Każdy ma swoje sekrety. "Kartoteka Pitera P."

Data: 2021-05-11 11:00:42 Autor: Piotr Piekarski

Każdy ma swoje sekrety. Gdy spokojnym miasteczkiem wstrząsa zbrodnia, na jaw wychodzą od dawna skrywane winy…

Obrazek w treści

Paweł lubi nocne wędrówki. Jego świat to Aureolia – podwarszawska miejscowość, nad którą góruje nigdy nieukończony betonowy kościół z Chrystusem z Rur na fasadzie. W sklepie całodobowym u Blondyny wartę pełnią jej wierni klienci, a natchnione kazania wygłasza ksiądz-jąkała. Gdy Piter, kumpel Pawła, zostaje znaleziony martwy w kałuży krwi, leniwe życie mieszkańców Aureolii nagle nabiera rozpędu. Czy brutalne morderstwo ma związek z kartoteką pozostawioną na miejscu zbrodni?

Przesiąknięta dymem tanich papierosów historia kryminalna przenosi nas tam, gdzie grzech i świętość, zbrodnia i miłość spotykają się w budce z piwem. Śledztwo, które prowadzi na własną rękę Paweł, pozwala mu odkryć prawdę nie tylko o zabójcy, ale przede wszystkim o samym sobie.

Do lektury książki Jacka Wiśnickiego Kartoteka Pitera P. zaprasza Wydawnictwo Lira. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać pierwszy i drugi fragment książki Kartoteka Pitera P. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

* * *

Światło, jak wieczna lampka tkwiące nad wejściem do budy, szybko utonęło we mgle. Tylko niektóre latarnie przed nami pozwalały zorientować się w przestrzeni, ale i one nagle znikały, gasły, kiedy podchodziliśmy, by za moment zabłysnąć po drugiej stronie. Błędne ogniki miejskich wędrówek. Mgła oprócz zapachu dymu niosła ze sobą delikatny aromat bagien, które wiele lat temu znajdowały się na miejscu miasta, i wydawało się, że ziemia śni tej nocy sen o dawno osuszonych torfowiskach, błędnych ścieżkach i zagubionych wędrowcach. Gdzieś niedaleko zawył żałośnie pies.

Przed niespełna stu laty, kiedy młody hrabia Ekiert podczas podróży po Anglii wpadł na pomysł wybudowania doskonałego miasta — miasta cudu, które byłoby wyrazem pełni — ulica Brzozowa, którą właśnie idziemy, nie istniała nawet w planach. Chodziły tędy co najwyżej łosie w swoich samotnych wędrówkach, zapuszczali się tu nieliczni mieszkańcy okolicznych wsi, żeby nazbierać rzadkich ziół i wikliny. Nie istniały aleja wysadzana klonami, brzydki dom z wiatrakiem opodal oczka wodnego, który nagle wyłonił się z mgły po prawej, nie było dziurawej asfaltowej nawierzchni ani wypełnionej brudną wodą wyrwy, w którą za chwilę, myląc się w szacunkach co do jej głębokości, wejdzie Kosior, po czym szpetnie zaklnie. Na miejscu naszego miasta istniały wtedy trzy odrębne części, na trzech niewielkich, piaszczystych wzniesieniach. Była więc wioska przycupnięta po drugiej stronie torów, były stajnie i zabudowania cegielni Ekiertów z robotniczymi czworakami, było też kilka położonych na największym wzniesieniu zabudowań folwarcznych, w których dziś mieści się szpital psychiatryczny.

Pomiędzy tymi trzema ośrodkami rozciągał się las oraz bagna i tylko ostra zima umożliwiała swobodne wędrówki między nimi, co jednak zdarzało się sporadycznie, bowiem skuteczniej niż bagna te trzy skupiska ludzkie dzieliła wzajemna niechęć. Napływowi robotnicy z cegielni, gospodarzący od zawsze na swoich kilku morgach kmiecie, żyjąca w dostatku i stabilizacji służba majątku Ekiertów — wszyscy oni pozostawali nieufni, wzajemnie sobie zagrażający, skłóceni. Gnieżdżący się w czworakach robotnicy, odczuwający chroniczny brak kobiet, zazdrościli posiadającym skromne co prawda, ale własne domostwa chłopom, którzy z kolei z zawiścią patrzyli na pozbawionych trosk pracowników dworskich. Tylko niefrasobliwości i niezależnemu od czasów i ustroju brakowi wyobraźni urzędników można zawdzięczać to, że trzy skłócone wyspy wpisane zostały w jeden administracyjny organizm. Do czasu rozpoczęcia wcielania w czyn idei hrabiego Alojzego Edwarda Ekierta, ostatniego dziedzica tych terenów, kontakty wzajemne ograniczały się do niezbędnego minimum, a koncentrowały wokół stacji kolejowej, zbudowanej na nasypie biegnącym przez bagna. Tam też, wokół peronu odbyło się przynajmniej kilka bójek, z których największa opisana nawet została w ówczesnym dzienniku, jako że były dwie ofiary śmiertelne i kilkunastu rannych, a na miejscu zdarzenia musiał interweniować konny oddział wojska. Być może, gdyby nie dowodził nim wiarus z czasów Wiosny Ludów, doszłoby do masakry. Początkowo obawiano się bowiem, że wybuchło kolejne powstanie, jako że chłopi szli w kierunku stacji uzbrojeni w kosy.

Może właśnie stąd wzięła się idea Aureolii — pomysł, by uporządkować przestrzeń, a dzięki temu złagodzić animozje. Zbudować centrum, okrągły rynek, z którego promieniście rozchodziłyby się ulice zamieszkałe przez powściągliwych, lecz dobrych i pobożnych mieszkańców, otoczonych kwitnącymi i owocującymi cały rok ogrodami i sadami, których wizja utrwalona została kilka lat temu na plastikowych witrażach naszego nowego kościoła. Tak powstało miasteczko z pozoru nijakie i brzydkie, jakich wiele znajduje się w okolicy wielkich miast, na tyle ważne, żeby zaznaczyć je na dokładniejszych mapach czarną kropką, i na tyle niepoważne, by nikt nie zauważył, gdy amorficzny ukwiał aglomeracji wchłonie je kiedyś w swój organizm.

Bliskość dużego miasta sprawiła, że nasze miasteczko w oczach większości jego mieszkańców i przyjezdnych nie zyskało nigdy autonomii, nie miało własnej historii, centrum ani osobowości. Jednak zatrzymując się tu na chwilę, wpatrując się w banalne prostopadłościany domów, nieciekawe, czujnie przyglądające się przechodniom twarze mieszkańców, spacerując po nierównych chodnikach, nagle odkrywało się w tym wszystkim ślady czegoś większego, jakiegoś zamierzenia, które roztopiło się w nijakości i nudzie. To miasto ludzi, z których każdy miał być kimś lub jeszcze nim będzie. Na razie tkwili jednak w tej plątaninie małych ulic jak w sieci, czekając na swojego szlifierza, który w cudowny sposób wydobędzie z nich ich właściwy, ostateczny kształt. A i ulice te oraz domy — starsze, przedwojenne wille, powojenne chałupy, trzykondygnacyjne prostopadłościany o spadzistych dachach z lat osiemdziesiątych i najnowsze, pokryte sidingiem oraz kolorowymi tynkami przysadziste domki, z czasem odkrywały przed patrzącymi to, czym pierwotnie miały być — zabudowaniami najdumniejszego miasta w kraju, urbanistycznego Edenu: Aureolii.

Kiedy w latach dwudziestych hrabia Ekiert, dziedzic tych ziem i wielki marzyciel oraz ojciec projektu, zbankrutował, kolejno wyprzedawał swoje marzenia i plany pod małe, robotnicze, lub nieco większe, nowobogackie parcele. Zniechęcony, w 1939 roku zmuszony został do przyjęcia obywatelstwa niemieckiego i wymazania ze swojego życiorysu wszelkich związków z naszym miasteczkiem, których — według Krótkiej historii miasteczka — wyparł się nawet na łożu śmierci. Do opuszczonego przez swego twórcę marzenia stopniowo zaczęli napływać robotnicy i chłopi szukający szczęścia w mieście, wraz z rodzinami, dobytkiem, zwyczajami.

Przyszli też i nasi rodzice, wybudowali brzydkie domy, ogrodzili wysokimi, giętymi ogrodzeniami swoje posesje, spłodzili dzieci, a na koniec wybudowali wielki kościół.

Gdzieś niedaleko zaterkotał zapalany silnik, mgłę próbowały rozjaśnić reflektory samochodu, który ciężko zjechał z krawężnika. Zachrzęściła stara skrzynia biegów i jezdnią, niemal ocierając się o nas ciemna burtą, przepłynęła jak statek widmo zdezelowana, przerdzewiała i dobrze znajoma furgonetka marki Nysa, którą nieraz już zdarzyło się nam pchać. Samochód znikał we mgle, dławiąc się paliwem. Spojrzałem w kierunku, z którego przyjechał.

— Na kogo jeszcze czekasz? Na Alojzego Ekierta?

— Dziwna mgła. Pachnie bagnem…

W odpowiedzi Kosior zaklął szpetnie, wdepnąwszy w głęboką kałużę.

— Masz swoje bagno!

Przed nami migotały już światła domu Studenta, gdzie dziś mieliśmy biesiadować, korzystając z nieobecności jego rodziców.

* * *

Pod domem Studenta, dużym, obitym sidingiem peerelowskim sześcianem, chodził nerwowo chłopak.

Miał opinające się na pośladkach spodnie od garnituru i krótką sportową kurtkę nowojorskich Knightsów. Zgarbiony wysoki blondyn sprężystym krokiem przemierzał odległość od skrajnych słupków ogrodzenia domu, po czym zawracał na pięcie i ruszał w przeciwnym kierunku. Gdyby miał karabin lub choć halabardę, wyglądałby na wartownika. No, może jeszcze rezydencja Studenta musiałaby zostać odarta z plastikowego sidingu i wyposażona przynajmniej w gipsowe płaskorzeźby. Kiedy podeszliśmy bliżej, rozpoznaliśmy w wartowniku Diodaka, mocno wyalienowanego geniusza komputerowego, którego znaliśmy jeszcze z podstawówki.

W szkole zasłynął tym, że czasem porozumiewał się w języku BASIC, a na olimpiadzie informatycznej napisał w AC-Logo program, w którym żółw rysował cycate modelki ze „Słonecznego patrolu”. Wystarczyło wpisać imię aktorki. Wykorzystywał przy tym fraktale, jednak nie zyskał uznania w oczach jurorów, za to zdobył duży szacunek w szkole.

— Czołem, Diodak — zaczepiłem go, jednak był tak zajęty mówieniem do siebie i tak zatopiony w myślach, że zignorował mnie zupełnie, tylko zawrócił na pięcie tuż przed moim nosem. Kosior poszedł na konfrontację i zrobił kilka kroków w jego kierunku, wypinając swą muskularną pierś. Diodak sunął na niego równymi krokami, jak ten żółw z programu AC-Logo. Zapewne doszłoby do zderzenia, ale systemy samokontroli Diodaka musiały zadziałać. Zatrzymał się nagle i wbił w nas oczy, po czym zamrugał, jakby właśnie wyłączał wygaszacz ekranu.

Książkę Kartoteka Pitera P. kupić można w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Kartoteka Pitera P.
Jacek Wiśnicki0
Okładka książki - Kartoteka Pitera P.

Każdy ma swoje sekrety. Gdy spokojnym miasteczkiem wstrząsa zbrodnia, na jaw wychodzą od dawna skrywane winy… Paweł lubi nocne wędrówki...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo