Miłość jak opętanie. Fragment książki „Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie"

Data: 2020-02-13 21:16:14 Autor: Sławomir Krempa

Po śmierci Barbary Radziwiłłówny Bona Sforza ma nadzieję, że wkrótce powróci na Wawel, odzyska wpływ na Zygmunta Augusta i skojarzy nowe małżeństwo syna.

Obrazek w treści

Królowa matka wciąż uważa Habsburgów za wrogów i pragnie połączyć dynastie Jagiellonów i Walezjuszy. Jednak trzydziestotrzyletni władca wbrew życzeniu matki wybiera na żonę Katarzynę Habsburżankę. Bona, nie widząc dla siebie miejsca w królestwie, postanawia udać się do swego dziedzicznego księstwa w Italii. Lecz powrót do Bari nie jest łatwy – wyjazdowi sprzeciwia się król. Gian Lorenzo Pappacoda, zaufany sługa królowej, dwoi się i troi, aby dopomóc swej pani w opuszczeniu Polski, a zgorzkniała i niedoceniana Bona nie dostrzega mrocznych sideł, jakie zastawia na nią dworzanin.

Renata Czarnecka ukazuje Bonę jako kobietę pełną sprzeczności: czułą i wrażliwą, ale jednocześnie nieprzejednaną i bardzo dumną.

- recenzja książki Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie

Do lektury powieści Renaty Czarneckiej Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie zaprasza Wydawnictwo Książnica. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowy fragment książki Pęknięte królestwo. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

ROZDZIAŁ 3

Miłość jak opętanie

Mokre płatki śniegu osiadły na rzęsach, przylepiły się do policzków i prawie natychmiast stopiły, spływając po ciepłej skórze Bony. Królowa nie odczuwała chłodu chmurnego styczniowego dnia. Myśl o rychłym spotkaniu z synem rozgrzewała ciało i powodowała, że serce rozsadzało pierś. Nie zdała się na przypadek losu i postanowiła wyjechać Augustowi naprzeciw. Słonecznego poranka, gdy szron posrebrzył drzewa, wsiadła do karocy i wtuliła szyję w futrzany kołnierz płaszcza. Lukrecja i Maria w milczeniu usiadły naprzeciw królowej. Baioni zbliżył się na cętkowanym koniu, a wtedy Bona dała rozkaz do odjazdu. Karoca ruszyła, królowa siedziała milcząca i zasępiona, naraz zerknęła w okna komnaty córek. Dostrzegła królewny. Patrzyły na dziedziniec. W przeddzień wyjazdu powiedziała im, że jedzie na spotkanie z Augustem. O nic nie pytały, ale z lękiem popatrywały na matkę. Potem, gdy opuściła zamek, spoglądała z niechęcią na roztaczające się wokół krajobrazy. Zbrzydła jej ta Warszawa, te szare uliczki, którymi w deszczową porę płynęły brudne wody, te bezkresne równiny, te nieurodzajne ziemie, te pola pokryte śniegiem, te zmurszałe kapliczki u rozstaju dróg, te poczerniałe kościoły, których dzwony biją jakby na śmierć, a przecież ona chce żyć, pełną piersią czerpać radość i działać. W jej głowie ciągle roiły się nadzieje na dobre życie u boku syna. Można jeszcze królestwo uczynić wielkim. Marco della Torre powrócił z Paryża z dobrymi wieściami. Małgorzata Walezjuszka nie jest zamężna, co więcej, nie została nikomu przyrzeczona, król Henryk na sugestię jednego ze swych urzędników, który szepnął mu do ucha o owdowiałym Jagiellonie, nie wyraził sprzeciwu, co znaczy, że droga do tego związku stoi otworem.

Lubię wszystkie oblicza Bony, bo była kobietą, królową z krwi i kości, kochała i nienawidziła, była łagodna, gdy trzeba była sroga i bezwzględna. Takie były kobiety jej epoki i takie były jej ciotki: Katarzyna Sforza i Lukrecja Borgia. Bona to postać złożona. Nie była niewiniątkiem, ale jej działaniom zawsze przyświecało dobro dynastii.

- wywiad z Renatą Czarnecką

Zaprzęgi sunęły po świeżym śniegu, który spadł nocą. Bona i jej dworzanie nocowali w zamkach i dworach. Trzeciego dnia podróży chmury przybrały barwę mleka, po czym rozproszyły się i nieśmiało wyjrzało słońce. Królowa wzięła to za dobry znak. Pogoda jej sprzyjała, niech i sprzyja Bóg. Jednak nazajutrz o świtaniu niebo raptownie się zmieniło, wicher przygnał śnieżne chmury. Orszak ruszył w dalszą drogę. Bona spoglądała z okna karocy na monotonne białe po horyzont krajobrazy ośnieżonych lasów. Bywała w Puszczy Kozienickiej, tutaj polując, już bez męża i syna. Nagle stado gawronów wzleciało w przestworza i czarnymi skrzydłami zabrudziło niebo. Ich wrzask rozniósł się po okolicy złowróżbną melodią. Bona wpatrywała się w ptaszyska i im zazdrościła. Być jak one, nie pragnąć niczego i donikąd nie dążyć, nie myśleć o dniu jutrzejszym i nie roztrząsać przeszłości. Ich skrzydła zaniosą je do dalekich krain. Są wolne. Naraz myśli królowej się zmąciły, oto od strony lasu dostrzegła pędzącego ku orszakowi jeźdźca. Rozpoznała go. To pan Mirowski. Kazała zatrzymać wozy i czekała, aż szlachcic się zbliży. Po chwili wstrzymał wierzchowca i pochyliwszy przed Boną głowę, oznajmił:

– Najjaśniejsza pani, jego królewska mość jest o godzinę drogi od Kozienic.

– Są przy królu Radziwiłłowie? – spytała z niepokojem.

– Nie, pani. Nie widziałem ich herbów. Król jedzie tylko z panami koronnymi.

Jak dobrze – pomyślała z ulgą. Nie chciała ich widzieć przy królu, dość złego uczynili, by poróżnić ją z synem. Niech siedzą na Litwie, tam jest ich miejsce, pośród puszcz, z dala od Warszawy i jeszcze dalej od Krakowa. Bona rozkazała Baioniemu, by przyprowadził jej klacz, i chwilę później pomknęła naprzeciw synowi, zabierając ze sobą jedynie kilku dworzan. Popędziła ku lasom sosnowym, których głęboki cień zakleszczył ją jeszcze większym chłodem. Niebawem wyjechano ku rozległym polom, na których hulał wicher. W dali, na horyzoncie, bielała od śniegu gęsta ściana drzew. To tam znajdował się orszak króla i posuwał się wolno po trakcie. Bona ubodła konia nogami, zwierzę wyrwało się przed siebie i popędziło galopem, wzbudzając niepokój Baioniego o królową. Ale zawziętość, jaką w sobie miała, pchała ją do przodu i powodowała, że panowała nad klaczą. Z czasem koń zwolnił i królowa wytężyła wzrok w poszukiwaniu syna. Minęło kilka chwil, nim dojrzała jego przygarbioną sylwetkę. Zygmunt August dopiero po chwili dostrzegł matkę i patrzył na nią zaskoczony, wszak umyślnie omijał Warszawę, by jej nie spotkać. Królowa wstrzymała klacz i odwróciła się. Baioni, Pappacoda i pan Mirowski deptali jej po piętach. Skinęła na Landolfia Baioniego, by pomógł jej zsiąść z konia.

– Dalej pójdę sama – postanowiła.

Baioni pochwycił uzdę jej konia. Widział, jak Bona odwróciła się i skierowała ku królowi. Po chwili także Zygmunt August zostawił swego wierzchowca i wyszedł ku matce. Każdy krok przybliżał ich do siebie i Bona coraz wyraźniej widziała oblicze syna. Próbowała wyczytać z jego twarzy uczucia, jakie do niej chowa. Pragnęła odnaleźć w nich choć okruchy miłości, a napotkała lodowaty chłód. Spotkali się pod rozłożystą koroną dębu. Zdało się, że owo wielkie kilkusetletnie drzewo miało być jedynym świadkiem ich spotkania i słów, jakie między nimi padną. Król odrzucił poły krótkiej peleryny podbitej futrem i skłonił przed matką głowę. Bona nie spuszczała go z oczu. Pomyślała, że przybyło mu lat, jego sylwetka, dawniej wyprostowana i gibka, jakby się pochyliła pod ciężarem złych przeżyć. Poczuła nad nim litość i współczucie. Pragnęła odjąć mu cierpienia i wziąć je na swe barki. Jej serce wyrywało się ku niemu, chciała pochwycić go w ramiona, lecz zdobyła się jedynie na głęboki ukłon, w którym tkwiła, w jego przekonaniu, zbyt długo. Ów korny pokłon zdał się Zygmuntowi Augustowi manifestacją jej uczuć, z których hardość oblekła się w płaszcz pozornej pokory. Chcąc uniknąć spektaklu na oczach dworu, przemógł się i zbliżywszy się do matki, podniósł ją z ukłonu. Zdało mu się, że czekała na ten gest. Bliskość miała wskrzesić to, co między nimi umarło. Królowa uniosła oczy na syna. Jakże zapragnęła mu wyznać, że niczego bardziej nie pragnie, niż doczekać starości u jego boku. W złotej kołysce ujrzeć wnuka. Tymczasem nie chłód styczniowy i nie wicher przenikliwy ją zmroził, lecz chłód bijący od króla. Cofnął się, a jego szorstkość ją dotknęła.

– Twoje siostry czekają na ciebie w Warszawie – powiedziała łagodnie, nie odrywając od niego oczu.

– Warszawa mi nie po drodze, matko – odparł.

– Zatem wezwij królewny na Wawel, by mogły żyć przy tobie do czasu zamążpójścia.

Podchodziła go z każdej strony. Między wierszami pulsowały jej żale. Wypominała mu zaniedbania, przypominała o obowiązkach względem sióstr. Król poczuł dotyk matczynej ręki na policzku. Na moment obudziły się w nim dobre wspomnienia.

– Ja także pragnę być przy tobie, synu. Nie wzbraniaj starej matce i nie każ czekać na śmierć tak daleko od ciebie. Tylko ciebie kochałam… i dla ciebie żyłam.

– Tu jest wasze miejsce, matko. Walczyliście o Mazowsze, choć szlachta mazowiecka była wam przeciwna – odparł i szorstko odjął jej dłoń ze swego policzka. – Czemuż teraz Warszawa tak wam obrzydła? Ale powiem wam! Gdziekolwiek się pojawiacie, gdziekolwiek wasze rządy, tam siejecie nienawiść.

Dostrzegł, jak gruba linia wyżłobiła głęboką bruzdę między jej brwiami.

– Losem sióstr zajmę się na sejmie w Piotrkowie – dodał, ujrzawszy, jak z zaczerwienionych oczu matki ciekną łzy i spływają po policzkach. – Podobno chorujecie na oczy – rzekł, tonując głos.

Potaknęła zaskoczona, że o tym wie. Próbowała dociec, któż mu o tym doniósł, lecz król szybko zmącił jej myśli, mówiąc:

– Przyślę wam medyka.

– Nie potrzebuję medyka – odparła zdecydowanie. – Zamierzam wyjechać do Italii. Tam wyzdrowieję.

Milczał i przypatrywał się matce z uwagą. Valentino doniósł o tym królowi, licząc na jego łaskę. Gdy Bona umrze, trzeba będzie wracać do Italii, tymczasem przed Zygmuntem Augustem jeszcze długie życie. W poufnym liście do króla medyk wspomniał, że myśl o wyjeździe podsunął królowej Pappacoda.

– Po co chcecie tam jechać? Macie tu wszystko! Miasta i ziemie, wasze młyny i mosty, wasze pastwiska i lasy… i tu będzie wasza śmierć – wyliczał w pośpiechu.

– Nie mam miłości – rzekła, dotknięta jego ostatnimi słowami.

– Bo sobie na nią nie zasłużyliście! – skwitował.

– Złotem i urzędami kupiłeś tych, którzy przy mnie byli! – wybuchła.

– Sprzedajni byli – rzucił. – Żegnajcie, matko!

Skinął jej głową, odwrócił się i odszedł. Spoglądała na jego szerokie plecy, kołyszące się w takt kroków. Patrzyła w nadziei, że wróci do niej. Dosiadał wierzchowca, gdy za Boną rozległo się donośne rżenie koni. Odwróciła się i ujrzała pędzącego w jej stronę Pappacodę. Jego koń w galopie wzniecał tumany śniegu. Przyglądała się dworzaninowi, który nie czekając ani na jej rozkaz, ani na jej powrót, wyrwał się ku niej, prowadząc ze sobą jej siwą klacz. Po chwili zwolnił, posłał dociekliwie spojrzenie królowi i zsiadł z konia, pochylił głowę przed Zygmuntem Augustem, po czym zbliżył się niespiesznie do królowej, jakby niepewny, czy rada jest z jego obecności, i ujrzał jej załzawione oczy.

–  Miłościwa pani, zawróćcie, na Boga, skryjcie się w karocy. Musicie się oszczędzać…

Otarła łzy, które z oczu wycisnął jej żal.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Pęknięte królestwo. Powieść Renaty Czarneckiej kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie
Renata Czarnecka1
Okładka książki - Pęknięte królestwo. Ostatni Jagiellonowie

Po śmierci Barbary Radziwiłłówny Bona Sforza ma nadzieję, że wkrótce powróci na Wawel, odzyska wpływ na Zygmunta Augusta i skojarzy...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Wizna
Jacek Komuda
Wizna
Selfie z Toskanią
Monika B. Janowska;
Selfie z Toskanią
Dom sekretów
Natalia Bieniek
Dom sekretów
Magiczne skrzypce
Izabella Klebańska
Magiczne skrzypce
Zapach makadamii
Anna Wojtkowska-Witala
Zapach makadamii
Bezsenna
Lou Morgan
Bezsenna
Trzecia strona medalu
Dariusz Grochal
Trzecia strona medalu
Czwarta władza szóstej B
Adam Studziński;
Czwarta władza szóstej B
Drogi Edwardzie
Ann Napolitano
Drogi Edwardzie
Pokaż wszystkie recenzje