Oparta na faktach opowieść o poznawaniu siebie i przekraczaniu granic – nie tylko tych między państwami. „Następny przystanek" Antoniny Gałeckiej

Data: 2025-11-18 10:46:47 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 11 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Rok 2007. 23-letnia Marysia wyrusza spełnić marzenie – zobaczyć Wielki Kanion w USA. Kilkumiesięczna wyprawa pozwala jej odkryć w sobie nową siłę, jednak nadbagaż trudnych doświadczeń w najmniej odpowiednim momencie daje o sobie znać... Gdy na horyzoncie pojawia się nieprawdopodobna szansa na miłość, Mary stanie przed wyborem: porzucić wszystko, co znane, i ruszyć w egzotyczne zakamarki świata, czy już zawsze zastanawiać się, co by było gdyby?

Rok 2013. Niespełna 30-letnia Emi w ramach korporacyjnego projektu wyrusza do Australii. Ta wyprawa daje początek wieloletniej, szalonej podróży przez kolejne kraje. W pośpiechu między jednym a drugim służbowym lotem, Emi odkłada życie na później, ucieka od nieudanego małżeństwa. Czy potrafi się jeszcze zatrzymać i zmierzyć z życiem twarzą w twarz, nie tylko z lotu ptaka?

Na którym przystanku łączą się dwie opowieści? Czy szczęście na pewno czeka tam, gdzie się go spodziewamy?

„Następny przystanek" Antoniny Gałeckiej

Następny przystanek Antoniny Gałeckiej to przeplatana ciekawostkami z różnych zakątków opowieść o podróży – przez świat i przez życie. O miłości w wielu wymiarach – także tej do siebie i własnego ciała. Do lektury zaprasza Oficyna Wydawnicza Vectra. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Następny przystanek:

Rozdział 1

MARYSIA

Czerwiec 2007

Jakkolwiek bym nie próbowała, nijak nie da się włączyć suszarki. Wtyczka zupełnie nie pasuje do gniazdka. Rozglądam się po całym pokoju, próbując zlokalizować może jakieś inne, ale nie, nie ma. Wszystkie wyglądają tak samo, jak zdziwione buźki narysowane ręką pięciolatka.

Czyli zapewne jak moja twarz w tej chwili.

Trudno, pójdę zapytać, przecież wczoraj przy zameldowaniu mówiono nam, że możemy pytać o wszystko. Domyślam się, że chodziło o sprawy formalne, warunki kontraktu, dokumentację, dalszą podróż i tym podobne, ale cóż.

Schodzę do lobby, przy drzwiach do auli zastaję uśmiechniętego wolontariusza w żółtej koszulce z wielkim logo Dream USA.

– Hi, can I help you?[1] – zwraca się do mnie śpiewnym akcentem. Złota plakietka odbijająca się od jaskrawej koszulki mówi, że chłopak ma na imię Blake.

– Ja się zastanawiam… gdzie… Gdzie ja mogę to włączyć? – odzywam się moim twardym angielskim. Nie pamiętam, jak jest suszarka, ale dzierżę ją w dłoni, więc Blake chyba się domyśli.

– Hm… ale… – Wolontariusz pociera z zakłopotaniem policzek, usiłując zachować powagę. – Ale przecież to jest europejska wtyczka? – Patrzy na mnie pobłażliwie. – Tutaj tego nie podłączysz, oh, girl. – Ostatnie słowo brzmi jak początek refrenu jakiejś piosenki. – Potrzebny ci adapter. A-dap-ter?

– Adapter… – powtarzam bez zrozumienia. Jaki znowu adapter? Co to jest i skąd powinnam go mieć?

– Wow, nikt ci nie powiedział? Wiesz, my tu mamy inny voltage[2]

Voltage, voltage, mój mózg analizuje to słowo. Wolty, fizyka, pewnie chodzi o napięcie? Blake daje mi chwilę, widząc, że procesuję jego słowa.

– Adapter to takie urządzenie, można je kupić na lotnisku albo w sklepie z elektroniką. Ale dobra, zaraz sprawdzę, może mamy jakiś zapasowy, to ci dam. Na ile przyjechałaś?

– Na cztery miesiące…

– No to pewnie ci się przyda… – Chłopak unosi jedną brew. – OK, daj mi chwilę. Zerknę, czy mamy coś w biurze. Przyjdziesz na spotkanie o dziewiątej, prawda? – Raczej stwierdza, niż pyta.

– Tak, jasne, że będę. W końcu po to przyjechałam do Nowego Jorku… – Uśmiecham się do siebie w duchu, bo zdaję sobie nagle sprawę, że z moim angielskim nie jest tak źle. Rozumiem Blake’a i nawet mu odpowiadam, całkiem spontanicznie. Zresztą wczoraj w podróży też dałam sobie radę, ale założyłam, że tam zadziałała adrenalina. Mój pierwszy w życiu samotny lot, i to międzykontynentalny, oraz taksówka na kampus Uniwersytetu Columbia. I mój Boże, dotarłam do Nowego Jorku. Ja! Sama!

Wczoraj zdecydowanie pomogła adrenalina, więc mówiłabym pewnie i po turecku, gdyby zaszła taka potrzeba. Dziś to już co innego, proszę bardzo, oto ja, Marysia Sujko z podwrocławskiej wioski gawędzę sobie z rodowitym Amerykaninem w sercu Manhattanu.

– OK, dzięki, do zobaczenia później! – Odwracam się i biegnę schodami na górę. Wchodzę do pokoju i wreszcie dociera to do mnie w pełni: dotarłam. Dotarłam do Nowego Jorku. Sama. Wczorajsza podróż, lądowanie w środku burzy i zmęczenie, jakiego chyba dotąd nie znałam, nie pozwoliły mi nawet się rozejrzeć, a co tu dopiero mówić o jakiejkolwiek euforii. Dziś od rana z kolei dałam się rozproszyć tym cholernym wtyczkom. Co za idiotyczny problem, jest środek czerwca, upał, moje włosy wyschną przecież same.

Podbiegam do okna, otwieram je na oścież. Fala Nowego Jorku uderza mnie, atakując wszystkie zmysły jednocześnie. Żar czerwcowego poranka bucha mi w twarz, niosąc ze sobą zapach rozgrzanego asfaltu, spalin, czyjegoś smażonego śniadania. Słyszę gwar miasta, niezrozumiałe rozmowy ludzi przechadzających się pod moim oknem, samochody, klaksony. Ulica wygląda całkiem jak z filmów, kamienice z czerwonej i brązowej cegły, półokrągłe okna i charakterystyczne minischodki do wejścia. I żółte taksówki! Tak, żółte taksówki, prawdziwe! Myślałam, że taka przywiezie mnie tutaj z lotniska, ale Dream USA wysłało po mnie zwykły, czarny samochód. Jechałam nim z duszą na ramieniu, na wszelki wypadek bojąc się, że cała ta agencja pracy to przykrywka i trafię gdzieś w mroczne zakamarki Stanów albo Meksyku, jak Alicja Bachleda-Curuś w filmie „Handel”.

Ale dotarłam, dotarłam, przecież Magda wyjeżdżała z nimi w poprzednich latach, wszystko musiało się dobrze skończyć. Żółtą taksówką jeszcze zdążę się przejechać.

Chłonę aurę miasta, zamykam oczy, cieszę się chwilą. Nie czuję zmęczenia, na razie nie dopadł mnie słynny jet lag, o którym tyle się nasłuchałam od znajomych. W głowie układam naprędce plan, co zobaczyć, gdzie pójść, w końcu mam niewiele czasu, zanim ruszę dalej, spełniać moje największe marzenie. Otwieram oczy.

– Jasna cholera!

Jest pięć po dziewiątej. Wypadam z pokoju tak, jak stoję. I po co mi była ta suszarka, skoro i tak nie zdążyłam wskoczyć pod prysznic. Lecę po schodach jak szalona, staram się patrzeć pod nogi, aż nagle czuję, jak tracę grunt, przez ułamek sekundy unoszę się w powietrzu, ale udaje mi się chwycić poręczy i utrzymać równowagę. W tym samym momencie słyszę głuchy łoskot.

– Mierda… Cuidado![3] – rozlega się z podłogi.

To chyba po hiszpańsku i na pewno nie brzmi jak komplement, tyle mogę się domyślić, sądząc głównie po południowej aparycji poszkodowanego.

– Sorry! Are you OK? – pytam w pośpiechu.

– Yes, yes, OK. – Chłopak podnosi się z podłogi.

Jest mi głupio, nawet na niego nie patrzę. Przez chwilę odnoszę absurdalne wrażenie, że właśnie znalazłam się w środku sceny z jakiegoś ckliwego filmu. Brakuje jeszcze tylko Céline Dion śpiewającej w tle. Wzdrygam się, posyłam w przestrzeń niezręczny uśmiech i postanawiam biec dalej. Nie przychodzi mi do głowy sprawdzić, czy chłopakowi faktycznie nic się nie stało.

Wpadam do auli zdyszana i zawstydzona, oczywiście muszę trzasnąć drzwiami tak znacząco, że wszystkie pary oczu zwracają się na mnie. Znajduje się tu przynajmniej setka osób, a każda z nich jest innej narodowości.

Czas na moment się zatrzymuje. Moja chwilowa duma z siebie i poczucie, że mogę wszystko, już uleciały, legły na podłogę obok tego nieszczęsnego Latynosa czy Hiszpana, kimkolwiek był. Nagle uświadamiam sobie drugą stronę medalu. Owszem, dotarłam do Nowego Jorku, a to znaczy, że teraz już nie ma odwrotu. Choćbym chciała wrócić jutro czy za miesiąc – nie stać mnie na to. Ani na przebukowanie biletu, ani na karę za zerwanie kontraktu z agencją pracy. Zresztą, do czego miałabym wracać? Posprzątałam sobie w życiu, niewiele zostawiłam na później. Mój szkolny angielski działa w prostych konwersacjach, ale czy to wystarczy? Pierwszy nocleg zapewniła agencja, ale dziś muszę się dostać na północ Manhattanu, pospiesznie znalazłam tam jakiś hostel, przecież dojadę tam metrem, ponoć w metrze nie można się zgubić. Tylko że ja nigdy nie jeździłam metrem, we Wrocławiu nie ma takich atrakcji. OK, wczoraj przemieszczałam się podziemną kolejką między terminalami lotniska Heathrow, ale to co innego. Na dodatek jutro mam lecieć dalej, Nowy Jork to tylko przystanek, orientation[4] dla takich jak ja, nowicjuszy pierwszy raz na amerykańskiej ziemi, którzy potrzebują poprowadzenia za rękę, by zaaplikować o numer social security[5], otworzyć konto w banku i upewnić się, że praca na krawędzi Wielkiego Kanionu w Arizonie faktycznie na mnie czeka.

I nauczyć się obsługiwać amerykańskie wtyczki. My tu mamy inne napięcie. Trudno się nie zgodzić. Napięcie rozsadza moją głowę, wyobraźnia podsuwa wspomnienie z dzieciństwa: ojciec sprawdzający choinkowe światełka, włóż wtyczkę do gniazdka!, fontanna iskier i huk. Samotna wtyczka tkwiąca w gniazdku, odcięta od wypalonego kabla, leżącego smutno na podłodze.

– Czy jest tu dziewczyna, która zapomniała adaptera? – Zniekształcony mikrofonem głos Blake’a wyrywa mnie z zamyślenia. Moja twarz płonie tysiącem iskier.

Nie zapomniałam, nikt mi nie powiedział, chcę się bronić, ale zamiast tego podnoszę nieśmiało rękę.

– To… ja… – jąkam się, już nawet nie chcę tego ustrojstwa, ale gdzie ja potem coś takiego znajdę? Ponoć Grand Canyon Village jest w środku niczego, słyszałam, że nawet zasięgu w komórce nie można złapać. Czy mają tam jakiś sklep z elektroniką?

Blake uśmiecha się przyjaźnie i przeciska przez tłum w moją stronę.

Znowu wszystkie oczy patrzą na mnie. Mam ochotę uciec jak najdalej.

Dziękuję Blake’owi, chowam ten nieszczęsny adapter do kieszeni i staram się zachowywać normalnie, choć panika rozgaszcza się w moim ciele na dobre, bo w sumie – zaraz, czy jeszcze o czymś nie wiem? A jeśli o jakimś dokumencie i potem na miejscu się okaże, że jednak nie mogę pracować? A jeśli coś będzie nie tak z zakwaterowaniem? A jeśli… a jeśli… a jeśli… A jeśli naprawdę będę musiała wrócić? Iskry palą mnie teraz pod powiekami. Niezły start.

***

Wracam do pokoju, od razu wskakuję pod prysznic, letnia woda przyjemnie mnie budzi.

Rozpracowuję ten cholerny adapter, ale niestety i tak suszarka nie działa z taką mocą, jak powinna. Znacząco zwolniła obroty.

Przecieram zaparowane lustro, usiłuję ogarnąć niesforne włosy. Przed wyjazdem zafundowałam sobie strzyżenie, a nawet farbowanie w najtańszym salonie. I po co tak krótko, wyglądasz starzej, słyszę w głowie głos Wojtka. Teraz źle obcięte, za ciemne kosmyki sterczą na wszystkie strony, brak odpowiedniego suszenia tylko pogorszył sprawę. Upinam fryzurę toną spinek. Jeśli złapie mnie burza, chyba ściągnę na siebie pioruny. Konturówką rysuję kreskę na dolnej linii rzęs, ale i tak nie da się ukryć śladów zmęczenia. Wkładam szorty i czerwony top na ramiączkach, ten, który podobno podkreśla moje ciemnobrązowe oczy. Wsuwam na stopy wygodne sandały, potem pakuję rzeczy i taszczę moją wielką walizę po schodach do przechowalni. Oddaję klucz do pokoju, sprawdzam, czy mam wszystko, co niezbędne, w podręcznym plecaku. I wychodzę w miasto.

[1] Hi, can I… (ang.) – Cześć, czy mogę ci pomóc? (Wszelkie tłumaczenia cytatów, o ile nie podano inaczej, pochodzą od autorki).

[2] voltage (ang.) – napięcie

[3] Mierda… Cuidado! (hiszp.) – Cholera… Uważaj!

[4] orientation (ang.) – rodzaj szkolenia wstępnego, rozeznania (np. na nowym stanowisku pracy, w nowym mieście)

[5] social security (ang.) – numer ubezpieczenia społecznego, odpowiednik polskiego PESEL-u

Książkę Następny przystanek kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Następny przystanek
Antonina Gałecka0
Okładka książki - Następny przystanek

Oparta na faktach opowieść o poznawaniu siebie i przekraczaniu granic – nie tylko tych między państwami.   Rok 2007. 23-letnia Marysia wyrusza spełnić...