Hanka w warsztacie samochodowym – miejscu, gdzie rządzi testosteron – czuje się jak ryba w wodzie. W podwarszawskim Karczewie pod okiem ojca mechanika uczy się fachu, potem przejmuje po nim salon samochodowy, rozbudowuje firmę, a wreszcie zdobywa poważne fundusze na dalsze inwestycje. Kiedy jednak nabiera przekonania, że kobieta, jeśli tylko zechce, może wszystko, sielanka dobiega końca.
Księgowa Hanki zostaje zamordowana, a ona nieoczekiwanie staje się główną podejrzaną. Nie ma alibi, a dowody przesądzają o jej winie.
Od tej pory wpada w wir wydarzeń, które stawiają jej dotychczasowe życie na głowie: więzienie, pościgi i tajemnice, przenikający do polityki świat szemranych interesów i dużych pieniędzy, czy relacje rodzinne – tak złożone, jak tylko potrafią być w prawdziwym życiu.
Hanka, dziewczyna Bonda, pożal się Boże, z Mazowsza, musi znaleźć odwagę i siłę, by wziąć sprawy w swoje ręce i dociec, gdzie kryje się prawdziwy morderca. Zwłaszcza że nie walczy tylko o siebie, ale i o przyszłość swoich bliskich.

Do przeczytania powieści Agnieszki Kępkowicz Stąd do jutra zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Stąd do jutra:
Postaci i zdarzenia opisane w tej książce są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób lub sytuacji jest przypadkowe.
„Nieważni” ludzie – mogą wejść do Twego życia ze swoją historią i dać Ci przyszłość lub odebrać jutro
30 WRZEŚNIA 2023 ROKU, SOBOTA, NOC
Godzinę temu ryczał tu helikopter, teraz księżyc bujał się nad lądowiskiem, jak gdyby nigdy nic, mokra trawa lśniła zwiędłym srebrem, Wisła sunęła za ciemnym pasmem drzew, a wokół panował spokojny chłód. I dobrze, przynajmniej studził strach. Za to kiecka po przymusowej kąpieli w rzece oblepiła mnie jedwabiem jak całun. Très précis, jak by powiedziała moja paryska siostra Lilka.
Szczęknęła odbezpieczona broń.
Koniec, przegrałam. Dziewczyna Bonda, pożal się Boże, z Mazowsza. Zaraz skończy się to, co sto lat temu wybuchło mi w twarz.
Tamto morderstwo.
30 KWIETNIA 2008 ROKU, ŚRODA, NOC
Wyjechali z Wiślanej. Było ciemno choć oko wykol.
– No nie miała kiedy zadzwonić! – jęknął sierżant Malicki, chyba setny raz od wyjazdu z komisariatu.
Podkomisarz Zbigniew Berkan mocniej zacisnął ręce na kierownicy. Jako szef mógłby teraz siedzieć u szwagra na imieninach, a nie tłuc się z Malickim do Karczewa na jakieś pijackie wezwanie. Niestety, rozpuścił załogę na majowy weekend i teraz jest, jak jest.
– …dziś gra Chelsea, mecz jak złoto, a jak nie będzie powtórki?! Do tego wideo szlag trafił! Jesssu, miałem z kumplami do Londynu na derby jechać, ale matka kasy nie dała. Mówi, że do salonu fryzjerskiego nowe wertykale kupuje. I sami, kuźwa, pojechali!
Berkan zaczął rozglądać się za zjazdem w Karczewską. Znał okolicę, ale ostatnio przybyło tu sporo nowych domów.
– …wczoraj wrócili i mówili, jak było. No, szefie, miód! W pubach pełna mobilizacja. Casualsy śpiewały w drodze na stadion. Na meczu bajer: doping, oprawy, race… atmosfera, że, kuźwa, zobaczyć to wszystko… Kibole tamtych to jakieś pikniki, po meczu po knajpach chlali. Trochę poszurali i rozjechali się do domów, a nasi…
Policjanci wreszcie dojechali na miejsce. Zgłoszenie przyszło o 23.34. Podkomisarz Berkan i sierżant Malicki pojawili się w Karczewie, powiat otwocki, województwo mazowieckie, o 23.48. Zawiadomienie złożyła Karasik
Zofia, córka Władysława, zamieszkała w Karczewie, Karczewska 124h. Zgłaszająca bezładnie wykrzykiwała, że coś się stało tu obok, pies strasznie wyje, wcześniej były krzyki, a stary śpi, wiechę stawiał, napity okropnie, że Jezu!
Gdy policjanci wysiedli z radiowozu, zaatakował ich nie tylko psi jazgot, ale i niespodziewany chłód. Kwiecień przyzwyczaił ich już do przyjemnie ciepłych dni.
– Wyłącz tego koguta – nakazał Berkan Malickiemu, bo niebieska karuzela na dachu Poloneza sprawiła, że w okolicznych domach pozapalały się światła, a zza firanek zaczęli wyglądać zaintrygowani ludzie. Malicki zamiast tego włączył radio.
– Chelsea prze do zwycięstwa, już dwa do jednego… dobiegło wśród radiowych charkotów.
– Wyłącz to. Wychodzimy.
– Rany, pan poczeka! – Sierżant nachylił się do starego Ericssona.
Berkan zaczął wyciągać podwładnego z samochodu. Niestety, z głośnika popłynęło skrzekliwie: „Drogba podaje! Jest! Nie, faul. Albeloa. Teraz…” i Malicki stawił opór.
– Teraz to się trzeba rozejrzeć! – Berkan zatrzasnął drzwiczki auta, definitywnie odcinając sierżanta od meczu.
Ruszyli chodnikiem do furtki Karasików. Berkan wysoki i chudy, Malicki wielki i gruby.
– Ile pan stawia, że będzie?
Podkomisarz odruchowo odnotował stojące na poboczu samochody. Felicia, Brava, dwa Passaty kombi, Escort i Syrena 105, że też to jeszcze jeździ… Na końcu uliczki zamigotała latarnia, ale zaraz zgasła.
– No ile?
– Trzy do dwóch.
– Dla kogo?
Berkan wzruszył ramionami i spojrzał na zardzewiałą tabliczkę z napisem: UWAGA, ZŁY PIES. Furtka, o dziwo, ustąpiła dość łatwo.
– Nie wiem.
– Pan mówi.
– Widzisz gdzieś tego psa?
Zwierzak musiał być w kojcu, bo nic ich nie napadło. Za to na ścieżce zastopowała ich przedpotopowa pralka, będąca, jak się okazało, jedynie wstępem do dalszego składu gratów.
– Ale obskura. Nie można by pochować tego wszystkiego? Albo gdzie wywieźć? – Malicki rozejrzał się z niesmakiem.
Berkan nie odpowiedział – naoglądał się tego wokół Warszawy. Bogatsi zamykali się w ogrodach za ładnymi parkanami, a tutejsi żyli po staremu.
Psie wycie osiągnęło apogeum.
Zanim Berkan nacisnął guzik dzwonka, drzwi się otworzyły i na progu stanęła zażywna kobieta w szlafroku. Wzięła potężny wdech i ryknęła w ciemność:
– Do budy!!!
Psi jazgot umilkł, jak nożem uciął. Gospodyni zamknęła za sobą drzwi, żeby odgrodzić się z kolei od donośnego chrapania dochodzącego z wnętrza domu.
– To pani dzwoniła?
– A ja, panie Zbyszku. Straszne tam w nocy krzyki były, ale się starego dobudzić nie mogłam. Przyjechał po południu na rowerze, zjadł schabowe i znów gdzieś przepadł, ale na piechotę, a potem znów wrócił jeszcze bardziej pod gazem, no mówię panu, coraz gorszy.
– Czy państwo są właścicielami tamtej posesji?
– A tak… Mąż to kiedyś kupił od starego Gnatka, pan wie, świeć Panie…
– Widziała pani kogoś podejrzanego?
– Nie, żywego ducha. Tylko Aza zaczęła się wściekać i rzucać na siatkę, ale myślałam, że to któryś z tych jego moczymordów na ogrodzeniu za wódką się wiesza, pan wie, ale nie. – Tu pchnęła drzwi wejściowe i spojrzała z zaciętą twarzą na drzwi do stołowego. Między chrapnięciami dało się słyszeć:
– …podaje do Babla, drybluje… teraz dośrodkowanie… Chelsea…
– Nie sprawdzała pani?
– …Babel przyspiesza… wypada na niego Ballack i Drogba…
– W życiu! Się człowiek tych 997 naoglądał, że za nic po ciemku nie wyjdę. Tu kiedyś, o, tam na rogu, dwóch siekierami się porąbało.
– …jest! Proszę państwa, jest!!! Świetna akcja… Babel! BABEL!!!
Malicki przepchnął się do stołowego, ale Berkan złapał go za ramię.
– Pani Zofio, pójdziemy zobaczyć, co się tam dzieje. Proszę na razie się nie kłaść, może wrócimy.
– To ja się biorę za pranie. Syn z synową wyjechali, pan wie, kupa pościeli została, dzieciaki tak brudzą, że nastarczyć nie można…
Trzasnęły drzwi, odcinając policjantów od telewizji i kibiców Chelsea. Wyszli w noc. Przebrnęli przez podwórze Karasików i podeszli do dziury w ogrodzeniu, która – jak ich pouczyła pani Zofia – była najkrótszą drogą wiodącą na sąsiednią posesję, bo klucz do kłódki stary dawno gdzieś posiał.
Było ciemno. Nic dziwnego – połowa okolicznych latarni została wytłuczona. Mieli latarki, a jakże. Berkan włączył swoją i omiótł otoczenie jasną smugą. Jeśli nawet leżały tu jakieś graty, dawno utonęły w zdziczałych malinach i ogromnych suchych wrotyczach. Ruszyli w stronę zabudowań. Badyle waliły ich po twarzach i rękach, a maliny drapały i czepiały się spodni. W końcu wyszli na popękany beton dziedzińca. O tym, że był to kiedyś warsztat samochodowy, przypominał wiszący na jednym z budynków zardzewiały szyld z napisem: AUTO-DE-LUX. Skierowali latarki na uchylone drzwi warsztatu. Z wyłamanej sztaby zwisała nowa kłódka.
*
Berkan stał na środku brudnej hali i gapił się w loch kanału do napraw. Cuchnęło stamtąd smarem i mdłym zapachem krwi. Podszedł bliżej, przykucnął i przesunął światłem po betonowych schodkach, a potem po dnie kanału. Kobieta. Na plecach ofiary leżał młotek i ładna niebieska torebka. Przeniósł snop światła na głowę kobiety, ale nie zobaczył jej twarzy. Zasłaniały ją sklejone krwią kosmyki, zwisające z potarganego koka. Kto to mógł być?
Podkomisarz wyprostował się i rozejrzał za podwładnym. Niestety, Malicki wciąż jeszcze rzygał za drzwiami warsztatu. Z czasem się przyzwyczai. Berkan zszedł niżej i przyjrzał się kobiecie. Spódnica i żakiet wydały mu się ładne i drogie, buty i torebka też. Wszystko chyba nowe. Widywał takie kobiety na przyjęciach u otwockich krezusów, kiedy sąsiedzi wzywali policję na interwencję. Wiadomo, jak naród popije, to rozrabia. Choćby i elita.
– Szef ją zna? – Malicki stanął u góry kanału.
– Raczej nie. Zresztą nie widać twarzy. Może nie jest stąd.
– Półkurew jakaś?
– Słucham?
– No, cichodajka.
– Nie wiem.
– Dawno temu ją tak urządzili?
– Nie wiem.
– Czego w tym syfie szukała? Dobre pytanie.
Z kanału dobiegł jęk.
– Jessu, ona żyje?! – Malicki z wrażenia omal nie zleciał w dół.
Berkan złapał kobietę za nadgarstek. Skóra była ciepła, ale bez tętna. Przyłożył palce do szyi. Wyczuł słaby puls.
– Dzwoń po pogotowie! – wydarł się w sufit.
– Napadnięta kobieta… oznaki życia! – Malicki już krzyczał w komórkę. – Jaki tu adres?
– Karczew, Karczewska 124h! – odkrzyknął Berkan, odwracając kobietę na wznak. Na chwilę zastygł, ujrzawszy jej twarz, ale zaraz zaczął sztuczne oddychanie. Dłoń zaplątała mu się w polepiony krwią łańcuszek. Zerwał go i wsunął do kieszeni.
Przybyły dziesięć minut później lekarz z pogotowia stwierdził zgon i wezwał zakład medycyny sądowej. Malicki znów rzygał, zanieczyszczając miejsce zdarzenia, a Berkan dzwonił do dyżurnej:
– Aśka? Wzywaj powiatową i dochodzeniówkę. Podał miejsce ujawnienia zwłok. – Znaleźliśmy kobietę z obrażeniami głowy, brak funkcji życiowych… Tak, prokuratora też. Sama się tak nie urządziła.
Wyszedł na wiosenny chłód. Wytarł palce w spodnie. Przeciągnął ręką po włosach. Wyjął łańcuszek i jeszcze raz przyjrzał się zawieszce. Zaraz potem wcisnął naszyjnik z powrotem do kieszeni. Wiedział, do kogo należy. Rozpoznał tę kobietę, ale nie był w stanie powiedzieć o tym nikomu. Nie teraz. Tym bardziej że wiedział, po co i do kogo tu przyszła.
Jego żona.
Książkę Stąd do jutra kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
