Magia to nie zabawa. Fragment książki Iwony Wilmowskiej

Autor: Sławomir Krempa
News - Magia to nie zabawa. Fragment książki Iwony Wilmowskiej

Na świecie istnieje wiele szkół magii. Traf chce, że jedna z nich położona jest w Polsce – na Warmii. Trafiła do niej szesnastolatka, Julka, pozbawiona przyjaciół, mocno zagubiona. Po pierwszym szoku szybko odnalazła się w nowym miejscu. Poznać ją mieliśmy okazję w powieści Iwony Wilmowskiej Po pierwsze - uwierz w magię. O kolejnych przygodach Julki przeczytaliśmy w książce Po drugie – magia jest w tobie. Tom trzeci cyklu o jej przygodach zatytułowany jest Magia to nie zabawa. Wygląda więc na to, że będzie poważnie. 

 Julka szykuje się do ostatecznej walki z Terencjuszem, który zagraża wszystkim nauczycielom i uczniom szkoły magii. Czy uda jej się uzyskać wsparcie od innych członków magicznej społeczności? Jak zakończy się jej historia?

Do lektury powieści z cyklu Julka i polska Szkoła Magii zaprasza Wydawnictwo Alegoria. Koniecznie przeczytajcie fragment najnowszej odsłony serii autorstwa Iwony Wilmowskiej: 

Rozdział 1

Mary

Dyrektorka stała oparta plecami o drzwi, z głową odchyloną do tyłu i wpatrywała się w sufit. Pozostałe cztery postacie siedziały przy stole, wyraźnie zmęczone – starzec skrywał twarz w dłoniach, Medium skuliło ramiona, ubrana w czarną suknię Helena wbijała oczy w blat stołu, a Barbara podparła twarz ręką i patrzyła na Kalinę. Gdyby nie maska, z jej twarzy można by wyczytać współczucie i zmartwienie.

– Kalinka, nie martw się. Jakoś z tego wybrniemy – powiedziała tonem, który miał być uspokajający. Ale nie był.

– Pytanie tylko, jak – wtrąciła Helena.

– Na pewno coś wymyślimy. Poza tym Julia jest teraz z Petindą, a ona tylko czeka, aż Terencjusz się ujawni. Nie mam wątpliwości co do tego, że jest gotowa, aby stoczyć z nim walkę. Jak nie ona, to kto? Bądź co bądź, przygotowywała się do tego od lat.

– Tylko czy wystarczy jej sił… – westchnęła Kalina.

– Tym razem nie będzie sama – zauważyła Barbara.

– Medium odebrało jakieś sygnały? – spytała dyrektorka.

– Zagranica się wyciszyła – odezwał się starzec. – Zapewne dotarły do nich informacje o tym, co się wydarzyło. Ci, którzy mogliby chcieć nam zagrozić, liczą zapewne po cichu na to, że Terencjusz rozwiąże za nich problem, a oni nie będą musieli nawet maczać w tym palców.

– No tak, dla niektórych byłoby to na pewno wygodne… – zauważyła Kalina. – Ale co z Terencjuszem? Teraz to on najbardziej mnie interesuje.

– Nie ma wyraźnych zmian, ale wiesz przecież, że on, jeśli tylko chce, potrafi ukrywać się przed Medium bardzo skutecznie.

– Wiem, wiem, ale gdyby cokolwiek się zmieniło, dajcie mi znać.

– Zapewniam cię, że tak właśnie zrobimy – zapewnił ją Wielki Mag.

– Tak się wszystko pokomplikowało… Teraz najważniejsze jest bezpieczeństwo adeptów. Sądzicie, że powinnam wcześniej odesłać wszystkich do domów?

– W żadnym wypadku – rzekł starzec. – Działajmy spokojnie i rozważnie. Do przerwy międzytrymestralnej zostało raptem kilka dni. Nie burzmy ustalonego porządku bez wyraźnej przyczyny.

– A co będzie z kolejnym trymestrem?

– Któż to wie, Kalino, któż to wie…

Ciepłe, osłodzone miodem kakao przyjemnie ich rozgrzewało. Po długiej podróży byli głodni i niecierpliwie czekali na posiłek. Z kuchni dochodził smakowity zapach zapiekanych warzyw, który skutecznie odciągał ich myśli od tego, co było naprawdę ważne. A problemów z pewnością im nie brakowało…

Dopiero dotarli do domu ciotki Petindy. Mieścił się on na peryferiach niewielkiej, podwarszawskiej miejscowości. Oddalony od innych domostw i otoczony ogrodem zapewniał tak bardzo im teraz potrzebną prywatność. Z zewnątrz wyglądał całkowicie niepozornie – parterowy, z użytkowym poddaszem, dawno nieodnawiany, co zdradzały przybrudzona jasnożółta fasada oraz porośnięty tu i ówdzie mchem spadzisty dach. Pozaciągane w oknach zasłony sprawiały, że nawet najbardziej ciekawscy omijali ten dom wzrokiem, nie obdarzając go choćby odrobiną zainteresowania. Ogródek pokrywała warstwa śniegu, a kilka rosnących w nim dużych drzew i porozrzucane bez wyraźnego zamysłu mniejsze krzaczki nie zdradzały, jaki potencjał drzemie w ich właścicielce. Całość sprawiała wrażenie nudnego, sztampowego domostwa, które nawet mieszkańcy uważają za niegodne zainteresowania.

„Czyli efekt został osiągnięty” pomyślała Julka. Jeśli ktoś para się magią, zdecydowanie nie powinien przyciągać uwagi zwykłych ludzi.

Wnętrze domu to była jednak zupełnie inna historia – tu ciotka mogła dać upust swemu zamiłowaniu do jaskrawych barw i niebanalnych detali. Już w korytarzu w oczy biła głęboka żółć ścian i sufitu. Intensywność barwy nie była jednak męcząca. Dzięki niej przedpokój był naprawdę przytulny.

– Wyskakujcie z kurtek, zostawcie bagaże tutaj i idźcie do pokoju – ciotka wskazała pierwsze drzwi po lewej. – Ja pójdę wstawić wodę.

Szybko zdjęła futro i ruszyła w stronę drugich drzwi po tej samej korytarza.

Rozebrali się i nieśmiało weszli do pokoju. Paliła się w nim tylko jedna, niewielka lampka, ale ich uwagę zwrócił od razu ciemnoczerwony kolor ścian przywodzący na myśl afrykańskie malowidła. Na kredensach i niskich komodach z ciemnego drewna ustawionych pod ścianami pełno było książek i rozmaitych bibelotów na pierwszy rzut oka wyglądających jak pamiątki z egzotycznych podróży – kamiennych figurek, połyskujących szkatułek, różnokolorowych kamieni. Wszędzie stały gliniane donice z różnymi roślinami. Niektóre z nich były ogromne – ich wielkie, błyszczące liście sięgały niemal do sufitu. Inne pięły się po meblach i ścianach, rozpięte na cieniutkich żyłkach. Podłogę pokrywał dywan w kolorze butelkowej zieleni, a całość rozjaśniała jaskrawożółta kanapa stojąca na środku pokoju, naprzeciwko kominka, i pasujące do niej dwa fotele, a między nimi niski, długi stół. Rozsiedli się, gdzie komu było wygodnie i rozglądali z ciekawością.

Ciotka wpadła do pokoju z czterema kubkami kakao. Rozpaliła w kominku, wyjęła z torby laptopa, poklikała w nim chwilę, podłączyła do głośników i po chwili wnętrze wypełniła cicha muzyka – delikatna lira i subtelny flet tworzyły mieszankę przywodzącą na myśl chłodną Skandynawię. Wyjątkowo przyjemnie siedziało się w ciepłym, przytulnym pokoju, przy akompaniamencie tych dźwięków, gdy na dworze hulał zimny wiatr, sypał śnieg i szczypał mróz.

– Ale przyjemnie… – westchnęła Jagoda, wystawiając ręce w stronę ognia, gdy tylko ciotka znów zniknęła w kuchni. – I kto miesiąc temu mógłby przypuszczać, że jeszcze przed końcem trymestru wylądujemy w czwórkę w domu twojej ciotki i będziemy popijać kakao przed jej kominkiem?

Odpowiedziały jej trzy wzruszenia ramion, bo cóż mogliby jej na to odrzec? Z pozoru nic się nie działo. Przez ostatnie cztery miesiące ciężko pracowali, zgłębiając magię zwierząt. Z dnia na dzień rozwijali swoje zdolności i nic nie wskazywało na to, że grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Choć tak naprawdę niebezpieczeństwo groziło tylko Julce. To nią interesował się Terencjusz. Zorientował się, że w Julce drzemie potencjał niezwykłej mocy i dojrzał w tym zagrożenie dla siebie. Julka myślała o nim bezustannie. Kim był? Czemu żył poza światem magów i zamiast jak wszyscy inni pomagać ludziom, wyraźnie działał na ich szkodę? I co takiego zrobił, że wszyscy się go boją? Pora, aby poznała w końcu odpowiedzi na te pytania.

– Julka, wiesz, jakie plany ma twoja ciotka? – spytał Nikodem, nie odrywając wzroku od ognia.

– Nie mam pojęcia – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Mam nadzieję, że zaraz nam wszystko wyjaśni.

– No, dobrze by było, bo ja znowu czuję się jak w czeskim filmie – prychnęła Jagoda.

Julka potoczyła wzrokiem po osobach zebranych w pokoju. Jagoda i Nikodem, jej najbliżsi przyjaciele, siedzieli obok siebie na kanapie, stykając się ramionami. Oboje wychyleni do przodu wpatrywali się w płomienie. Nie potrafiłaby wyrazić słowami, jak bardzo cieszyła ją ich obecność. Wprawdzie moc, którą posiadali, była zdecydowanie mniejsza niż jej, ale czuła się zdecydowanie pewniej, mając przy sobie bliskie osoby.

Jej spojrzenie przesunęło się na Adama. Siedział na fotelu naprzeciwko niej, wygodnie oparty, w rękach trzymając kubek. Na czoło opadała mu grzywka, a w jego zielonych oczach migotały odbicia płomieni. Musiał wyczuć, że na niego patrzy, bo w pewnej chwili ich spojrzenia się spotkały. Julka miała ochotę podejść, usiąść mu na kolanach i wtulić się w jego ramiona, ale tylko się uśmiechnęła. Choć dla nich dwojga było jasne, że łączy ich coś szczególnego, nie obnosili się ze swoim uczuciem, nie trzymali stale za ręce, nie całowali, gdy ktoś inny był w pobliżu. Po co? Nie musieli ani nie chcieli niczego manifestować. Zresztą w miarę upływu czasu Julkę coraz mniej obchodziło, co inni myślą o ich związku. Najwięcej problemów stwarzała Jagoda, która z jakiegoś powodu nie przepadała za Adamem. Julka nie chciała doprowadzić do otwartej konfrontacji, nie miała na to siły. Adam zaś był skryty z natury i też z pewnością nie czułby się dobrze będąc powodem konfliktu przyjaciółek. W obecności Jagody zachowywali się więc tak, jakby łączyła ich tylko przyjaźń, chociaż Julka powoli zaczynała mieć tego dość. Z każdym dniem narastała w niej pewność, że Adam zagości w jej życiu na dłużej, może na zawsze, i miała ochotę zacząć w końcu zachowywać się normalnie – przytulać zawsze, kiedy ma na to ochotę, a nie kryć się z uczuciem, jakby robili coś złego. I nie chodziło tu o żadną manifestację, tylko o zwykłą swobodę.

– No! Kolacja gotowa! – oznajmiła Petinda, wchodząc do pokoju.

Niosła przed sobą tacę z pięcioma talerzami wypełnionymi pięknie pachnącymi, zapiekanymi warzywami – ziemniaki, pomidory, papryka i cukinia z dodatkiem aromatycznych przypraw to było dokładnie to, czego w tym momencie potrzebowali. Bez chwili zwłoki chwycili za talerze i widelce i zaczęli jeść. Ciotka przyniosła sobie z kuchni krzesło. Niski stół-ława nie był wygodny do jedzenia, trzymali więc talerze na kolanach, co, w zasadzie nie wiadomo dlaczego, wprowadziło miły, niemal intymny nastrój.

– Ciociu – powiedziała Julka, gdy zaspokoiła pierwszy głód i odsunęła talerz – powiedz nam, po co tak właściwie nas tu przywiozłaś? Czym mamy się tutaj zajmować?

Ciotka przełknęła kęs, który miała w ustach, odstawiła talerz i na obiektywnie niedługą, lecz w odbiorze pozostałej czwórki rozciągającą się niemal w wieczność chwilę ukryła twarz w dłoniach. W końcu zmierzwiła swoją wielokolorową czuprynę, wyprostowała się na krześle, wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić:

– Po pierwsze wyjaśnijmy sobie jedno: wszystko, o czym będziemy mówić, zostaje między nami. Jasne?

Odpowiedziały jej cztery skinięcia.

– Dobrze. A więc wszyscy wiemy, że Julka dysponuje nieprzeciętną mocą. Na razie wszyscy się uczycie, ale już teraz widać wyraźnie, że stosowanie magii przychodzi jej z wielką łatwością i właśnie ten talent, te nadspodziewanie duże zdolności, ściągnęły na nią uwagę Terencjusza. A skoro raz się nią zainteresował i wybadał, jak wielka moc w niej drzemie, z pewnością łatwo nie odpuści. Dał się zdemaskować. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że niespecjalnie zależało mu na tym, aby się ukrywać, a to zdecydowanie zły znak. Skoro nie zależy mu na kamuflażu, to znaczy, że zmierza do bardzo jasno określonego celu, do bezpośredniej konfrontacji. I właśnie do niej musimy się przygotować. Dlatego tu jesteście. Julka nie ma czasu do stracenia. Jej szkolenie musi nabrać tempa. To już nie nauka o postępowaniu ze zwierzętami, tylko przygotowanie do posługiwania się magią najwyższego stopnia. A wy, jako jej przyjaciele, którzy ciągle się koło niej kręcą, musicie także pogłębić swoje umiejętności, aby pomóc jej, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie wiemy, kiedy Terencjusz zdecyduje się zaatakować. Może to zrobić w każdej chwili, a my musimy być na to gotowi. I raczej zrobi to prędzej niż później…

– Dlaczego? – spytał Nikodem.

– Dlatego, że im mniej Julka umie, tym łatwiej będzie mu ją pokonać – odparł Adam.

– Dokładnie – ciotka kiwnęła głową. – I mówiąc „pokonać” nie mam na myśli pobicia czy rekoherencji. Terencjusz nie jest osobą, która bawiłaby się w takie półśrodki. On będzie chciał ją zabić.

Gdy ciotka po raz pierwszy głośno powiedziała to, o czym w gruncie rzeczy wszyscy wiedzieli, Julka poczuła skurcz strachu. Nigdy nie zabiegała o to, aby w jakiś sposób się wyróżnić. Wolała stać w cieniu wydarzeń, a nie w ich centrum, aż tu nagle jej życie znalazło się w niebezpieczeństwie, a jego ochrona stała się jednym z największych wyzwań świata magów w Polsce. A do tego wciągnięto w to jej przyjaciół… Skoro Terencjusz nie będzie się z nią patyczkował, tym bardziej nie będzie zważał na zachowanie przy życiu tych, którzy się wokół niej znajdują. Jagoda, Nikodem, Adam… Narażanie życia zdecydowanie przekraczało to, czego mogłaby od swoich przyjaciół oczekiwać. To było wręcz o wiele więcej niż kiedykolwiek chciałaby od nich dostać. Wiedziała jednak, że poruszanie tego tematu teraz nie jest dobrym pomysłem. Znała swoich przyjaciół na tyle, aby wiedzieć, że grzecznie poproszeni nigdy nie zgodzą się wrócić do szkoły i zostawić ją samą. Może potem uda jej się to jakoś załatwić z ciotką…

– A co to właściwie za jeden, ten Terencjusz? – spytała Jagoda. – Co to za człowiek? Do tej pory słyszeliśmy o nim same półsłówka. Pora, aby ktoś nam to w końcu wyjaśnił, raz a dobrze.

Ciotka westchnęła.

– Terencjusz to nasza zmora od ponad dwudziestu lat, chociaż przez ostatnie dziesięć lat się ukrywał. Nie mieliśmy nawet pewności, czy żyje, choć od czasu do czasu docierały do nas sygnały, że niestety nadal ma się całkiem dobrze. Wcześniej jednak, przez te dziesięć lat, zdążył wyrządzić wiele szkód. To człowiek z gruntu zły, a do tego niestety niezwykle potężny. Tak potężny, że dotąd nie było wśród nas nikogo, kto mógłby go okiełznać, skutecznie przeszkodzić mu w realizacji jego niecnych planów. Do momentu, w którym pojawiłaś się ty – wskazała na Julkę.

Dziewczyna wbiła wzrok we własne paznokcie. Znów poczuła się bardzo źle na myśl, że to ona jest przyczyną odnowienia konfliktu, choć wiedziała, że nie ma ku temu żadnych racjonalnych podstaw.

– Skoro raz wyczuł zagrożenie nie odpuści, dopóki go nie zlikwiduje – kontynuowała ciotka. – Na szczęście nie jesteśmy tacy całkiem bezbronni. Ty, Julka, masz do dyspozycji bardzo silną moc i teraz musimy po prostu wykrzesać z ciebie jak najwięcej. I nie spuszczaj oczu, bo nie twojej skromności teraz potrzebujemy, ale właśnie odwagi!

Julka spojrzała na ciotkę i dostrzegła w jej oczach taką twardość i zdecydowanie, jakich nigdy wcześniej nie widziała.

– Twoi przyjaciele też na pewno okażą się pomocni. No i jestem jeszcze ja. Od wielu lat nie zajmuję się niczym innym, jak tylko ściganiem tego cwaniaka i wiem o nim więcej niż ktokolwiek inny!

– Ale skoro on jest taki groźny, czemu nic o nim nie wiemy? – spytała Jagoda.

– A czemu mielibyście wiedzieć? Dziesięć lat to mnóstwo czasu. Gdy usunął się w cień, byliście jeszcze dziećmi, których największym problemem był zbyt suchy piasek w piaskownicy. Nie zapominajcie, że tak naprawdę w świat magii wkroczyliście dopiero osiem miesięcy temu. Wcześniej, jeśli rodzice już coś wam o niej wspominali, to tylko ogólnikowo. Jak już mówiłam, przez ostatnie lata Terencjusz pozostawał w ukryciu. Wyszliśmy z założenia, że najpierw musicie przejść podstawowe szkolenie, dopiero potem nadejdzie czas na wyższe wtajemniczenie, a co poniektórzy uważali, jakże niesłusznie, że w ogóle nie warto o nim mówić. Skoro przez dziesięć lat nie było o nim wcale słychać, to znaczy, że zginął, odszedł i nie warto sobie nim głowy zawracać. My oczywiście byliśmy przekonani, że tak nie jest, co rusz docierały do nas wieści o najróżniejszych ponurych wydarzeniach i wiedzieliśmy, że to echa jego wyczynów, ale niełatwo przekonać ludzi, jeśli nie chcą być przekonani.

– Jednego nie rozumiem – przerwał jej Nikodem. – Jeśli on jest taki groźny i nie ma nikogo, kto mógłby go wyśledzić czy pokonać, to czemu nie możecie poprosić o pomoc kogoś z zagranicy?

– Po pierwsze, każdy kraj ma własne problemy, z którymi musi się mierzyć. Nie istnieje żadna międzynarodowa organizacja mająca na celu ściganie takich osobników jak Terencjusz. Po drugie, kto ci powiedział, że tego nie zrobiliśmy? Terencjusz stanowi zagrożenie dla wszystkich magów i ludzi na całym świecie. To chyba logiczne, że wprawdzie bez „Interpolu", ale ze sobą współpracujemy. Poznaliście mojego przyjaciela Jean-Pierre’a. Myślicie, że po co przyjechał do Polski? Tylko po to, żeby was uczyć? Nie! Z całym szacunkiem, ale to był tylko dodatek, taki bonus. Tak naprawdę Jean-Pierre jest moim drugim partnerem w tropieniu Terencjusza.

– Jean-Pierre? – zdziwiła się Jagoda.

Do tej pory francuski nauczyciel wydawał jej się kimś może i kompetentnym, ale jednak dosyć niepoważnym.

– Tak, tak, moja droga, Jean-Pierre! Wiem, co nim myślicie, nie bądźcie jednak naiwni i nie dajcie się zwieść pozorom! Ma swoje dziwactwa, ale kto ich nie ma? Poza tym to naprawdę potężny mag i błyskotliwy umysł. Przecież to właśnie dzięki niemu odkryliśmy, co się działo z Julką i kto za tym stał!

To była prawda. To właśnie Jean-Pierre podrzucił pomysł, że ktoś może wnikać do umysłu Julki za pomocą jakiegoś przedmiotu. Dalej poszło już gładko – szybko ustalono, że są to kolczyki i kto był odpowiedzialny za ich użycie.

– A w Polsce ktoś jeszcze ci pomaga? – spytała Julka.

– O, tak! Kalina jest nieoceniona, jednak w dużej mierze pochłaniają ją obowiązki związane ze szkołą. Jest też spora grupa osób, które mają osobiste powody, aby mimo upływu lat nadal żywo interesować się tym, co się dzieje z Terencjuszem… – ciotka na moment zawiesiła głos. Na kilka sekund zamyśliła się głęboko, ale po chwili potrząsnęła głową, jakby odganiając jakieś myśli, i podjęła porzucony wątek. – No i oczywiście Marianka.

– Marianka?

– Tak. Marianka to moja najbliższa współpracownica.

– Nigdy nie wspominałaś o żadnej Mariance… – zauważyła Julka.

– A czy w ogóle wspominałam wam o mojej pracy? Raczej nie, bo nie są to rzeczy, o których można rozprawiać publicznie. Im mniej osób wie, czym się naprawdę zajmuję, tym lepiej. Terencjusz nadal ma popleczników, najlepszy dowód to rodzice Krysi...

– Ciekawe, czemu ktokolwiek miałby chcieć z nim współpracować… – zastanowiła się Jagoda.

– On potrafi być bardzo przekonujący, gdy mu na czymś zależy. Poza tym nigdy nie brakuje osób gotowych kąpać się w blasku cudzej chwały i czerpać korzyści z cudzych sukcesów. Terencjusz jest skłonny obiecać ci gruszki na wierzbie, jeśli chce, byś coś dla niego zrobiła. Umie też sprawnie zidentyfikować osoby, które będą podatne na jego zabiegi. To zwykle ludzie o sporych ambicjach, ale ograniczonych możliwościach. Takimi najłatwiej jest manipulować. Ale wróćmy do Marianki. Poinformowałam ją już, że Terencjusz znów się uaktywnił. Jutro rano powinna tu być.

– A Jean-Pierre? – spytał Adam.

– Nie wiem, czy akurat jutro, ale też na pewno wpadnie.

– Ciociu, ja bym się chciała dowiedzieć czegoś więcej o tym Terencjuszu. Wciąż powtarzasz, że to zły człowiek, ale nadal tak naprawdę nie wiemy, co on takiego złego zrobił?

– Poza tym, że włamał się do twojego umysłu? – spytała ciotka z przekąsem. – Choć trzeba przyznać, że przy tym, co zwykł robić, to naprawdę drobnostka... Chyba rzeczywiście nadszedł czas, by wyjawić wam nieco konkretów na jego temat. Ale od czego by tu zacząć? Od tego, co wyczyniał w kulminacyjnym punkcie swojej działalności, byście zyskali odpowiednią perspektywę? A może od samego początku, żebyście mogli prześledzić jak rozwijał się ten chory umysł? Chyba postawię na ten drugi sposób, bo tylko tak będziecie mogli zrozumieć, kim naprawdę jest Terencjusz, ten pozornie miły chłopak, który potrafił zmusić młodą matkę, by własnymi rękami udusiła upragnionego synka.

Cała czwórka wstrzymała oddech. Aż trudno było sobie wyobrazić taki stopień okrucieństwa. Ciotka była jednak nieugięta. Skoro już zaczęła tę opowieść, była zdecydowana doprowadzić ją do końca. Wiedziała, że musi naświetlić im grozę sytuacji, by w pełni zdali sobie sprawę z tego, z czym mają do czynienia.

– Gdy tylko Terencjusz trafił do szkoły magii, od razu uwagę zwróciły jego wyjątkowo duże zdolności. Nie muszę wam tłumaczyć, jak to wygląda, bo macie żywy przykład w Julce. Tylko że Terencjusz z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej rozsmakowywał się w swojej mocy. Czuł, jak wielką potęgą został obdarowany i coraz częściej myślał o sobie jak o kimś w rodzaju nadczłowieka, a stąd już wiodła prosta droga do tego, aby uznał się za kogoś lepszego niż pozostali, kogoś, komu wolno więcej. Zaczął przekraczać granice wyznaczone przez zasady obowiązujące magów. Pamiętacie na pewno, że magom nie wolno wykorzystywać magii dla osiągnięcia korzyści osobistych. Terencjusz zaczął nagminnie łamać tę zasadę, co w połączeniu z jego wielką mocą dawało mu naprawdę duże możliwości. Doszedł do takiej wprawy, że nikt nie był go w stanie zatrzymać. Jak raz poczuł, że może wszystko, postanowił z tego korzystać, nie zważając na innych.

– Czyli co konkretnie robił? – spytała Julka.

– Początkowo wyrządzane przez niego krzywdy były raczej skutkiem ubocznym tego, że bez wahania sięgał po to, czego pragnął. Zaczęło się od drobiazgów. Szedł do sklepu i coś mu się podobało, zmuszał więc sprzedawcę, by mu to dał... – Julka i jej przyjaciele skrzywili się z niesmakiem. I to miał być ten złoczyńca? Ciotka bezbłędnie odczytała ich reakcję – Nie patrzcie tak na mnie. Mówimy przecież o początkach. Od takich właśnie bagateli wszystko się zaczęło. Wykorzystując swą moc w tak drobnych sprawach, coraz bardziej rozszerzał zakres swych działań. Spodobała mu się jakaś dziewczyna, to po prostu zmuszał ją do tego, by mu się oddała. Przez pewien okres był chodzącą pigułką gwałtu. Wiecie, ile kobiet zostało w ten sposób skrzywdzonych? Całe mnóstwo. Traktował je jak rzeczy: raz wykorzystaną porzucał bez słowa. Budziła się w ciemnym zaułku, oszołomiona i zbrukana, nierzadko w ciąży. Mnóstwo mieliśmy takich spraw... Ale wtedy jeszcze to wyrządzane przez niego zło było... nie wiem jak to ująć... bardziej ludzkie. Po prostu wykorzystywał swą moc, by zaspokajać zachcianki. To złe, z gruntu niemoralne, ale umówmy się, zrozumiałe. Z czasem jednak ta jego niegodziwość zaczęła tracić ludzkie oblicze i górę wzięło czyste zło. Ranił tylko po to, aby ranić. Zdawał się żywić cudzym cierpieniem... jak jakiś wampir. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zmuszał męża do tego, by walnął pięścią w twarz żonę, którą kochał? Po co to robił? Chyba tylko po to, by patrzeć na zaskoczenie i cierpienie malujące się na ich twarzach, gdy tylko zdali sobie sprawę z tego, co się stało. Albo to, o czym już wspomniałam: zobaczył młodą matkę kołyszącą w wózku płaczące niemowlę. Na pewno była zdenerwowana, kto by nie był w takiej sytuacji, ale przecież kochała to dziecko. A on zmusił ją, by chwyciła delikatną szyjkę niemowlęcia i... zacisnęła dłoń. Po co? Po to tylko, by patrzeć, jak matka dochodzi do siebie, z niedowierzaniem patrzy na niemowlę, próbuje je cucić, oczywiście bez skutku, po czym z jej piersi wyrywa się nieludzki jęk, wręcz ryk rozpaczy. Zupełnie nie rozumie tego, co się stało. A jego to bawiło. Stał w cieniu, patrzył i uśmiechał się pod nosem.

– To okropne... – jęknęła Jagoda ze zgrozą i zasłoniła dłonią usta.

– Nie przeczę – odparła Petinda. – Nawet nie będę wam mówić, ilu nocy nie przespałam, mając przed oczami popełnione przez niego zbrodnie, ile razy budziłam się z krzykiem, bo śniły mi się koszmary... I wierzcie mi, nigdy bym wam o tym nie opowiadała, ale głęboko wierzę, że po prostu musicie wiedzieć, z kim macie do czynienia.
Ciotka zacisnęła usta, a na jej czole pojawiły się nabrzmiałe żyły. Patrzyła na nich już nie jak na dzieci, ale na dorosłych partnerów w walce z wykolejeńcem.

– Ciociu... – zaczęła Julka – powiedziałaś, że Terencjusz będzie chciał mnie zabić, a ja muszę się obronić. To znaczy, co mam zrobić? Zabić jego?

Pytanie zawisło w powietrzu i w pokoju zaległa głucha cisza. Julka postawiła sprawę tak otwarcie... żadne z nich na razie o tym nie pomyślało. Petinda wzdrygnęła się gwałtowanie.

– Julka... – zawiesiła głos – Julka, to nie jest dobry moment na takie rozważania, w ogóle o tym nie myśl, nie dopuścimy... – zamilkła, jakby sama nie wiedziała, kto i do czego nie dopuści.

Po krótkiej chwili westchnęła głęboko, klepnęła się w kolana i wstała.

– Dość wam już na dzisiaj poopowiadałam. Jutro też jest dzień, a przed tym, co nas czeka i tak nie uciekniemy... Przygotowałam dla was pokoje na górze.

– Pokoje? Kiedy? – spytała zaskoczona Julka. Ciotka nie odpowiedziała na jej pytanie o Terencjusza, ale ona nie chciała drążyć tematu. Niepotrzebnie drążyła, lepiej na razie nie wybiegać myślą tak daleko...

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Wydawnictwo
Reklamy
Recenzje miesiąca
Frankenstein
Mary Shelley
Frankenstein
Medium z Long Island
Caputo Theresa
Medium z Long Island
Ania z Avonlea
Lucy Maud Montgomery
Ania z Avonlea
Mur
Rafał Witek
Mur
Pokaż wszystkie recenzje