Międzyświat pomiędzy światami. Fragment książki „Antarabhawa"

Data: 2020-01-30 14:09:53 Autor: Sławomir Krempa

Przebywam poza światem statystycznych ludzi. Właściwie przebywam w antarabhawie. Tak to się nazywa w sanksrycie. W międzyświecie pomiędzy światami...

Kontrowersyjny powrót polskiej powieści przemytniczej ponad osiemdziesiąt lat po Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy Sergiusza Piaseckiego. Antarabhawa to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, epatująca groteską i bawiąca się literackimi konwencjami opowieść osadzona w azjatyckich realiach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Obrazek w treści

…w tamtych czasach Polacy co najwyżej wypuszczali się do RFN-u na wykopki albo handlowali salami i lakierami do włosów z NRD. A w RPA, Emiratach i Singapurze żyły sobie miliony cwanych Hindusów. Wysyłały swoim do kraju złoto i towary (…). India potrzebowała nas jak krwinek do roznoszenia tlenu w żywym organizmie, potrzebowała przemytników.

My jesteśmy jak gwiazdy filmowe. Kreujemy postaci, za które chcemy uchodzić, ale w przeciwieństwie do kreacji wielkich aktorów nasze odnoszą sukces tylko wtedy, gdy nikomu nie zapadają w pamięć. Jedynie wtedy możemy robić to, co robimy (…). Nie tolerujemy żadnych tatuaży, żadnych widocznych blizn, biżuterii, dziwnych ubrań i znaków szczególnych. Nic, co pozwoliłoby nas zapamiętać. Chcemy być jak ludzie bez właściwości…

Do lektury powieści Przemysława Szulgita zaprasza Wydawnictwo Papierowy Motyl. Dziś w naszym serwisie możecie przeczytać jej premierowe fragmenty: 

Mówię, do zobaczenia po drugiej stronie, choć wiesz, że jest gorzej niż w moim śnie. Możemy się już nie zobaczyć. Ruszam pierwszy, każąc ciału iść, żeby wydostać nas z tego „tu”, wyjść z tego „teraz”. Przebić się gdzie indziej, gdzie nie przemierzam tej parszywej ścieżki strachu, tylko kroczę wolny jak między Czerwonym Fortem a Jama Massid w Delhi, gdzie rozpościera się najcudowniejsze targowisko świata. To tam chciałbym z tobą być, a nie na lotnisku. Jest tam więcej precjozów życia niż śmierci i więcej ludzi niż cieni, jakie ich ciała rzucają na ziemię. Cienie dwóch wysokich minaretów Jama Massid nigdy tam nie dopełzają, choć targowisko sięga schodów prowadzących na dziedziniec meczetu. Przybytek Boga wzniesiono tak wysoko, że nie dociera do niego ani zapach koźlego łajna, ani gorzki odór szczyn, którymi dławi wiatr od oszalałych z pożądania kozłów stłoczonych na zwierzęcym targu przy Forcie.

Chodzę tam zawsze, gdy czas pozwala lub jestem sam. Zawsze gdy lecę do Delhi, jadę przez Delhi albo wylatuję z Delhi. Muszę prędko przekraczać granice. Nie dać się schwytać ani rozpoznać. Ścigają mnie złe wspomnienia, lęk, że wciąż jestem nikim, i słudzy prawa, które okpiłem, gniew bogów, których prawa złamałem, wzgarda kobiet szczających na moją miłość i drwina złych ludzi, którym zwierzyłem się z potrzeby kochania. To ból równie ostry jak sztylet słowa „dżihad”. To ból rwący jak hak zdzierający ścięgna żebrakom, by pełzając przed Jama Massid, bardziej wzbudzali litość. Zdrowi i silni nie zdołają na siebie zarobić. Kasta silniejszych i zdrowszych już przed wiekami wyrugowała ich z życia, tak jak mnie w moim kraju. Za ich zoranym hakiem padołem rozpaczy między kramami z tandetą szukam stoiska ze starymi filmami. Przed żarem słońca chroni je rozpięta na żerdziach płachta barwy ziemi. Okrągłe puszki z filmami też przybrały barwę ziemi. Stoją niedbale poustawiane w kolumnady i oddzielają sprzedającego je Hindusa od innego Hindusa, który w ich cieniu po drugiej stronie sprzedaje coś innego pod swoją płachtą barwy ziemi.

Niektóre filmy są bez puszek, a nawet bez blaszanych szpul. Leżą brudne i poskręcane jak wysuszone trzewia porzucone dawno temu po wróżeniu z wnętrzności. Nie chcą ich nawet najbiedniejsi właściciele objazdowych kin krążących po wsiach Uttar Pradesh. Zepsułyby projektor. Sprzedający filmy Hindus z jakichś względów ich nie wyrzuca. Pozwala obejrzeć ich pierwsze kadry, choć niechętnie kaleczy je nożyczkami. Po ustaleniu ceny odcina klatki, które wskażę. Potem, kiedy nikt mnie nie widzi, oglądam je. Staram się zobaczyć przyszłość, to mnie uspokaja. Puszek jest dużo. Może są w nich wszystkie filmy, jakie nakręcono w Indiach; wszystkie, jakie nakręcono od początku świata; wszystkie losy z Mahabharaty, Ramajany i Pańczatantry nawinięte na karmiczne koło szpuli. Być może moje także, bo to ich sensu szukam, ilekroć tam chodzę.

Przebywam poza światem statystycznych ludzi. Właściwie przebywam w antarabhawie. Tak to się nazywa w sanskrycie. W międzyświecie pomiędzy światami. Nie jest lepszy od świata zwykłych ludzi, ale dla mnie łaskawszy niż jakiekolwiek miejsce dzielone z nimi. Tylko udaję jednego z nich. Idę przez halę lotniska jak oni, odprawiony, z boardingiem w ręku. Jak typowy frajer z Zachodu w podróży. Z małym bagażem, w krótkich spodenkach, ale zamiast rzeczy taszczę tysiące banknotów, lewy paszport z fałszywą wizą i lęk, że nas złapią.

Pierwsza kontrola jest przed wejściem na tranzyt. To jeszcze nie groza. Strażnicy wpuszczają, jak leci. Jak dwóch bileterów-klaunów w mundurach wpuszczałoby wszystkich do piekła. Zatrzymują na chwilę. Czytają nazwisko z boardingu, porównują je z tym w paszporcie. Litery mówią to samo, więc pozwalają przejść dalej. Do ciemnej, niskiej sali, skąd nie ma odwrotu. To tu rozpościera się groza. Tu ludzie cichną i poważnieją, choć odprawa to dla nich formalność, przecież sobie podróżują. Ja staję jak do selekcji w obozie…

Jedno spojrzenie, by szybko wybrać kolejkę. Zamieram za tą rodziną z dziewczynkami i Hindusem w marynarce, chyba leci samotnie. Byle nie z białym przed sobą, jak obok. Można wpaść przez przypadek, bo też będzie Niemcem. Prawdziwym Niemcem…

Ktoś staje za mną. Zasłania mi plecy, wtapia w tłum. Kilka głów przede mną pieczątki walą z łoskotem w paszporty. Piętnują je jak bydło. Bo jesteśmy bydłem. Podróżnym bydłem do sprawdzenia. Sztancuje pięć stanowisk, nikogo nie przeoczą. Niedługo tam dotrę. Poprawiam plecak na ramieniu. Powoli, żeby nie przesunęły się nafaszerowane walutą ściemniacze. Poprzekładałem je książkami, cegłą Darwina, kawą i bibelotami dla turystów. Wiozę podróżny śmietnik jak oni, ale mój to kamuflaż. Na przeglądarce zleje się w jedną, niekojarzącą się z niczym papierową masę. To ja nie jestem z papieru. Kagańcem z własnych kości pętam własny strach. Każę ciału stać. Krwi nie zalać mi twarzy, sercu nie rozerwać mnie na strzępy, zwieraczom nie zatopić mnie w szczynach.

Stemple biją jak ogłuszacze w rzeźni. Nie zabijają. Przerywają życiorys inaczej. W Delhi nie podeszliśmy pod Jama Massid. Nie podejrzałem, co szykuje los. Boję się. Po prostu się boję. Tak tu się płaci za pobyt…

W naszym serwisie możecie już przeczytać kolejny fragment książki Antarabhawa. Publikację Przemysława Szulgita kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Antarabhawa
Przemysław Szulgit0
Okładka książki - Antarabhawa

„Przebywam poza światem statystycznych ludzi. Właściwie przebywam w antarabhawie. Tak to się nazywa w sanksrycie. W międzyświecie pomiędzy światami…”...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo