Edward Stachura: to było w nim piękne

Data: 2020-01-30 21:41:34 Autor: Sławomir Krempa

Kim był Edward Stachura? Wydaje się, że tak ważnej postaci polskiej kultury nie da się opisać w kilku słowach. Trudnego zadania przybliżenia czytelnikom postaci Stachury podjął się Jakub Beczek w nowej książce Wydawnictwa BellonaTeraz oto jestem. Edward Stachura we wspomnieniach. „Steda" wspomina w niej między innymi Maria Dzierżyńska, historyk sztuki, fotografik, poetka. Długoletnia dyrektor galerii Biura Wystaw Artystycznych w Kłodzku. Przeczytajcie jej wspomnienie o Edwardzie Stachurze:

Impuls

Pierwszy kontakt ze Stachurą nawiązałam pod koniec 1975 roku. Pracowałam wtedy w galerii Biura Wystaw Artystycznych w Kłodzku, współpracując jednocześnie z kłodzką biblioteką. Oprócz organizowanych przeze mnie wernisaży wystaw, czasem zapraszałam także poetów na spotkania autorskie. Obie placówki graniczyły przez sień ratusza.

Pewnego wrześniowego dnia, w drodze do pracy, spotkałam dwóch licealistów – jednym z nich był syn bibliotekarki. Zapytali mnie, czy mogłabym zorganizować spotkanie autorskie z Edwardem Stachurą. Pomyślałam, że z jakichś powodów nie może tego zrobić biblioteka. Odpowiedziałam, że spróbuję. Warszawski adres Stachury przekazał mi albo Jan Kulka albo Bogusław Michnik. Wysłałam list z zaproszeniem.

Obrazek w treści

Stachura odpisał, że nie może przyjechać. Była to jakaś depesza lub krótka informacja. Odczekałam trzy tygodnie i napisałam ponownie. Tym razem był to elegancki list, pisany trochę w stylu „iberoamerykańskim”. Czytałam sporo utworów iberoamerykańskich i ten szczególny rytm prozy jakoś się we mnie kumulował. W moim liście nie było nic rewelacyjnego, jedynie to, że go oczekujemy i że w Kłodzku często organizujemy poetyckie spotkania. Nie wiedziałam nic o jego życiu, nie znałam jego książek. Nie wiedziałam, że współpracował z „Twórczością”, że był włóczęgą. Prenumerowałam „Nowy Wyraz”, Poezję”, „Kulturę” i „Literaturę na Świecie” – tam pojawiło się jego nazwisko przy okazji tłumaczeń z Borgesa i Henriego Michaux. Stachura odpisał, że mój list go wzruszył. Być może na decyzję o przyjeździe wpłynął fakt, że znał mojego kolegę ze studiów Jasia Czopika-Leżachowskiego, który nieraz siadał obok mnie i cytował fragmenty poezji Słowackiego, Rilkego… Jeśli Stachura spotkał Czopika, ten zapewne namówił go do przyjazdu do nas. W liście Stachura zapytał, który termin jest wygodny. Odpisałam, że 9 grudnia jest najlepszy, ale on przyjechał dzień wcześniej.

Czytaj także: Edward Stachura – biografia, życie, twórczość

Razem z Barbarą i Janem Kulkami byłam 8 grudnia na imieninach pani Marii Martynowicz, matki naszej kłodzkiej poetki Anny Zelenay. Wróciłam do domu po dwudziestej drugiej i zobaczyłam w drzwiach wiadomość zapisaną na drewienku od zapałek: „Kłodzko 8 XII / Mieszkam w hotelu »Śnieżnik«. Będę jutro punktualnie. E. Stachura”. Nazajutrz przyszedł do biura galerii około jedenastej. Przy herbacie i cieście poprosiłam, żeby mi o sobie opowiedział, gdyż muszę go wieczorem przedstawić. Mówił, że wyrwał się z domu, wspominał o konflikcie z ojcem, że nie kontaktuje się z rodziną, że postanowił iść przez świat samodzielnie, torując sobie drogę. Mówił, że urodził się we Francji, lecz rodzice postanowili wrócić do Polski na Kujawy. Rozmawialiśmy o literaturze, przyznał, że lubi poezję Artura Rimbauda. Znałam na pamięć wiersz Rimbauda Wrażenie (Sensation) i zacytowałam go, ponieważ wydawało mi się, że treść odnosi się do Stachurowej sytuacji poety-trampa. Utwierdził się w przekonaniu, że go rozumiem – że rozumiem jego obecne życie.

W czerwcu 1975 roku zorganizowałam wystawę Pogranicze prawdy i fikcji – tendencje nadrealne w polskiej sztuce współczesnej. Stachura zobaczył katalog tej wystawy i zdumiał się, że zajmuję się wpływami sztuki francuskiej na twórczość polską. Sprawiło mu to przyjemność, widać było, że z Francją związany był emocjonalnie.

O godzinie osiemnastej rozpoczął się jego występ, na który przyszli znajomi plastycy i poeci. Czytał swoje wiersze i prozę, po spotkaniu trwała dyskusja. Stachura został jeszcze jeden dzień. Tym razem to mnie wypytywał o moje życiowe plany. Potem żałował, że nie został dłużej. W pewnym momencie zaproponował mi wspólny wyjazd do Meksyku. Była to propozycja tak oszałamiająca, że nie wydała mi się możliwa… w tamtym czasie. Przez moment pomyślałam, czy mogłabym się zająć badaniem kultury meksykańskiej czy azteckiej. Raczej nie, interesowało mnie to, co działo się aktualnie w sztuce polskiej, a galeria była prawie polem doświadczalnym. Miałam całkowitą wolność w planowaniu wystaw. Gdy spytałam, w jakiej roli tam będę, odpowiedział: „Jako moja dziewczyna”. „A z czego będziemy żyli?”. Wyjaśnił mi, że położy kapelusz, będzie grał, a ludzie będą wrzucać pieniądze. Powiedziałam, że gdybym była o połowę młodsza, mogłabym tańczyć, a on by grał (bardzo lubiłam tańczyć), ale teraz już na to za późno, a że cenię kulturę śródziemnomorską, chętnie bym odwiedziła Włochy lub Francję. Uczyłam się wtedy francuskiego, gdyż dyrektor Muzeum Śląskiego we Wrocławiu, doktor Maria Starzewska, zaproponowała moją kandydaturę na stypendium do Francji. Należało przygotować program po francusku, od mojego lektoratu upłynęło piętnaście lat. Stypendium nie otrzymałam, były dwa miejsca i wielu kandydatów. Kupowałam zeszyty „Mozaiki francuskiej”, które raz w miesiącu ukazywały się w kiosku. Omawiano w nich poszczególne regiony Francji: Normandię, Bretanię, Prowansję i tak dalej. W ostatnim znalazłam opis miasteczka Perpignan, które podobno zbudowane jest z różowego marmuru, leży nad rzeką Têt, niedaleko Hiszpanii, i słychać tam flamenco. Moje marzenie bardzo mu się spodobało, przypomniał mi je w listach.

A listy zaczęły przychodzić codziennie. Zbliżał się koniec roku, czekało mnie sprawozdanie roczne, organizacja wystawy przedświątecznej, wyjazdy do cenzury (do Wałbrzycha – sześćdziesiąt kilometrów), po klisze do katalogów (do Wrocławia – sto kilometrów) i wyjazd na święta do brata Romana do Gdańska. Nie byłam w stanie odpisywać na tyle listów, podałam adres brata, bo czułam, że tam będę miała więcej czasu.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy 23 grudnia brat przywiózł mnie z dworca o dwudziestej trzeciej trzydzieści i zastaliśmy w drzwiach jego mieszkania drewienko z pudełka zapałek i znajome pismo: „godz. 14.45/ Bonjour, Marie/ wpadnę wieczorem lub jutro/ koło południa lub kto wie kiedy./ Edward/ Godz. 20.30./ Odchodzę stroskany/ srodze na jednej nodze E.”. O tej porze byłam w pociągu. Nazajutrz zapukał o jedenastej. Brat zaprosił go na Wigilię, którą spędziliśmy razem z bratową, bratem i jego teściami. Datę 23 grudnia 1975 roku, z dopiskiem „Wigilia Wigilii”, nosi również dedykacja na egzemplarzu podarowanej mi książki Wszystko jest poezja. Stachura napisał tam: „Wojownikowi/ Marii Dzierżyńskiej – z naręczem sił – wojownik edward stachura”. Następnego dnia Stachura pożegnał się, dodając, że jeszcze zadzwoni. W drugi dzień świąt zaprosił mnie do kawiarni na jednym z przycumowanych statków. Zdziwiłam się, że do marynarzy i kapitana zwracał się po imieniu. Wyraźnie albo z nimi już gdzieś był, albo miał zamiar wypłynąć. Pomyślałam, że może do Meksyku, że mógłby zrealizować plan, o którym niedawno opowiadał z takim entuzjazmem. Rozmawialiśmy długo, miałam za sobą trudne przeżycia osobiste, cierpiałam na bezsenność, nie byłam zdolna do takiej drogi. Wspominał, że gdy chodził do liceum w Gdyni, nocował w stojących na bocznicy wagonach, z których rankiem wyganiały go sprzątaczki.

 

Zaraz po świętach wróciłam do Kłodzka, Stachura odprowadził mnie na pociąg. Mój brat przenocował go na kolejny dzień. 27 grudnia 1975 roku Roman zrobił mu zdjęcie, które zachowałam. W pociągu czytałam Wszystko jest poezja i znalazłam tam fragment, który wyjaśnił mi wiele – „dotarliśmy wreszcie do tej Nowożytnej Odysei, do Nowożytnej Itaki – na Kujawy Białe, gdzie ziemia licha, piachy niebywałe, kozy, dziewanna, sosny i rozstaje”. Co mógł tam znaleźć kolega Rimbauda, który wolał „przepisywać z przestworzy”.

Zapomniałabym, że w Kłodzku zostawił mi Zimę Muminków, a potem przy okazji wypytywał, którego bohatera podziwiam. Oczekiwał, że wymienię Włóczykija, a ja powiedziałam, że Paszczaka. Był rozczarowany. Zwróciłam mu tę książkę, kiedy wstąpił do nas w czasie pobytu w Międzygórzu na warsztatach literackich w lutym 1976 roku. Przysłał mi stamtąd swoje zdjęcie. Kiedy indziej przysłał mi zdjęcie oceanu, ale było to bardzo niedobre, nieumiejętnie zrobione zdjęcie. Przedstawiało szarą wodę, po drugiej stronie umieszczonych zostało kilka słów. Nie zachowałam tego zdjęcia, ponieważ pomyślałam, że fotografia nie jest ciekawa. Pamiętam, że Stachura przywoził do Kłodzka mały aparacik.

Jesienią 1976 roku przyjechał do Kłodzka z Januszem Andermanem. Na występ Poezja i światy zaprosił go Bogusław Michnik. Poczęstowałam ich obiecanym rosołem. Wieczorem Stachura grał na gitarze i przejmująco śpiewał, niemal wszystkie utwory dedykował mnie. Czułam się wyróżniona i trochę speszona. Powiedziałam, że czuję się jak Julia na balkonie. Obaj z Andermanem byli w znakomitych nastrojach. Stachura otrzymał piękne chryzantemy, które mi wręczył. Boguś zorganizował później kameralny poczęstunek, a potem poetka Zosia Mirska zaprosiła nas na pierogi, gdzie biesiada trwała do późna w nocy. Było to moje ostatnie spotkanie ze Stachurą.

W 1977 roku przesłał mi piękną widokówkę z Prowansji, bez adresu zwrotnego. Był we Francji na zaproszenie Michela Deguy, którego tłumaczył. Łąką z Prowansji chciał przypomnieć mi moje niezrealizowane marzenie o Perpignan. Pisał, że czuje wewnętrzny spokój. Pomyślałam, że nareszcie został doceniony w kraju, w którym się urodził. Nie wiedziałam, że wkrótce kolejni francuscy wydawcy odrzucą mu książkę Fabula rasa.

Następna kartka mnie zaniepokoiła. Życzył mi w niej „jednej nowej sekundy”, nie mogłam się zorientować, o co chodzi. To był ostatni jego list. Potem dowiedziałam się, że miał wypadek. Zadzwoniłam, by zapytać, co się stało. Kobiecy głos poinformował mnie, że go nie ma, będzie może za godzinę. Pomyślałam, że skoro jest pod opieką, nie będę dzwonić. Miałam ochotę zapytać, co z tą dzielnością… O śmierci dowiedziałam się z radia. Zupełnie ścięło mnie to z nóg. Domyśliłam się, że mogło to być samobójstwo.

Przypomnę jeszcze jedną historię. Wróciłam po jakimś wyjeździe i moja nowa współpracownica powiedziała, że pytał o mnie pewien pan. Nie przedstawił się, w klapie kurtki miał wpiętą biedronkę… Domyśliłam się. Trzy dni wcześniej napisałam mu, że byłam w lesie powitać wiosnę, przyniosłam kilka zielonych gałązek, a teraz biedronki chodzą mi po stole. Nie był umówiony na żaden występ, przyjechał natychmiast pod wpływem impulsu. I to było w nim piękne.

Książkę Teraz oto jestem. Edward Stachura we wspomnieniach kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Teraz oto jestem. Edward Stachura we wspomnieniach
Jakub Beczek0
Okładka książki - Teraz oto jestem. Edward Stachura we wspomnieniach

Ponad 30 wspomnień o Stachurze – ludzi dobrze go znających i takich, którzy zetknęli się z nim raz lub dwa razy. Ulotne wrażenia, głębsze...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo