Nie łam serc, bo zostaniesz seryjnym nieboszczykiem! "Podejrzany jak diabli" Jacka Getnera

Data: 2021-02-16 11:34:33 Autor: Piotr Piekarski

Nie łam serc, bo zostaniesz seryjnym nieboszczykiem! Basia Kotula, dyrektor w międzynarodowej korporacji, wraz ze swoim ukochanym, podkomisarzem Rafałem Martusiem, przybywa do pensjonatu na Suwalszczyźnie. Podejrzewa, że umrze tam z nudów, bo policjant ma zamiar głównie łowić ryby. Zamiast niej umiera jednak inny gość pensjonatu…

Na miejscu pojawia się piękna pani prokurator Agata Całus w przeszłości związana z podkomisarzem. Wszczyna śledztwo, do którego wciąga swojego byłego partnera. Prowokuje to Basię Kotulę do działania. Rozpoczyna się rywalizacja obu pań o to, która pierwsza schwyta mordercę. A także o to, która na dobre zdobędzie serce podkomisarza… Czy efekt przyniosą tradycyjne działania w wykonaniu pani prokurator, czy raczej te niekonwencjonalne, prowadzone przez Basię Kotulę?

Obrazek w treści

Nie ma wątpliwości: każdy z mieszkańców pensjonatu ma coś na sumieniu i coś ukrywa. I wciąż nie wiadomo, ile razy można zabić jednego denata…

Niebezpieczny trójkąt, czyli ile razy można zabić jednego denata… Tak zapowiada się najnowsza powieść Jacka Getnera Podejrzany jak diabli, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Lira. Tymczasem już teraz na łamach naszego seriwsu możecie przeczytać premierowy fragment powieści:

Rozdział 1
Pierwszy trup

„Chyba tutaj umrę z nudów — pomyślała Basia Kotula, patrząc na pensjonat Lodowiec, położony na samym skraju Grywit, typowo turystycznej miejscowości na Suwalszczyźnie, leżącej nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie. — Rafał przynajmniej będzie miał co robić, kiedy zacznie rozwiązywać zagadkę, dlaczego umarłam na naszym pierwszym wspólnym wyjeździe na wakacje. Ale pewnie nie przyjdzie mu do głowy, że to właśnie z nudów. Pomyśli, że mnie ktoś otruł albo udusił. Zawsze szuka czysto kryminalnych rozwiązań, zamiast skupić się na uczuciach”.

— No i jak ci się tutaj podoba? — zapytał podkomisarz Rafał Martuś, patrząc z nadzieją w oczy Kotuli.

— Całkiem fajnie — odpowiedziała Basia, unikając wzroku swojego mężczyzny.

— Mówiłem, że tak będzie — powiedział ucieszony Rafał.

„A co miałam powiedzieć? — pomyślała Kotula. — Że jest tak, jak myślałam, i na pewno się zanudzę na śmierć? Bo ty się uparłeś jak osioł, że nie pojedziemy do fajnego hotelu ze spa, bo ciebie na niego nie stać i nie przyjmujesz do wiadomości, że ja bym miała za wszystko zapłacić? Bo mogę sobie zarabiać gruby szmal jako dyrektorka dużej korporacji, ale wydatki będziemy obliczać tak, żeby wyżyć z twojej policyjnej pensji? I tak dobrze, że zgodziłeś się tu przyjechać moim samochodem, a nie tym twoim rozpadającym się rzęchem”.

— Czemu nie wychodzisz? — zapytał Martuś, który stał już na zewnątrz.

— Przecież leje. Nie mam takiej super wędkarskiej kurtki jak ty, a parasolki schowaliśmy w bagażniku. Martuś ruszył na tył samochodu, ale w tym momencie z pensjonatu wyłoniła się sylwetka właściciela, pana Antoniego Statkiewicza. Miał on w rękach ogromny parasol, na nogach kalosze i pędził co sił w stronę auta Kotuli. Otworzył drzwi od strony Basi i z promiennym uśmiechem powiedział:

— Proszę wysiadać, pani dyrektor, z moim parasolem nawet kropla na panią nie spadnie.

— Ale… skąd pan wie, kim jestem? — zdumiała się Kotula.

— Pan podkomisarz uprzedzał, że przyjedzie do nas z ważną panią dyrektor z firmy Subfood. — Statkiewicz zupełnie nie zwracał uwagi na rozpaczliwe machanie rękoma Martusia. — Mówił, że pani dyrektor może się u nas trochę nie podobać, ale go uspokajałem, że na pewno będzie pani zachwycona. Przygotowaliśmy dla państwa czwórkę, nasz najlepszy pokój, w zasadzie apartament. Ma taras z widokiem na jezioro. Pięknym widokiem. Bo nasz pensjonat stoi na wysokiej skarpie, tu się dziesięć tysięcy lat temu zatrzymał lodowiec. Dlatego tak się nazywamy. No to jak się lodowiec u nas zatrzymał, to i pani dyrektor będzie u nas dobrze, prawda panie podkomisarzu? Pani wie, że pan podkomisarz u nas wiele razy bywał, ale na polu namiotowym nad jeziorem? No ale dla pani dyrektor postanowił się szarpnąć, to zrozumiałe. — Właściciel pensjonatu trajkotał jak najęty, podczas gdy policjant ukrył swoją twarz pod ogromnym kapturem naciągniętym mocno na głowę, tak że wystawał spod niego tylko czubek nosa.

Basię Kotulę monolog Statkiewicza trochę rozbawił i nawet ucieszył, lecz zupełnie nie pozbawił jej obaw, że umrze w tym miejscu z nudów. Bo przecież nie chodzi o to, że nie jest tu pięknie. Nie miała wątpliwości, że Suwalszczyzna jest przeurocza. Te wspaniałe lasy,
jeziora, pofałdowany teren. Tyle tylko, że to wszystko cieszyłoby ją, gdyby mogła to z kimś dzielić. Martuś zapewnił ją, że będzie mogła wypoczywać, jak chce, bo on i tak większość dnia planował spędzać na łowieniu ryb. Żeby tylko dnia. Miał zamiar często chodzić na ryby również w nocy. A odsypiać to potem w dzień, w największy upał, gdy ryby i tak nie żerują.

Gdyby chociaż była w dobrym hotelu ze spa, to przesiedziałaby większość czasu w basenie, na zabiegach pielęgnacyjnych i robiłaby wszystkie inne rzeczy, które oferują cztery gwiazdki. Jednak gdy zwróciła uwagę podkomisarzowi, że w związku z jego planami mogą
nie spędzić zbyt wiele czasu razem, ten odpowiedział:

— No to jeśli chcesz, możesz czasem ze mną wyskoczyć na ryby. — W jego głosie nie było przesadnego entuzjazmu. — Najlepiej w nocy.

— Dlaczego w nocy?

— Bo w nocy się niewiele dzieje. Możemy posiedzieć na pomoście, popatrzeć w gwiazdy…

„…aż zadzwoni ten twój dzwoneczek na końcu wędki, a ty, choćbyś mnie całował, poderwiesz się na równe nogi, żeby złapać kolejną rybę — dokończyła w myślach Basia. — Zapomnij. Skoro już nie chcesz spać obok mnie, to chociaż ja się porządnie wyśpię”.

Wielki parasol Statkiewicza rzeczywiście ochronił Basię przed deszczem. Po chwili znaleźli się przy recepcji pensjonatu, choć słowo to, wypisane wielkimi metalowymi literami, było nieco na wyrost. Miejsce to stanowiło tylko niewielką wnękę w ścianie, którą odgradzało od reszty korytarza małe biureczko.

Za plecami recepcjonisty znajdowały się drzwi, które na szczęście otwierały się do wnętrza pomieszczenia znajdującego się za nimi, bo inaczej pracownik bez przerwy dostawałby nimi po plecach. W tej chwili zresztą owe drzwi właśnie się otworzyły i wyjrzała zza nich kobieta. Niemłoda, kiedyś pewnie bardzo atrakcyjna, a teraz już jakby zmęczona życiem, przyszarzała. Choć jeszcze pewne resztki urody się w niej wyraźnie tliły i z pewnością niejeden mógłby zapałać do niej uczuciem, zaś jej mąż mógł się poczuć zazdrosny. O ile Statkiewicz zrobił na Kotuli od razu wrażenie przesympatycznego, ale dość safandułowatego pierdoły, o tyle kobiety, która wyszła z pokoiku, Basia od razu nie polubiła. Tamta przywitała się z Kotulą chłodnym skinieniem głowy i zwróciła się do Statkiewicza:

— Ten spod szóstki chciał z tobą rozmawiać.

— Nie wiesz, czego chce, Sabinko? — burknął niezadowolony właściciel Lodowca. — Skaranie boskie z nim.

— Nie mam pojęcia. — Wzruszyła ramionami. — Ale jakoś bardzo mu się spieszyło.

— Pójdę do niego, kochanie, jak tylko rozlokuję pana podkomisarza z panią dyrektor.

Kobieta kiwnęła głową z obojętną miną, ale nagle jej twarz się rozpromieniła. Wzrok utkwiony miała gdzieś za plecami Kotuli, więc ta odruchowo odwróciła się i zobaczyła tam Martusia z bagażami. Kurtka podkomisarza wprost spływała wodą, a jego oblicze wciąż było schowane pod kapturem.

— Dzień dobry, panie Rafale! — krzyknęła rozpromieniona Sabinka. Basia stwierdziła, że gdyby nie obecność jej i Statkiewicza, który był chyba mężem tamtej, nieznajoma rzuciłaby się natychmiast na szyję jej mężczyzny.

— Dzień dobry, pani Statkiewiczowa — powiedział dość oschle Martuś, co nie uszło uwagi Kotuli. Zanotowała też, że Rafał błyskawicznie zmienił temat i zwrócił się do właściciela pensjonatu: — Ma pan jakieś problemy z gościem spod szóstki?

— Tak jakby. Zamówił pokój miesiąc temu. Miał przyjechać wczoraj. Ale przedwczoraj zadzwonił, że będzie jutro, czyli w poniedziałek, więc jak w sobotę trafili się turyści, co chcieli jedną noc skorzystać, to ich wziąłem. A on przyjechał jak gdyby nigdy nic dzisiaj i mówi, że zaliczkę zapłacił i chce swój pokój. Błyskiem ci poprzedni musieli się wyprowadzić, a Sabinka musiała posprzątać…

Wrzask, jaki nagle przetoczył się przez korytarz, dowodził, że lokator spod szóstki nie jest największym problemem właściciela Lodowca. Trójka malców, która była źródłem niepokojących dźwięków, zaczęła ścigać się pomiędzy Basią, Rafałem a panem Statkiewiczem z taką prędkością, że Kotula nie była w stanie się nawet zorientować, jakiej dokładnie są płci i w jakim wieku.

Dopiero po chwili usłyszała głos ich matki dobiegający z pokoju numer jeden:

— Antek, Stasiek, Zuzia, wracajcie do pokoju! Boże, kiedy ten deszcz wreszcie przestanie padać i będzie można wyjść na dwór, bo już dłużej nie wytrzymam! No, wracajcie do pokoju. Leszek, powiedz im coś, proszę!

Na dźwięk imienia ojca cała trójka, zamiast spokornieć i pomaszerować do pokoju, jakby dostała dodatkowej energii. Wprawdzie po chwili w progu pojawił się pan Leszek, ale poprawił tylko bezradnie okulary na nosie i zamierzał coś powiedzieć, lecz nie dał rady wydobyć z siebie głosu.

Zirytowana jego zachowaniem żona wciągnęła go z powrotem do pokoju, po czym sama wyszła na korytarz i powiedziała:

— Jak nie wrócicie za piętnaście sekund, będzie tydzień szlabanu na gry!

Ta groźba odniosła pewien skutek, bo maluchy w końcu przystanęły. Dopiero wtedy Basia zauważyła, że dwójka chłopców (na oko jedenasto-, dwunastoletnich) ma włosy czarne jak smoła, podobnie jak rodzice, zaś mniej więcej ośmioletnia dziewczynka jest ruda.

— Ale tydzień to znaczy siedem dni? — zapytał jeden z chłopców.

— I wszyscy będziemy mieć szlaban? — dopytywał się drugi.

— Tak. Czekam dziesięć sekund.

— To niesprawiedliwe, to oni zaczęli mnie gonić — poskarżyła się ruda dziewczynka.

— Pięć sekund. I tydzień szlabanu.

Cała trójka błyskawicznie wróciła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

— To Mrówczyńscy — westchnął właściciel Lodowca. — Wszędzie wetkną te swoje małe noski. 

Książkę Podejrzany jak diabli kupić można poniżej: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Podejrzany jak diabli
Jacek Getner 0
Okładka książki - Podejrzany jak diabli

Niebezpieczny trójkąt, czyli ile razy można zabić jednego denata… On jeden, one dwie i potrójny trup! Nie łam serc, bo zostaniesz...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Autor