reklama

Wielu jest graczy w tym Mieście. Przeczytaj "Ludzi z Miasta"

Data: 2021-07-20 09:20:55 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Mafijna egzekucja, wielkie interesy i korupcja… Czy glina z przeszłością rozbije lokalny układ?

Lata dziewięćdziesiąte. W Mieście dochodzi do szokującej zbrodni. Ofiara to Tomasz Riehlke, jeden z dyrektorów agencji ubezpieczeniowej. Śledztwo prowadzi doświadczony komisarz Andrzej Kostrzewa. Wkrótce orientuje się, że uczestniczy w grze, w której stawką może być jego życie... Co łączy tę sprawę z zabójstwem sprzed lat, prawnikiem z Chicago i policyjnym tajniakiem?

Pewne tropy wiodą do lokalnych gangsterów, inne do mafii pruszkowskiej, a jeszcze inne – do dowództwa policji. Kryminał Macieja Czerniaka to trzymająca w napięciu podróż do początków III RP, kiedy cinkciarze i bandyci stawali się biznesmenami, wchodzili do polityki albo zakładali przestępcze organizacje. Tak rodził się układ…

Obrazek w treści

Do lektury debiutanckiej powieści Macieja Czerniaka Ludzie z Miasta zaprasza Wydawnictwo Lira. Tymczasem już teraz zachęcamy do przeczytania premierowego fragmentu książki:

Rozdział I. Rok 1999 

Komisarz Andrzej Kostrzewa, szef Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Mieście, wpatrywał się w zakrwawiony kołnierz. Wiatr zdążył osuszyć tkaninę. Plama, przedtem soczyście malinowa, zmieniła odcień na brunatny. Wzrokiem omijał okolice głowy. Wystarczyło mu jedno spojrzenie. Zresztą już w drodze na miejsce zbrodni czuł delikatne skurcze żołądka. 

— Egzekucja — powiedział starszy aspirant Rafał Olbratowski, który właśnie podszedł do komisarza. Kostrzewa zastanawiał się, czy w głosie policjanta słyszy tylko pewność, czy może też rodzaj satysfakcji. Po latach roboty tak się już ma. Empatia z czasem gdzieś ulatuje. Później chodzi już tylko o to, żeby umieć ukrywać ten postępujący zanik uczuć wyższych. Zachować to płowiejące przeświadczenie, że jeszcze jest się człowiekiem. 

Kostrzewa obrócił się na pięcie, ciągle trwając w przysiadzie nad zwłokami. Z tyłu krzątali się technicy. 

— Panie komisarzu, on uciekał. Kolejne ślady krwi są tam. — Policjant o lekko zezującym spojrzeniu, ale posturze godnej boksera wagi ciężkiej, wskazał za siebie. 

W odległości dwóch, może trzech metrów w słabym snopie światła pobliskiej latarni i błyskach kogutów policyjnego radiowozu widniała zamarzająca na betonie ciemnoczerwona plama. 

Kostrzewa wstał, rozprostowując ścierpnięte kolana. Nie odrywając wzroku od krwi, sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął paczkę czerwonych marlboro. 

— A to? — zapytał Olbratowskiego. Gliniarz odwrócił się, podążając wzrokiem za ręką komisarza. W miejscu, które ten wskazywał, widać było ślady palonej gumy. Czarną smugę długości około pięciu metrów stopniowo pokrywały płatki śniegu. Duże, ciężkie i powolne jak październikowe muchy. Olbratowski ruszył za komisarzem w kierunku śladów. 

Kostrzewa stanął nad nimi i w końcu zapalił papierosa. 

— Są jeszcze inne, tam — rzucił aspirant i wskazał w przeciwnym kierunku, choć w ciemności niewiele było widać. Miejsce znajdowało się poza kręgiem światła latarni. — Mamy ślady traseologiczne. Marka jednych opon to na pewno Dunlop, całoroczne. Drugą jeszcze ustalamy. 

— A łuski? — Kostrzewa spojrzał na grupę techników pracujących w pobliżu. Ulicą Armii Ludowej w obu kierunkach ciągnęły sznury samochodów. Na parking wjeżdżał właśnie wóz transmisyjny telewizji. Za godzinę popołudniowy szczyt się skończy. Ludzie wrócą do domów, włączą telewizory. O wpół do ósmej, przy kolacji, dowiedzą się, że w Mieście ktoś zastrzelił dyrektora pionu odszkodowań z ubezpieczalni Argos. 

— Dwie. Kaliber sześć i trzydzieści pięć milimetrów. Broni nie ma. To była szybka robota. Nikt się tu nie wahał. — Stróż? — Kostrzewa spojrzał w kierunku zaparkowanej przed wejściem do ubezpieczalni policyjnej furgonetki, do której wsiadł właśnie jeden z policjantów. Kawałek dalej, przy wyjeździe z firmowego parkingu Argosu, stał szary wóz techników z symbolem mikroskopu na drzwiach. Cała scenografia migotała w świetle kogutów furgonetki. Po drugiej stronie Armii Ludowej zbierała się mała grupka gapiów. Kolejni przechodnie przystawali, przyglądali się pracującej ekipie, aż w końcu szli dalej. Mróz wygrywał z ciekawością. 

— Twierdzi, że nic nie widział. Za to kilka razy powtarzał, że teraz go wypierdolą. Boi się — rzucił krótko Olbratowski. 

— Z ubezpieczalni? 

— Nie, pracuje w firmie ochroniarskiej. W Irbisie, zdaje się. Szefem jest tam Włodek Sekuła. — Aspirant w uśmiechu pokazał zęby. Duże, równe i białe jak śnieg. 

— Pieprzony Włodek — warknął Kostrzewa. — Kiedy on poszedł na tę wcześniejszą? Pięć lat temu? Myślałem, że tylko ryby łowi — dodał z ironią, powoli idąc w stronę policyjnej suki. 

— Biznes otworzył chyba rok temu. W lipcu podpisał umowę z Argosem. Ochrania też kilka banków i ratusz — powiedział aspirant-bokser Olbratowski. Obaj policjanci przystanęli przed samochodem. Kostrzewa ostatni raz się zaciągnął, rzucił peta na ziemię, wsmarował go podeszwą w śnieg i rozsunął drzwi furgonetki. 

Włodzimierz Sekuła stwierdził, że nic nie wie. Kostrzewa mógłby jednak przysiąc, że były glina stracił rezon, gdy usłyszał, że jego pracownik to jak na razie jedyny świadek w sprawie jatki przed ubezpieczalnią. Gospodarz wbił plecy w głęboki skórzany fotel z wysokim oparciem. Na biało-czarny krajobraz, widoczny przez okno za Włodkiem, składały się trzy nagie jabłonie przykurczone na tle rozpadającej się szopy na węgiel. Płatki śniegu, choć już nie tak duże i ciężkie jak poprzedniego dnia, nadal niestrudzenie przysypywały świat.  

— Ładnie się urządziłeś. — Kostrzewa strzepnął popiół z papierosa do popielniczki reklamującej Oktoberfest. Spadł dokładnie między dwa kufle trzymane przez porcelitową bardame. Zdawała się mówić: „Danke”. 

Między gospodarzem a gościem było jakieś ledwo uchwytne podobieństwo. Zresztą obaj nieraz słyszeli, że „psa i bez munduru poznasz”. Wyglądali jak bracia, z których jeden przychodzi w odwiedziny do drugiego. Włodkowi od czasu, kiedy przeszedł na emeryturę, przybyło parę kilo, ale z jego nalanej twarzy świdrowały Kostrzewę wciąż te same nieufne, bystre i czujne oczy. No, może wąsy miał nieco dłuższe. 

— Taa, moje królestwo. — Sekuła szeroko rozłożył ręce, rozpierając się w fotelu i rozglądając po pokoju. Biurko z wyprzedaży, ściany odświeżone, ale zdradzające lata użytkowania pawilonu przez innych gospodarzy. Do tego oprawione w ramki licencja detektywa i pozwolenie na działalność ochroniarską wiszące w jednym rzędzie z kalendarzem. Styczeń sponsorowała wygrzewająca się na plaży czarnowłosa modelka topless. Biodra obmywały jej fale lazurowego morza. 

— Od czegoś trzeba zacząć. W pewnym sensie podziwiam cię, bo w końcu ile można jeździć na ryby — rzucił Kostrzewa. Włodek zarechotał. 

— Ty skurczybyku, wiesz, ile nerwów mnie kosztowała ta buda? Cholesterol mi podskoczył przez cały ten biznes. Lekarz mi zalecił jeżdżenie na ryby. Że niby stres, papierosy, lata służby, relaks potrzebny i inne takie bzdury. I jak myślisz, ile razy moczyłem kija przez ostatnie pięć lat? 

— Ile razy? — Kostrzewa zaciągnął się. Żar papierosa sięgał już ustnika. Zdusił peta, patrząc w śmiejące się oczy dziewczyny z Bawarii. 

— Raz. I tyle z tego było, że znalazłem naszego Witka. Takie to były ryby. — Włodek zmienił ton. Zniknął luz. Jakieś słowo zastygło mu na ustach okolonych rudawym wąsem. — Andrzej, wiem, do czego zmierzasz. Skoro siedzę już w tym biznesie, to mogę coś wiedzieć, tak? 

Kostrzewa zmierzył kumpla wzrokiem. Na ułamek sekundy przemknęła mu myśl, czy na pewno obaj grają jeszcze w to samo. Glina to glina, nawet były, ale świat niesie zbyt wiele pokus, kiedy człowiek w końcu żegna się z mundurem. Kiedy jest się kryminalnym, poznaje się zbyt wielu ludzi. I zbyt wiele rachunków pozostaje nieuregulowanych, kiedy w końcu oddaje się odznakę. 

— Daj spokój, nic nie wiem o tej sprawie. Tamto to był przypadek. A to, co stało się wczoraj, to inna bajka. Inna liga. I w ogóle gra o inną stawkę. Wielu jest graczy w tym Mieście. 

Książkę Ludzie z Miasta kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Ludzie z Miasta
Maciej Czerniak2
Okładka książki - Ludzie z Miasta

Mafijna egzekucja, wielkie interesy i korupcja… Czy glina z przeszłością rozbije lokalny układ?Lata dziewięćdziesiąte. W Mieście dochodzi do szokującej...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Bóg Maszyna
Joanna W. Gajzler
Bóg Maszyna
Tam, gdzie nie pada
Michael Sowa
Tam, gdzie nie pada
Kwestia winy
Małgorzata Rogala
Kwestia winy
Przepustka do męskości
Paweł Pollak
Przepustka do męskości
Żyje się tu i teraz
Katarzyna Kaźmierczak
Żyje się tu i teraz
Prezydentka
Marika Krajniewska
Prezydentka
Joker
Natalia Nowak-Lewandowska
Joker
Pokaż wszystkie recenzje