Lekcja Herr Schneidera. Fragment książki „Sen o Glajwic"

Data: 2022-05-12 10:31:46 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Sen o Glajwic to opowieść o człowieku, który dla odnalezienia zaginionego ucznia gotów był poświęcić wszystko, a zarazem przewrotna biografia Gliwic – miasta o dwóch tożsamościach, które dzieli czas.

Lato, 1932 rok. Do niemieckiego Gleiwitz w pogrążonej w kryzysie Rzeszy przyjeżdża młody nauczyciel. Martin Weber szybko zdobywa zaufanie dyrektora szkoły i sympatię uczniów, wśród których są synowie gliwickich fabrykantów i miejscowej śląsko-niemieckiej elity. Jednak gdy naziści dochodzą do władzy, konflikt w szkole jest nieuchronny. Następuje zderzenie etycznych postaw i idei, a stawką w walce o dusze młodych ludzi staje się życie…

Współczesne Gliwice. Ambitny nauczyciel Marcin Burdyga dostaje pracę w prestiżowym liceum. Jest lubiany przez uczniów, ale zarazem budzi zawiść współpracowników, którzy nie chcą w swoim gronie „mąciciela”. Pewnego dnia znika bez wieści jeden z jego uczniów. Marcin, działając wbrew policji i wbrew logice, podejmuje prywatne śledztwo, aby odnaleźć podopiecznego. Jego poszukiwania stają się początkiem podróży w czasie, a zarazem tworzą przewrotną opowieść o… Gliwicach? Gleiwitz? A może Glajwic?

Obrazek w treści

Do lektury powieści Wojciecha Dutki zaprasza Wydawnictwo Lira. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście przeczytać fragment książki Sen o Glajwic. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Gleiwitz, wrzesień 1932 roku

Rok szkolny zaczął się pompatyczną uroczystością, którą z racji doskonałej i letniej wciąż aury zorganizowano na obszernym placu szkoły. Rosło tu sporo zieleni, więc młodzież schodząca się na uroczystość miała gdzie zażyć chłodu. Weber przyszedł do szkoły ze swojej kwatery, którą wynajmował na Leipziger Strasse na nowym osiedlu domów, niedaleko miejskiego lasu. Idąc do pracy, musiał okrążyć wielki kompleks huty oraz linię torów kolejowych, które przekraczał po wybudowanym nowym wiadukcie. Miał do gimnazjum dwadzieścia minut per pedes.

— Pan jest chyba nowy? — zagadnął go w pokoju nauczycielskim inny nauczyciel.

— Tak, zaczynam właśnie pracę.

— Miło mi poznać. Nazywam się Christoph Schneider. — A ja Martin Weber. Czego pan uczy?

— Gimnastyki. Chciałbym, aby gimnastyka była najważniejszym przedmiotem w szkole. Ma ona uczyć idealnego panowania nad ciałem, rycerskości i przysposobienia obronnego.

— O ile mi wiadomo, nasza armia liczy tylko sto tysięcy zawodowych żołnierzy.

— Już niedługo zmyjemy hańbę wersalską — odparł Schneider, a Herr Weber już po tej odpowiedzi wiedział, że jego rozmówca jest albo nacjonalistą ze Stahlhelmu, albo wielbicielem brunatnych koszul.

— To ciekawe — powiedział nie do końca przekonująco Weber, pamiętając, jakie męki sam przechodził w szkole na idiotycznych lekcjach gimnastyki prowadzonych w duchu militarystycznym. Skok przez kozioł był obowiązkiem, choćby uczeń miał skręcić kark.

— Cieszę się, że pan tak mówi, panie kolego — rzekł Schneider. — Niemiecka młodzież powinna być twarda jak stal, nieugięta jak hartowany w ogniu miecz.

— Tylko że kto mieczem wojuje, od miecza ginie — odparł Weber.

— Dlaczego pan tak mówi?

— Ewangelia Świętego Mateusza, rozdział dwudziesty szósty, wers pięćdziesiąty drugi.

— Pan jest katechetą? — zapytał podejrzliwie Schneider.

— Nie, uczę historii starożytnej, greki i filozofii.

— To dlaczego pan cytuje te żydowsko-chrześcijańskie brednie?

— To nie są brednie — zaoponował Weber.

— Mam nadzieję, że będzie pan uczył prawdziwej niemieckiej filozofii — rzekł Schneider.

Weber poczuł, że Schneider jest typem dawnego nauczyciela, biorącego wszystko na poważnie. Jednak w naturze Martina Webera nie leżało potakiwanie wszystkim i wszystkiemu, co słyszał.

— A co jest według pana prawdziwą niemiecką filozofią? — zapytał.

— Siła i moc! — odparł bez wahania Schneider. — Słyszałem to na wykładzie tutaj w Gleiwitz!

Weber mógł sobie tylko wyobrazić ów „wykład” — w jakiejś lokalnej śląskiej knajpie, gdzie do kromki czerstwego chleba z wątrobianką podawano ciemne piwo. Jego duszną atmosferę, zagrzybione ściany i jakiegoś lokalnego watażkę ze swastyką na ramieniu, wykrzykującego pseudointelektualne farmazony o wielkości narodu niemieckiego.

— Z pewnością będziemy mieli okazję do wymiany poglądów — odpowiedział Martin Weber. — Muszę iść do dyrektora.

I wyszedł z pokoju nauczycielskiego. Skierował się do sekretariatu, przez który trzeba było przejść, aby dotrzeć do dyrektora.

Fernhuber przywitał Webera.

— Rozumiem, że początek pana walki jest już za panem — powiedział z lekką ironią.

— Nie pojmuję świata w kategoriach walki. Chcę, żeby ci młodzi wyszli na mądrych ludzi — odparł nauczyciel, mając świadomość, że dyrektor rejestruje każde jego słowo, każdy gest. Wciąż był homo novus.

Wszyscy uczniowie w mundurkach oraz ich nauczyciele w garniturach zebrali się na placu przed szkołą. Dyrektor wygłosił mowę, ale Weber od razu zauważył, że była pozbawiona nadętej, nacjonalistycznej atmosfery. Fernhuber może i był Prusakiem, lecz starał się zachować przede wszystkim klasę. Po uroczystości uczniowie mogli odejść jeszcze na jeden dzień do domów, a nauczyciele zebrali się w wielkiej sali chemicznej, pełnej menzurek i odczynników zamkniętych w szafach, do których klucze były pilnie strzeżone.

— Czeka nas, panowie, trudny rok szkolny ze względu na sytuację polityczną w naszym kraju — rzekł dyrektor. Ale mam nadzieję, że przeprowadzimy przez niego naszą młodzież spokojnie i doprowadzimy kolejną klasę naszego męskiego gimnazjum do matury.

Weber dopiero teraz mógł przyjrzeć się kolegom nauczycielom mającym tytuł profesora gimnazjum i utrzymującym się na powierzchni w tych niesłychanie trudnych czasach szalejącego od 1930 roku kryzysu. Krajem związkowym, który ich zatrudniał, były Prusy. W dobie kryzysu postanowiły one zawiesić wypłacanie wynagrodzenia bankowcom, urzędnikom i zmniejszyć je o połowę pracownikom fizycznym, ale utrzymać na dotychczasowym poziomie wynagrodzenia dla lekarzy, nauczycieli i policjantów. Państwo pruskie trwało na pozycjach nakreślonych w czasach Bismarcka. Weber przypatrywał się nauczycielom i zauważył, że wszyscy wyglądali sztampowo i bardzo poważnie — garnitury, kamizelki, ściśle dopasowane na sztywno krawaty. Byli elegancko ogoleni, niektórzy z binoklami. Stara gwardia dyrektora Fernhubera, pracująca wedle starych pruskich schematów, w oparciu o podręczniki drukowane jeszcze za kaisera.

Nagle dyrektor przedstawił nowego nauczyciela:

— Przedstawiam panom doktora Martina Webera, historyka starożytności i filologa klasycznego, który w naszej szkole poprowadzi kurs historii starożytnej, obowiązkowej do matury, oraz język grecki i filozofię niemiecką.

Nagle Weber poczuł na sobie świdrujące spojrzenia czterdziestu par oczu, które taksowały jego garnitur, uczesanie, krawat i stopień wykrochmalenia kołnierzyka. Stał przed nimi jako zagadka, a na twarzach kolegów malowało się zaciekawienie. Schneider posłał mu badawcze spojrzenie. Ale prezentacja zakończyła się szybko, bo dyrektorowi zależało na spotkaniu z wychowawcami.

W pokoju nauczycielskim, gdzie Weber otrzymał szafę na pomoce naukowe, papiery i swoje osobiste rzeczy, podszedł do niego Schneider.

— Dyrektor lubi cię, kolego.

— Nie wydaje mi się, żeby to okazywał, przyjmując mnie do pracy — odparł Weber.

— Ja się trochę jednak na tej szkole znam — rzekł Schneider swoim autorytarnym tonem. — I będę obserwować kolegę.

— Zdumiewa mnie, że jestem ciekawym obiektem do obserwacji.

— Ależ kolego! Oczywiście. Jak już się poznamy lepiej, zapraszam na nasze spotkania polityczno-filozoficzne.

— To jakieś szczególne towarzystwo?

— Paru dobrych ludzi, którzy chcą, żeby ten kraj był naprawdę niemiecki. Pogadamy jeszcze.

Schneider pozwolił sobie na nieco protekcjonalny ton i odchodząc, klepnął Webera po ramieniu. Martin poczuł się z tym niespecjalnie przyjemnie. Inni nauczyciele ucinali sobie pogawędki przy swoich stolikach, pogrupowani według podziałów, sympatii i antypatii, których proste i krzywe linie życia jeszcze nie stały się dla Webera czytelne, jasne i znajome. Pokój nauczycielski wciąż stanowił dla niego terra incognita. Jednak tego pierwszego dnia nie zauważył, że z boku przypatrywał się mu jeden człowiek, śniady i dość elegancko ubrany. Nosił garnitur z najlepszej wełny szetlandzkiej i patrzył na nowego z irytacją, ponieważ owo poklepanie po ramieniu przez Schneidera nie uszło jego uwadze. Gdy Weber odchodził, ów nauczyciel odprowadził go wzrokiem do drzwi.

Rozdział II

Lekcja Herr Schneidera

Gleiwitz, wrzesień 1932 roku

Martin Weber miał tego dnia poprowadzić pierwszą lekcję filozofii w klasie jedenastej, a więc maturalnej. Dyrektor Fernhuber powierzył mu ją celowo, ponieważ miał być to dla niego najpoważniejszy test. O poprzednika Weber nie pytał, nie chcąc być porównywanym. Dla młodego nauczyciela najtrudniejsze jest znalezienie własnej, niepowtarzalnej ścieżki pracy z młodymi ludźmi, jeśli zatem ktoś wzoruje się na innych — popełnia jeden z podstawowych błędów. Weber był jednak dość wiernym wyznawcą poglądów Ferdinanda Ebnera, wyrażonych w książce Słowo i miłość, w której ten ujmował filozofię w kontekście odpowiedzialności za słowo wygłaszane, wyrzucane pod wpływem emocji — jako środek komunikacji, który pomnaża dobro lub zło. Weber stał na stanowisku, że posługując się słowem, można zbudować relację z drugim człowiekiem, a w tym przypadku z uczniami. Obawiał się jednak pierwszej lekcji w klasie, której nie uczył wcześniej. Pewne znaczenie odgrywał też fakt, że w klasie maturalnej nie było łatwo wejść w buty po kimś innym. Zresztą — Weber nie miał takiej natury.

Wkroczył do sali pewnie, a w dłoni trzymał dziennik oprawiony w skórę. Dziennik jest w szkole najbardziej wyrywanym przedmiotem przez okrągły rok, a nauczyciele z dużym stażem wiedzą, kiedy go wziąć, żeby uzupełnić braki. Jednak Weber jako neofita miał wpojoną obowiązkowość i codziennie wpisywał tematy, które można było od linijki mierzyć. Gdy wszedł do klasy, zobaczył, że tym razem wpatruje się w niego szesnaście par oczu. Na twarzach jednych zauważył ciekawość, u innych była ona przemieszana z ledwo maskowaną pogardą, co zawsze towarzyszy przyjściu do szkoły nowego nauczyciela.

— Filozofii nie wyczytacie z podręcznika — rzekł Weber. — Z jakiego korzystaliście?

— Niemiecka filozofia dla gimnazjum Jurgena Prochnowa — odparł jeden z uczniów, przeraźliwie chudy i patykowaty chłopak o pokrytej trądzikiem twarzy.

Powieść Sen o Glajwic kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Sen o Glajwic
Wojciech Dutka 0
Okładka książki - Sen o Glajwic

Opowieść o człowieku, który dla odnalezienia zaginionego ucznia gotów był poświęcić wszystko, a zarazem przewrotna biografia Gliwic – miasta o dwóch...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo