostu zestarzałam, naiwnie licząc, że Tymon jednak zmieni zdanie i stworzymy prawdziwą rodzinę. Mogę mieć pretensje tylko do siebie, że nie walczyłam o swoje. A teraz przyszedł kryzys. Po prostu niewypowiedziane na głos i niewyegzekwowane pragnienia oraz życiowe rozczarowania w końcu się skumulowały. Spowodowały, że zrobiłam bilans związku z Tymonem. Nie wyszedł on dla mnie zbyt korzystnie. Uświadomiłam sobie, iż przez dziewięć lat pozwalałam, by moje życie w każdej dziedzinie było podporządkowane mojemu partnerowi, że nie mam należącej tylko do mnie przestrzeni. Wydzierał mi ją po kawałeczku i robił to niepostrzeżenie. Zręcznie manipulował lub dla odmiany wiercił dziurę w brzuchu, a ja ulegałam, ulegałam, ulegałam, robiąc wszystko pod jego dyktando i zgodnie z jego oczekiwaniami. Czy ta wiedza zmieniła moją postawę wobec związku? Nie! Chyba potrzebuję impulsu, jakiegoś zdarzenia w życiu, które da mi stosowną odwagę, by zawalczyć o siebie. Na razie czekam. Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas, w którym będę żyła w harmonii z własnym „ja”, bez ciągłych kompromisów i notorycznej rezygnacji z tego, co dla mnie ważne. Codziennie wieczorem przed snem życzę sobie, żeby w moim życiu nastąpił spektakularny zwrot. 

A podobno trzeba uważać, czego sobie człowiek życzy… bo może się spełnić! 

Książkę Domek nad Jeziorem Borzymskim kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Domek nad Jeziorem Borzymskim
Agnieszka Łepki0
Okładka książki - Domek nad Jeziorem Borzymskim

Czasem największym aktem odwagi jest postawienie na siebieBycie rozwódką czy starą panną to wstyd – tak przez lata powtarzała matka Oliwii i Moniki...

Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Opad
Opad

František Kotleta

Pokaż wszystkie recenzje