Dla nastoletniej Heleny rysowanie jest całym światem. Kocha cienie, tła i detale, a wolny czas spędza głównie na szkicowaniu. Obserwuje bacznie otoczenie i przenosi obrazy na kartkę, czasem publikuje swoje prace na Instagramie. W szkole trzyma się na uboczu. Woli spędzać czas sama niż bawić się na imprezach, na których czuje się nieswojo. Nie do końca rozumie rówieśników i przez to często wybiera samotność, skupiając się na tym, co kocha najbardziej.
Przyjaźni się z Anką, która nie dzieli się z nią swoimi sekretami - jej rodzice są po rozwodzie i nie poświęcają córce wystarczającej uwagi, z czym dziewczyna nie potrafi się pogodzić.
Pewnego dnia Helena odkrywa, że ktoś pod jednym z udostępnionych przez nią zdjęć zamieścił obraźliwy komentarz. Otaczająca ją rzeczywistość w jednej chwili traci barwy, nagle zaczynają dominować odcienie szarości. Koleżanka radzi jej, by się nie przejmowała i nie brała tego do siebie, ona jednak nie może przestać o tym rozmyślać.
Nastolatka nie przypuszcza, że to dopiero początek, a spirala powoli się nakręca. Kto stoi za złośliwymi plotkami i wpisami w sieci? Do czego jest w stanie posunąć się osoba, która z niewiadomych przyczyn obrała sobie Helenę za cel? Czy na pewno hejterzy są bezkarni? A przede wszystkim – dlaczego ktoś to robi?
Czasami wystarczy jedna iskra, by rozpalić płomień nienawiści...
Tę książkę powinien przeczytać każdy rodzic.

Do przeczytania książki Nataszy Sochy Hejterka. Historia pewnej nienawiści zaprasza Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Hejterka. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
ROZDZIAŁ 2
Każdy obraz potrzebuje tła, czegoś, co umiejscowi historię, nasyci ją barwami. Trzeba cofnąć się w czasie i przyjrzeć komuś, kto właśnie odkrywa w sobie pasję.
Helena miała sześć lat i tego lata przyjechała z rodzicami do Sopotu. Zamieszkali w niewielkim pensjonacie przy ulicy Parkowej, kilka minut spacerem od plaży. To nie był luksusowy hotel raczej zwykły dom z czerwonym dachem, w którym gospodyni serwowała śniadania na tarasie, a w korytarzu pachniało pastą do podłogi i świeżo zaparzoną kawą.
Pokój Heleny miał wyblakłe zasłony w niebieskie kwiaty i balkon z widokiem na podwórko, gdzie stały dwa rowery do wynajęcia i plastikowe krzesła. Wieczorami słychać było rozmowy ludzi wracających z deptaka, czasem trochę głośny śmiech, czasem muzykę dochodzącą z klubów. Ale w dzień, kiedy wszyscy czmychali na plażę, panował tu spokój, przerywany tylko skrzekiem mew i odgłosem przejeżdżającej kolejki SKM.
Pensjonat miał swój własny rytm. Rano było dość gwarno, a na śniadania podawano biały ser ze szczypiorkiem, jajecznicę, pomidory oraz świeże bułki z piekarni na rogu. W południe panowała tu największa cisza, bo goście spacerowali po ulicach kurortu albo wybierali smażenie się za parawanami. Dopiero wieczorem ruch znów robił się większy, pensjonariusze wieszali w ogrodzie kolorowe ręczniki i stroje kąpielowe, psy szczekały, biegając z dziećmi wokół drzew.
Helena chłonęła te wszystkie obrazy – zielone markizy nad wejściem, stary zegar w holu, który zawsze spóźniał się o piętnaście minut, i tę specyficzną atmosferę nadmorskiego lata, gdy każdy dzień był podobny, a jednocześnie wydawał się niepowtarzalny. Lubiła to miejsce i lubiła biały ser ze szczypiorkiem, nawet jeśli był serwowany każdego dnia. Lubiła też mamę w barwnych sukienkach i tatę, który uporczywie naklejał sobie na nos liść, chociaż mama za każdym razem próbowała go od tego odwieść.
– Tak robił mój ojciec, ale wtedy nie było kremów z filtrem.
– Ale ja lubię mieć liścia na nosie – odpowiadał zadziornie tata, a mama tylko przewracała oczami.
Helena zaś chichotała radośnie.
Codziennie spacerowali po sopockim molo. Tego lata morze było wyjątkowo spokojne, dni słoneczne i bezwietrzne, a ona chętnie rozglądała się na prawo i lewo, jakby szukając czegoś innego do obserwacji niż budki z goframi i kolorowymi pamiątkami.
I wtedy jej wzrok padł na starszego mężczyznę, który właśnie rozkładał swój mały warsztat. Na czymś w rodzaju stelaża umocował deskę, a na niej biały, jeszcze pusty arkusz. Helena stanęła obok i patrzyła jak zaczarowana, kiedy zaczął kreślić pierwsze linie.
To nie były przypadkowe ruchy ani nic nieznaczące kreski. Ręka poruszała się pewnie, lekko, jakby dokładnie wiedziała, dokąd zmierza. Kilka pociągnięć ołówkiem – i nagle w tej pustce pojawił się zarys profilu kobiety. Jeszcze nic wyraźnego, a jednak już czytelnego. Helena patrzyła z coraz większą chciwością, bo rozumiała, że tu działo się coś niezwykłego. Na czymś, co jeszcze przed chwilą było tylko czystą kartką, teraz powoli wynurzała się czyjaś twarz.
Malarz używał różnych ołówków. Jeden miał twardy, cienki nim szkicował kontury, ostre i lekkie jak pajęcza nić. Potem sięgał po bardziej miękki, ciemniejszy, którym zaznaczał cień pod nosem, za uchem lub w kąciku oka. Helena widziała, jak zmienia nacisk dłoni – raz delikatnie muskał papier, zostawiając ledwie widoczny ślad, a raz prowadził kreskę mocno, wyraziście, jakby chciał wbić się w arkusz.
Zafascynowało ją, w jaki sposób nakładał warstwy, choć wtedy oczywiście jeszcze nie wiedziała, co to znaczy. Kiedy się wydawało, że linia jest już skończona, mężczyzna dodawał jeszcze jedną, tym razem ostateczną, albo rozcierał grafit palcem, by utworzyć miękką poświatę. Hela ujrzała, jak z kilku szarych smug powstaje policzek, jak ciemna plamka zamienia się w źrenicę, która nagle zaczyna patrzeć.
Nie zadawała pytań. Stała cicho, z rękami splecionymi z przodu, chłonąc każde pociągnięcie ołówka. Czuła, że uczestniczy w czymś sekretnym – w tym, jak z niczego powstaje coś.
Rodzice próbowali ją odciągnąć, ale Helena marudziła, że chce zostać jeszcze chwilę. A potem kolejnego dnia i następnego, kiedy tylko wychodzili na molo, biegła przodem, by sprawdzić, czy malarz znów tam jest.
Nie interesowały jej już gofry ani muszelki. Nawet lalki w kształcie syrenek straciły na znaczeniu. Chciała patrzeć, jak z białej kartki wyłaniają się ludzie – nosy, brwi, włosy spięte w kucyk, usta, które mogłyby coś powiedzieć, choć były tylko grafitowe. Chciała patrzeć i zapamiętywać, jak ręka prowadzi kreskę – raz pewnie, raz miękko, raz z zawahaniem.
To było niezwykłe, że pustą stronę można wypełnić kimś, kto jeszcze przed chwilą nie istniał.
Tego dnia molo pachniało smażoną rybą, watą cukrową i popcornem. Deski skrzypiały pod ciężarem turystów, którzy przewijali się w obie strony, a ponad głowami unosiły się mewy – głośne, natarczywe, co chwilę nurkujące w stronę frytek trzymanych na papierowych talerzykach przez spacerujących ludzi. Wiatr wreszcie się przebudził i rozwiewał włosy, a także podsuszał kolorowe ręczniki przewieszone przez barierki.
Helena znów zatrzymała się przy znajomym miejscu. Tym razem malarz siedział na składanym stołku, pochylony nad kartką. Nie miał dziś ze sobą drewnianego stelaża. Dziewczynka zapatrzyła się na jego mocno już posiwiałą brodę i długą koszulę z podwiniętymi rękawami, której kieszeń wypchana była ołówkami. Obok stała puszka pełna gumek, pędzelków i kredek.
Malarz od razu ją zauważył. Uśmiechnął się i puścił do niej oko.
– Ty znowu tutaj? – zapytał, nie przerywając ruchu ręki. Helena wzruszyła ramionami.
– Bo… lubię.
– Lubisz patrzeć, jak ktoś rysuje? – dopytał z zaciekawieniem. Dziewczynka kiwnęła głową.
– Lubię patrzeć, jak kartka się zmienia.
Malarz parsknął krótkim śmiechem.
– Fajnie to powiedziałaś.
Na chwilę odłożył ołówek i spojrzał na nią uważnie.
– A wiesz, w jaki sposób się zmienia? Helena pokręciła głową.
– Najpierw szukam w niej światła i cienia – wyjaśnił, stukając palcem w pustą przestrzeń obok naszkicowanego nosa. – Tu rysuję trochę ciemniej, bo światło nie dochodzi. A tu jaśniej. To wszystko.
Patrzyła na niego, marszcząc brwi, jakby próbowała zrozumieć tę prostą, a jednak wielką tajemnicę.
– Ale to wygląda… jak prawdziwe – powiedziała w końcu. Malarz uśmiechnął się łagodnie.
– To zasługa szczegółów. Kropka w oku, mocniejsza kreska tu, gdzie włosy się załamują. Czasem wystarczy jedno małe pociągnięcie i twarz zaczyna żyć.
Sięgnął po miękki ołówek, przyłożył go do papieru i dodał ciemny punkt w źrenicy. Helena wstrzymała oddech, bo nagle portret spojrzał na nią z kartki.
– Widzisz? – Malarz mrugnął do dziewczynki. Powoli skinęła głową.
– Ja też tak mogę?
– Pewnie – odparł bez wahania. – Ale musisz bardzo uważnie patrzeć. Bo rysowanie to nie magia. To tylko patrzenie tak, żeby zobaczyć więcej niż inni.
Helena odsunęła się o krok, przygryzając wargę. To była bardzo poważna rozmowa z poważnym malarzem, który najwyraźniej zdradził jej wielką tajemnicę. Była dumna, że się nią podzielił.
Jeszcze tego sama dnia uprosiła mamę, żeby kupiła jej duży blok rysunkowy. Taki z grubymi białymi kartkami, pachnący drukarnią. Wydał się jej czymś znacznie ciekawszym niż kolorowanki, którymi do tej pory się zajmowała. Był jak pusta scena czekająca na pierwszy gest aktora.
Usiadła na podłodze z podwiniętymi nogami, na kolanach położyła blok. W ręce ściskała zwykły ołówek z trochę pogryzioną końcówką. Na chwilę zamknęła oczy i przypomniała sobie, jak malarz stawiał kreski – powoli, krok po kroku, najpierw małe fragmenty, które stopniowo zaczynały układać się w twarz.
Narysowała linię – krzywą, trochę nierówną, która miała być nosem. Potem trochę wyżej coś, co miało przypominać oko. Było za duże, ale Helena nie zraziła się tym.
„Ciemniej tam, gdzie światło nie dochodzi”.
Zaczęła mocniej dociskać ołówek z jednej strony oka, a drugą zostawiła jaśniejszą.
Kartka zaczynała się zmieniać. To jeszcze nie był portret, raczej czyjaś dziwna twarz, bardziej jakiejś postaci z bajki niż prawdziwego człowieka, ale w tej nierównej kresce i tak poczuła coś własnego. Po raz pierwszy rysowała nie dlatego, że się nudziła i chciała czymś wypełnić czas, ale żeby sprawdzić, czy umie zatrzymać na papierze to, co widzi oczyma wyobraźni.
Przechyliła kartkę, dodała włosy – kilka prostych linii, które zaczęły układać się w koński ogon. Potem zrobiła kropkę w źrenicy, tak jak pokazał malarz. Portret powoli nabierał życia.
Helena gwałtownie wciągnęła powietrze, jakby na chwilę zapomniała oddychać. To było jej dzieło. Nie przypominało ani trochę rysunków starego artysty, ale dla niej to była pierwsza twarz, która wyszła spod jej ręki.
Wstała, podbiegła do okna i spojrzała na niebo – słońce właśnie zachodziło, a różowe smugi miękko przecinały horyzont. Pomyślała, że to też mogłaby narysować: światło i cień. I że być może w każdej rzeczy – w twarzy, chmurze, a nawet w kawałku liścia – ukryta jest tajemnica, którą można wydobyć ołówkiem.
Rysowanie stało się jej pasją. Niemal każdego dnia przez kolejne lata Helena siadała z blokiem na kolanach. Kartki wypełniały się w różnym tempie – jedne szybciej, bo ręka prowadziła ołówek bez oporu, inne wolniej, bo linia się gubiła, a oczy patrzące z papieru wychodziły za duże, nierówne, nieproporcjonalne. Ale to nie miało znaczenia.
Rysowanie stało się dla niej jak powtarzanie tej samej melodii. Wciąż od nowa, od początku, aż dźwięk zacznie brzmieć czysto i bez fałszu. Nie próbowała tworzyć arcydzieł, nawet nie wiedziała, co to znaczy. Chodziło o sam ruch – kreskę, cień, mocniejszy nacisk. Wpatrywała się w ślad grafitu i miała wrażenie, że czas na chwilę się zatrzymuje.
Kartki zapełniały się twarzami. Przypominały koleżanki z klasy, a czasami ludzi, których widziała w sklepie albo w tramwaju. Innym razem je wymyślała, tworzyła z własnych wizji albo były echem jakiegoś wspomnienia. Każdy rysunek stawał się jednocześnie ważnym zapiskiem, który dokumentowała w głowie. Dziś cień policzka wyszedł lepiej. Dziś nos uciekł za bardzo w bok. Dziś pewniej stawiała kreskę.
To była jej własna mapa, rysowana ołówkiem lub węgielkiem.
Jeszcze nie wiedziała, że to stanie się dla niej czymś więcej niż tylko zabawą. Ale czuła, że za każdym razem, gdy grafit sunął po papierze, jej świat robił się piękniejszy, chociaż nie używała kolorów.
Książkę Hejterka kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
