Tu możesz się zatracić i wygrać albo przegrać… wszystko
Wymarzony urlop Lizy, rasowej businesswoman, od początku nie przebiega zgodnie z planem. Jej przyjaciółka w ostatniej chwili rezygnuje z wyjazdu, więc kobieta leci w pojedynkę. Na domiar złego, miejsce w samolocie parę rzędów od niej zajmuje jej były narzeczony.
I nie jest sam.
Ten widok tak bardzo działa Lizie na nerwy, że w odwecie postanawia uwieść pilota, aby pokazać, że ona też cieszy się szczęściem u boku kogoś nowego. Jeszcze nie wie, że tym samym wplącze się w niebezpieczną grę.
Kapitan okazuje się powiązany z międzynarodową grupą przestępczą. Jego tropem podąża Hubert – nieustępliwy pracownik wyspecjalizowanej Agencji, który nie zwykł odpuszczać, gdy czegoś pożąda. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie.
Udawany związek Lizy sprawia, że agent skupia na niej uwagę. Wychodzi na jaw, że mieli już okazję się spotkać, a gdy ich ścieżki ponownie się przecinają, odradza się dawna fascynacja.
Wkrótce kobieta będzie musiała udowodnić swoją niewinność, a przy tym nie dać się zwieść pokusom, które czyhają na Karaibach. Nic tak bowiem nie sprzyja gorącym, uzależniającym romansom jak palące słońce, rajskie plaże… i wizja, że mogą to być ostatnie dni wolności.

Do przeczytania książki Magdaleny Artomskiej-Białobrzeskiej Tropikalna strefa uczuć zaprasza Wydawnictwo Novae Res. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Tropikalna strefa uczuć. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
HUBERT
Otrzymałem pilne wezwanie do fabryki, to znaczy do biura Agencji Śledztw Międzynarodowych. Przebywałem na urlopie. Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chcą. Spotkało ich wielkie szczęście, że nie byłem w rozjazdach i odebrałem telefon z wezwaniem.
Przez przeszklenia w drzwiach spostrzegłem, że w sali odpraw czeka na mnie kilka nieznanych mi osób, a poza tym szef. Nie spodziewałem się tego. Początkowo przypuszczałem, że ma to związek z moją wielotygodniową nieobecnością albo to reperkusje starych spraw, ale po chwili zrozumiałem błąd swojego rozumowania.
– Komisarz Hubert Krzycki. – Szef przedstawił mnie facetowi, który siedział obok.
– We własnej osobie – potwierdziłem.
– Urlop odwołany. Lecisz za kilka godzin na Karaiby – padło.
– Na drugi koniec świata? W celu? – zapytałem.
– Przemyt narkotyków – usłyszałem. – Przecież nie towarzysko…
– Znowu prochy? Czy wyście poszaleli? Oślepnę przedwcześnie od tych rzeczy – wkurzyłem się, bo stawało się to już nudne. – Jakieś konkrety?
– Maleńka, ekskluzywna wyspa Aurora Blue. Za trzy godziny podjedzie pod twój dom auto. Dokumenty i plan podróży do odebrania w kancelarii tajnej – doprecyzowano.
– Ja wszystko rozumiem, ale… – zacząłem.
– Bez narzekania, poproszę. Trzeba było się uczyć chińskiego, a nie angielskiego. Wtedy latałbyś do Chin zajmować się czymś bardziej inspirującym. Na przykład przemytem ciuchów i torebek… Albo, jeśli stawiasz na inne trudne języki, nielegalnym przerzutem kruszców ziem rzadkich… – usłyszałem.
– Nie cukruj. Zasłodzisz i całkiem się rozpuszczę… – odgryzłem się. – Co to za sprawa? Na jakim etapie jesteśmy?
– Na żadnym. Wiemy tylko, że na miejscu uziemiono cywilny samolot rejsowy. Co najmniej do końca tygodnia, pod pretekstem naprawy. Zgodnie z planem miał wylecieć za dwa dni. Turyści, którzy planowali wrócić nim do Polski, odbywają przymusowe przedłużone o tydzień wakacje… Trzeba zrobić rozpoznanie. Zweryfikować to, co wiemy od naszych miejscowych współpracowników, i przygotować manewry… – wyjaśniono pobieżnie.
– Jaki związek ma przemyt z uziemionym samolotem?
– Ekipa szmuglująca ma go wykorzystać do przerzutu. Robi to, zresztą dość skutecznie, od jakiegoś czasu. Na razie została zebrana w jednym obiekcie hotelowym.
– Z kim wykonuję tę robotę? – rzuciłem.
– Z Juliuszem Rajem i nowym nabytkiem… Ale oni już pracują na miejscu.
– Kogo mamy na oku? – Wyraźnie się ożywiłem na dźwięk nazwiska kumpla, z którym pracowałem już przy wielu sprawach, z tym że politycznych. Bo on był poświęcony polityce. Ciągle startował w jakichś wyborach, które przegrywał, ale kręcił się z wierchuszką jak w tyglu.
– Nazwiska nic ci nie powiedzą, ale skoro prosisz, to masz: kapitan Oskar Alfonso Douglas, stewardessa Bianca Rodriguez i świeżo dokoptowana do towarzystwa niejaka Liza Holewicz – oznajmił. – To jedyny trop. Nie wiemy, kto z miejscowych jest mózgiem interesu. Nie znamy lokalnych dostawców. Nie mamy pojęcia, kto z naszych współpracowników cechuje się lojalnością, a kto jest zdrajcą…
W zasadzie to nawet nie ma jak ustalić nadawców serii donosów, które zainicjowały czynności wykrywcze i współpracę międzynarodową…
– Chwila! – krzyknąłem, zafiksowany na personaliach, które właśnie usłyszałem. – Dyrektorka w Papirusie nazywa się Liza Holewicz. Niezła z niej laska.
– …wiesz, w czym rzecz… – usłyszałem zawoalowaną wskazówkę.
– Poznaliśmy się przy innej sprawie. Ona myśli, że jestem żonatym inżynierem z firmy informatycznej. Na poprzedniej robocie nosiłem obrączkę i rozpracowywałem figurantów związanych z interesem, w którym ona siedzi od dziesięciu lat! Jak ja mam to niby odkręcić?! Sam?!
– Nie mamy ludzi. A rozterki i wątpliwości możesz zameldować koniowi na stadionie Realu Madryt – zabrzmiało kpiąco. – Masz głowę na karku? Kombinuj!
Będąc w służbach od ponad dekady, zdążyłem przyzwyczaić się do niespodzianek. Miałem świadomość, że zarezerwowane są przede wszystkim dla takich jak ja. Rozwiedzionych, bezdzietnych. Bez usprawiedliwień w postaci rodziny.
Dlatego po wyjściu z agencji wsiadłem do samochodu i bez specjalnej refleksji udałem się do domu, aby spakować walizki. Po setkach bliższych i dalszych wyjazdów otwierałem, ładowałem i zamykałem je w mgnieniu oka.
—
Od jakiegoś czasu mieszkałem wraz z rodzicami na przedmieściach Warszawy, w ogromnym starym domu, który pozostawał w naszej rodzinie od pokoleń. Rodzice byli w podeszłym wieku, a ja, jako jedynak, musiałem kilka razy w tygodniu odwiedzać ich z zakupami. Okazało się to na tyle trudne, że postanowiłem się do nich przeprowadzić. Moja matka jest emerytowaną nauczycielką matematyki i pomimo swojego zaawansowanego wieku niesamowicie aktywną osobą. Ojciec stanowi jej przeciwieństwo – to spokojny i wyważony inżynier, który całe życie spędził na placówkach, stąd nie przypadkiem posługiwałem się językiem angielskim równie sprawnie jak polskim. Nie uszło to uwadze odpowiednich służb, które zrekrutowały mnie w trakcie studiów na Politechnice Warszawskiej.
Miałem, co prawda, własne, prawie sześćdziesięciometrowe mieszkanie w Śródmieściu, które otrzymałem za szczególne zasługi dla kraju, ale od czasu rozwodu używałem go sporadycznie. Ostatnio służyło mi przede wszystkim do spotkań z kobietami. W końcu nie chciałem przypadkowych randek, których celem był seks, przenosić pod dach zacnego, rodzinnego domu. Nie chciałem, aby rodzice przywiązywali się do moich partnerek, bo żadna nie była kandydatką na coś poważniejszego.
Książkę Tropikalna strefa uczuć kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
