Niespieszna, refleksyjna proza. „Las z wełny i stali" Natsu Miyashity

Data: 2020-10-12 16:55:51 Autor: Piotr Piekarski

Tomura, nastolatek z małego miasta na dalekiej północy Japonii, pewnego dnia zostaje przypadkowym świadkiem strojenia szkolnego fortepianu. Dźwięk instrumentu przypomina mu górski las w rodzinnych stronach. Oczarowany tym brzmieniem chłopak postanawia zostać stroicielem. Obserwujemy jego pierwsze kroki w tym tajemniczym i wymagającym zawodzie, równocześnie podziwiając piękną i dramatyczną scenerię Hokkaido. Wraz z młodym stroicielem zagłębiamy się w świat muzyki i przyrody, które są ze sobą nierozerwalnie związane.

Obrazek w treści

Proza Miyashity – niespieszna, refleksyjna, skupiona na bohaterach – zapewnia chwilę wytchnienia od gonitwy codzienności i stawia ważne pytania. Las z wełny i stali to nastrojowa opowieść o dorastaniu, szukaniu własnej drogi i pokonywaniu słabości, a przede wszystkim – o odnajdywaniu celu. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Kwiaty Orientu. Dziś w naszym serwisie przeczytacie premierowy fragment książki:

Pachniało lasem. Takim jesiennym, niedługo przed zachodem słońca. Wiatr kołysał drzewami, liście szeleściły. Czułem woń lasu, w którym powoli zapada wieczór.

Problem w tym, że w pobliżu żadnego lasu nie było. Wdychałem suchy zapach jesieni, miałem nawet wrażenie, że ogarnia mnie półmrok, a przecież stałem w rogu sali gimnastycznej mojego liceum. Sterczałem sam jak palec w pustym wnętrzu, zwykły uczeń, któremu przydzielono rolę przewodnika.

Przede mną stał wielki czarny fortepian. Tak, fortepian, wielki i czarny, z otwartą klapą. Obok stał mężczyzna. Zerknął na mnie, ja nic nie mówiłem. Kiedy nacisnął kilka klawiszy, z lasu pod wiekiem znów napłynął zapach kołysanych wiatrem drzew. Zrobiło się trochę ciemniej. Miałem siedemnaście lat.

Tamtego dnia zostałem w klasie jako ostatni – tylko dlatego wychowawca poprosił właśnie mnie, żebym pomógł gościowi spoza szkoły. Był koniec drugiego trymestru drugiej klasy, pora egzaminów śródrocznych, więc nie odbywały się zajęcia pozalekcyjne. Wszyscy szli do domów od razu po ostatnich zajęciach. Nie miałem ochoty tak wcześnie wracać do swojego jednoosobowego pokoju w internacie. Pomyślałem, że pójdę do biblioteki i się pouczę.

– Wybacz, Tomura – powiedział nauczyciel. – Zaraz mam zebranie. Ma przyjść o czwartej, zaprowadź go tylko do sali gimnastycznej i tyle.

– Oczywiście.

Wszyscy chyba uważali, że mnie najłatwiej poprosić, więc często to robili. Może czuli, że nie odmówię? A może wyglądałem, jakbym nie miał nic innego do roboty? Wolnego czasu miałem aż za dużo, to prawda. Nie przychodziło mi do głowy, czym powinienem się zająć. Nie było niczego, co chciałbym robić. Wystarczyło jakoś skończyć liceum, potem znaleźć gdzieś pracę i powoli żyć dalej. Tak wtedy myślałem.

Często mnie o coś proszono, ale nigdy o nic ważnego. Ważne rzeczy robił ktoś ważny. O nieistotne zwracano się do kogoś nieistotnego. Pomyślałem, że gość, któremu miałem pomóc, na pewno nie jest nikim szczególnie znaczącym.

Właśnie, wychowawca powiedział tylko, żebym zaprowadził tamtego do sali gimnastycznej. Nie wyjaśnił, o kogo chodzi.

– A kto ma przyjść?

Nauczyciel wychodził już z klasy.

– Stroiciel – rzucił, obracając się przez ramię.

Stroiciel czego? Może chodziło o kogoś od naprawy klimatyzacji? Ale skoro tak, po co prowadzić go akurat do sali gimnastycznej? Zastanawiałem się przez chwilę, ale szybko doszedłem do wniosku, że to bez znaczenia.

Następnego dnia miałem test z historii Japonii, więc spędziłem wolną godzinę, czytając podręcznik. Chwilę przed czwartą poszedłem do wejścia dla pracowników ktoś już tam był. Za przeszklonymi drzwiami stał wyprostowany jakiś mężczyzna w brązowej marynarce, z dużą torbą w ręku.

– Pan od klimatyzacji? – zapytałem, przesuwając drzwi.

– Moje nazwisko Itadori, Sklep Muzyczny Etō.

Sklep muzyczny? Możliwe, że wcale nie miałem wyjść po tego starszego pana. Powinienem był dokładniej dopytać nauczyciela.

– Profesor Kubota uprzedził, że musiał pójść na zebranie. Nie szkodzi, ja potrzebuję tylko fortepianu.

Mój wychowawca miał na nazwisko Kubota.

– Powiedziano mi, żebym zaprowadził pana do sali gimnastycznej… – zacząłem wyjaśniać, kładąc przed nim brązowe klapki dla gości.

– Tak, dzisiaj pora na fortepian w sali gimnastycznej.

Co niby chciał robić z fortepianem? Trochę mnie to zdziwiło, ale nie aż tak, by jakoś szczególnie się zastanawiać.

– Proszę tędy.

Ruszyłem przodem, starszy pan zaczął iść tuż za mną. Jego torba wyglądała na ciężką. Miałem zamiar sobie pójść, jak tylko zaprowadzę go do fortepianu.

Stanął przed instrumentem, położył prostokątną torbę na podłodze i pokłonił mi się. Pewnie na znak, że mogę już iść. Odpowiedziałem ukłonem i odwróciłem się na pięcie. W sali gimnastycznej, która zwykle tętniła hałasem treningów siatkówki czy koszykówki, panowała teraz cisza. Przez wysokie okna wpadały promienie popołudniowego słońca.

Kiedy wychodziłem na korytarz, za moimi plecami rozległ się dźwięk – musiałem zerknąć przez ramię, by sprawdzić, inaczej w życiu bym nie pomyślał, że dochodził właśnie z fortepianu. Nie brzmiał jak instrument, raczej jak odgłos czegoś o prostszym, konkretniejszym kształcie, wypełnionego wspomnieniami rzeczy, których bardzo nam brakuje jak coś nieznanego, ale bardzo dobrego.

Mężczyzna wydobywał z fortepianu kolejne nuty, nie zwracając uwagi na to, że nagle się odwróciłem. Nie grał, lecz wciskał klawisze, jakby sprawdzał dźwięki. Przez chwilę stałem w miejscu, potem podszedłem z powrotem do instrumentu.

Starszy pan nie zareagował. Przesunął się trochę w bok sprzed klawiatury i otworzył klapę – dla mnie wyglądała jak wielkie, czarne skrzydło. Mężczyzna uniósł je, ustawił podpórkę, by nie opadło, i jeszcze raz nacisnął klawisz.

Pachniało lasem. Skrajem lasu niedługo przed zachodem słońca. Miałem ochotę wejść głębiej, ale zrezygnowałem. Po zmroku to niebezpieczne miejsce. Kiedyś często opowiadano mi o dzieciach, które zabłądziły w lesie i już nigdy nie wróciły. Gdy słońce zaczyna zachodzić, nie wolno wchodzić do lasu. Zmierzch zapada o wiele szybciej, niż można przypuszczać za dnia.

Kiedy ocknąłem się z zamyślenia, starszy pan otwierał prostokątną torbę leżącą na podłodze. Były w niej różne przyrządy, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Co on chciał nimi robić z fortepianem? Czułem, że nie wolno mi zapytać. Pytanie wiąże się z odpowiedzialnością. Gdybym uzyskał odpowiedź, musiałbym czymś odpłacić. Pytania kotłowały się we mnie, ale nie nabierały kształtu – pewnie dlatego, że nie miałem czego dać w zamian.

Nie potrafiłem ubrać ich w słowa ani wybrać tego, które najbardziej chciałbym zadać. Wciąż nie wiem. Teraz myślę, że powinienem był jednak zapytać. Powinienem był spróbować wypowiedzieć pytanie, które się we mnie narodziło, nawet jeśli nie miało konkretnego kształtu. Ciągle wspominam tamten moment. Może gdybym wtedy wydał z siebie głos, nie musiałbym bez końca szukać rozwiązania – oczywiście pod warunkiem że odpowiedź mężczyzny by mnie przekonała.

Stałem w milczeniu i patrzyłem, nie pytając o nic, by nie przeszkadzać.

W małej szkole podstawowej, do której chodziłem, co prawda nie było fortepianu. Pianino tak, w gimnazjum też. Wiedziałem, jak brzmią, wiele razy śpiewaliśmy przy ich akompaniamencie.

Mimo to mógłbym przysiąc, że nigdy nie widziałem podobnego instrumentu. Na pewno pierwszy raz stałem przy takim z otwartą klapą i odsłoniętym wnętrzem. Rzecz jasna, nie miałem też wcześniej okazji poczuć, jak stworzony tam dźwięk dotyka mojej skóry.

Pachniało lasem. Jesiennym, wieczornym. Położyłem torbę na podłodze i patrzyłem z boku, jak brzmienie fortepianu stopniowo, pomału się zmienia. Stałem tak chyba ponad dwie godziny, nieświadomy upływu czasu.

Z początku czułem jesienny wieczór – potem przedział czasowy zawężał się coraz mocniej. Owszem, jesień, ale wrześniowa, jesień pierwszej dekady września. Wieczór, ale sam początek, niska wilgotność, około osiemnastej, niebo pogodne. O tej godzinie w mieście jest jeszcze jasno, lecz do położonych w dolinach małych miejscowości nie docierają już ostatnie promienie słońca, zatrzymują je lasy. To pora, gdy tuż obok czuć obecność górskich stworzeń, czekających w ciszy na nadejście zmroku. Spokojny, ciepły, głęboki. Właśnie taki dźwięk wydobywał się z instrumentu.

– Ten fortepian jest stary… – mężczyzna zaczął mówić, pewnie kończył już pracę. – Ma bardzo łagodne brzmienie.

Mogłem tylko przytaknąć. Nie bardzo wiedziałem, jakie brzmienie określało się jako „łagodne”.

– To dobry fortepian. Znów przytaknąłem.

– Zasługa dawnych pastwisk.

– Słucham?

Starszy pan kontynuował, wycierając czarną powierzchnię fortepianu miękką ściereczką.

– Dawniej owce musiały jeść dobrą trawę.

Przypomniałem sobie owce leniwie snujące się po pastwisku w pobliżu mojego domu rodzinnego.

– Wtedy robiło się filc, nie żałując doskonałej wełny owiec wyrośniętych na dobrej trawie. Teraz nie sposób wyprodukować młoteczków takiej jakości.

Nie rozumiałem, o czym mówi.

– One mają jakiś związek z fortepianem?

Mężczyzna spojrzał na mnie. Skinął głową z lekkim uśmiechem.

– Tak, są w środku.

Zupełnie nie umiałem sobie tego wyobrazić.

– Chcesz zobaczyć? Podszedłem bliżej.

– Kiedy naciśniesz klawisz…

Rozległ się dźwięk. Wewnątrz fortepianu jedna część uniosła się i dotknęła struny.

– Widzisz? Młoteczek uderza w strunę. A każdy jest obciągnięty filcem.

Starszy pan uderzył w klawisze jeszcze dwa razy. Nie umiałem powiedzieć, czy brzmienie było „łagodne”, ale z pewnością przywodziło na myśl las w pierwszej dekadzie września, około osiemnastej, kiedy zaczynało się ściemniać.

– Wszystko w porządku? – zapytał mnie.

– Jest o wiele wyraźniejszy niż wcześniej.

– Co jest wyraźniejsze?

– Krajobraz tego brzmienia.

Widok przywołany przez dźwięk fortepianu stawał mi przed oczami ze wszystkimi szczegółami. Teraz gdy mężczyzna skończył pracować przy instrumencie, sceneria rysowała się zdecydowanie jaśniej i klarowniej niż na początku.

– Czy tego fortepianu nie wykonano przypadkiem z sosny?

Skinął lekko głową.

– Ze świerku. A świerki należą do sosnowatych, więc w zasadzie tak.

Nabrałem trochę pewności, więc pytałem dalej:

– Czy ten świerk nie pochodził przypadkiem z gór Daisetsu?

Ja naprawdę miałem ten widok przed oczami. Widziałem tamten las. Dlatego dźwięk mnie poruszył – bo brzmiał jak las w tamtych górach.

– Nie, drewno pochodzi z zagranicy. Podejrzewam, że z Ameryki Północnej.

Niestety, moje przeczucie okazało się błędne. Może wszystkie lasy tak brzmią? Może każdy skraj lasu o zmierzchu ma w sobie taką ciszę, głębię i pewien niepokój?

Starszy pan zamknął podobną do skrzydła klapę i zaczął przecierać ją szmatką.

– Grasz, prawda? – zapytał delikatnym głosem. „Chciałbym odpowiedzieć, że tak” – pomyślałem.

– Nie.

Nigdy nawet nie dotknąłem klawiszy.

– Ale lubisz fortepiany.

Nie wiedziałem, czy lubię. Tego dnia po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, co to za instrument.

Nie potrafiłem odpowiedzieć, ale mężczyzna nie zwracał na to wielkiej uwagi. Skończył czyścić fortepian, schował szmatkę, delikatnie zamknął torbę i zatrzasnął zapięcie.

Następnie odwrócił się w moją stronę, wyjął wizytówki z kieszeni marynarki i podał mi jedną z nich. Pierwszy raz dostałem wizytówkę od dorosłego.

– Jeśli chcesz, przyjdź pooglądać inne fortepiany.

Na kartoniku widniała nazwa sklepu muzycznego, a pod spodem:

Itadori Sōichirō – stroiciel

– Naprawdę mogę?

Zapytałem bez zastanowienia. Dlaczego miałbym nie móc? Przecież powiedział, żebym przyszedł. Dał mi pozwolenie.

– Oczywiście – przytaknął pan Itadori z uśmiechem.

Nie mogłem tego zapomnieć. Odwiedziłem sklep jeden jedyny raz.

Pan Itadori akurat wyjeżdżał do klienta. Szliśmy obok siebie w stronę parkingu za budynkiem, kiedy poprosiłem go bez ogródek:

– Mógłbym zostać pańskim uczniem?

Książkę Las z wełny i stali kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Las z wełny i stali
Natsu Miyashita0
Okładka książki - Las z wełny i stali

Tomura, nastolatek z małego miasta na dalekiej północy Japonii, pewnego dnia zostaje przypadkowym świadkiem strojenia szkolnego fortepianu. Dźwięk...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo