Planują go panie aresztować? Fragment książki „Piętno dzieciństwa"

Data: 2020-03-13 09:16:18 Autor: Piotr Piekarski

Jaką cenę w dorosłym życiu płaci człowiek, który doświadczał w dzieciństwie przemocy?

Wojtek Rawicki pozornie jest szczęśliwy i spełniony zawodowo. Wysokie stanowisko w banku, piękny dom i żona z dziećmi tworzą idylliczny obraz. Tymczasem traumy sprzed lat pozostawiły rany w duszy mężczyzny, które wciąż się nie zagoiły. Lata koszmaru, dręczące sny i nieustanne trudności z ujawnianiem emocji są dla Wojtka wciąż nie do pokonania. Pochopne i złe decyzje dodatkowo skomplikowały jego życie oraz wywołały spiralę niekończących się wyrzutów sumienia.

Gdy w wigilijny wieczór Rawicki dowiaduje się, że ma córkę, jego świat ulega nagłej zmianie. Bohater podporządkowuje wszystkie działania jednemu celowi – aby poznać własne dziecko i stać się dla niego tatą.

Czy mężczyzna zdoła znaleźć w sobie odwagę i wytrwałość, by zawalczyć o nowe życie?

Obrazek w treści

Piętno dzieciństwa to drugi tom dylogii o rodzeństwie Rawickich. W pierwszej powieści, Sedno życia, swoją historię przedstawiła Edyta. Teraz nadszedł czas, by dopuścić do głosu jej brata – Wojtka. Do lektury nowej powieści Katarzyny Kieleckiej zaprasza Wydawnictwo Szara Godzina. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam premierowy fragment książki Piętno dzieciństwa. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

W poniedziałek odfajkowałem z Emilem podstawowe zagadnienia formalne, bo to on miał pokierować wszystkimi czynnościami związanymi ze sprawą spadkową i rozwodową. Na koniec poplotkowałem przez telefon z rozanieloną i tryskającą entuzjazmem Edytą, której nadmiar jodu i szczęścia uderzył do głowy, aż wreszcie ogromnie podekscytowany i jeszcze bardziej stremowany kolejnego dnia bladym świtem ruszyłem na południe. Na siedzeniu pasażera tuż obok mnie rozlokował się dumnie gigantyczny pluszowy bałwan. Przypiąłem go pasami, żeby czuł się bezpiecznie, i całą drogę z zapałem dyskutowaliśmy o wszelkich znanych nam kreskówkach. Bardzo mi pomógł. Bez niego pewnie bym zwariował przez te trzy godziny jazdy.

Kiedy zbliżałem się wreszcie do skrętu w ulicę Łokietka, drogę zatarasował mi autobus linii dwieście dziesięć jadący na Kraków. Rozkraczył się tuż przed przystankiem i teraz wypuszczał z siebie żałosne i rozszalałe kłęby dymu. Nadzieje na podróż tubylców tą felerną komunikacją podmiejską były znikome. Ludzie biegający bez celu dookoła, delikatnie mówiąc, wściekali się. Koszmarnie wczesna godzina, bo ledwo minęła siódma, sugerowała, że większość pasażerów wpada właśnie w panikę, że zwyczajnie nie zdąży do pracy. Kierowca – starszy, brodaty, siwiuteńki i niezwykle pękaty gość – usiłował walczyć z oporną materią, lecz problem go nieco przerósł. Kręcił się dookoła zbuntowanego pojazdu z petem w jednej i wielkim kluczem francuskim w drugiej ręce, nie robiąc nic sensownego. W pewnej chwili rozłożył bezradnie ręce, teatralnym gestem wyciągnął z kieszeni komórkę i gdzieś zadzwonił. Przyglądałem mu się przez moment bezmyślnie i już miałem go ominąć, kiedy dostrzegłem wśród zdesperowanej gawiedzi Anię. Była sama, bez Zuzi. Wahałem się może przez pół sekundy, po czym energicznie wyskoczyłem z auta, podbiegłem do niej i oznajmiłem:

– Raczej nim nie pojedziesz. Chodź, zawiozę cię tam, gdzie potrzebujesz.

Spojrzała na mnie bez przesadnego zdziwienia, jakbyśmy nie widzieli się nie sześć lat, lecz maksymalnie tydzień. Poza zmianą fryzury wyglądała zupełnie, tak jak kiedyś. Miała na sobie jasne lniane spodnie kończące się tuż za kolanami i zielony obcisły T-shirt z napisem: „Zakaz negatywnego myślenia”. Postanowiłem zastosować się do słusznego przekazu. Przez ramię przewiesiła jakieś cienkie wdzianko i dużą torbę z kremowej tkaniny z wizerunkiem czarnego kota. Gęste jasne włosy w miodowym odcieniu upięła w luźny kok. Nie miała makijażu. Wydała mi się bardzo młoda i bardzo świeża. Może nawet szczęśliwa. Jakby te lata samotnego, trudnego macierzyństwa w ogóle się na niej nie odbiły.

– Postanowiłeś zakończyć zabawę w partyzanta? – rzuciła cierpko.

– Co? – spytałem zbity z pantałyku.

– Do Krakowa. Możesz mnie podrzucić do Krakowa?

– Jasne – oświadczyłem z uśmiechem i pociągnąłem ją za pasek torby w stronę samochodu.

Z lekkim zdziwieniem, acz bez komentarza zarejestrowała ulokowanego na fotelu Olafa. Wypięła go z pasów i posadziła sobie na kolanach, jednak zanim zdążyliśmy ruszyć i wymienić chociaż po pół zdania, na tylne siedzenie tuż za mną zaczęła się tarabanić starsza babina z koszem pełnym wiejskich wiktuałów. Na podłogę posypały się owoce. Zbierała je z werwą, biadoląc:

– Panie, zabierz pan do Krakowa! Patrzaj tu, kurka wodna, autobus się rozpierniczył, a tam córka rodzi i nie ma kto z wnukami zostać. Diabli nadali te wakacje.

Spojrzałem na Anię niepewnie, czując, że właśnie wymyka mi się z rąk szansa na chwilę spokojnej rozmowy. Nieproszony pasażer już się zapakował, zapiął pas i wciąż nie przestawał gadać:

– To już trzecie. No jedź pan! Na co czekasz? Kurka wodna, jak ten czas leci! Dopiero była taka maluśka, o taka!

W lusterku z rozbawieniem śledziłem nader ekspresyjną gestykulację.

– Teraz, panie, trzecie rodzi. Pierwszy był Marcelek, który już ma dziewięć lat. Na wiosnę była komunia. Wie pan, jakie w tych czasach komunie ludzie urządzają? Zięć salę wynajął i obsługę jak w jakiej restauracji. Mówili mi, jak to się nazywa, ale, kurka wodna, zapomniałam. Coś od kota… kotering nie kotering. Może i wygodnie, tylko jedzenie lichutkie. Nie ma to jak jajeczka prosto ze wsi. Wiozę im w koszyku, bo u mnie kury luzem latają i to jedzą, co sobie uskubią. No niech pan sam powie, kiedy ostatnio jadłeś pan takie jajka? – przerwała perlisty słowotok i zawiesiła głos w oczekiwaniu na odpowiedź, więc poczułem się zobowiązany, żeby coś z siebie wydusić.

– Nie wiem. Nie pamiętam – mruknąłem.

– No właśnie! Wy z miasta w ogóle nic nie wiecie i nic nie pamiętacie. Mój zięć tak samo. Ciągle tylko firma i firma. A córka wiecznie w domu sama siedzi i dzieci ma na głowie. Julitka już do pierwszej klasy po wakacjach idzie, to teraz nowe będzie. Jedź pan szybciej, bo nie zdążę. Oni tam czekają. Nie mają z kim jej zostawić, a córce wody odeszły!

Lekko spanikowany przyspieszyłem, zgrzytając z cicha zębami. Czułem irracjonalną odpowiedzialność za szczęśliwe i bezpieczne rozwiązanie jej córki. Babina nadawała cały czas, ani na chwilę nie ściszając głosu. Zastanawiałem się, kiedy łapie powietrze, bo wyrzucała słowa z szybkością karabinu maszynowego. Postanowiłem nie zwracać uwagi i nie odrywając wzroku od drogi, wyszeptałem półgębkiem do Ani:

– Jaką zabawę w partyzanta?

Ania zdążyła rzucić na mnie okiem, a ja natychmiast pożałowałem poruszenia trudnego tematu, bo nasza niebanalna towarzyszka podróży bez pudła go podłapała.

– Panie, a ile tu było partyzantów w czasie wojny, to pan nie masz pojęcia! Niemcy ich wygubili w czterdziestym czwartym. Pod zamkiem w Ojcowie jest pomnik, musisz pan iść, jak się partyzantką interesujesz. Mojego tatusia też tam rozstrzelali. Mała byłam, malutka, ledwo siedem lat miałam, jak teraz Julitka… Jedź pan szybciej, kurka wodna, bo zięć czeka i się denerwuje. To już blisko. Tu, patrz pan, na światłach w lewo. Że też ten autobus musiał się rozpierniczyć akurat dzisiaj. A pamiętam, że popsuł się tak samo w pięćdziesiątym siódmym. Jechałam do Krakowa, jak raz, bo mieli rzucić wózki dziecięce, a ja w ciąży byłam… Kurka wodna, znowu czerwone! Tu musisz pan na rondzie tak jak tramwaj… I się rozkraczył ten autobus, więc wózki mi przeszły koło nosa. A Jędrzejczakowa pojechała wcześniejszym i kupiła. Piękny taki, beżowy z budką. I się z nim obnosiła dumna jak jaka królowa. Ale i tak nie miała szczęścia w życiu, bo Jędrzejczak pił, a potem ją zostawił. Tu, widzisz pan, ten wieżowiec po lewo. O, tamta klatka… Niech wam Bóg wynagrodzi za tę pomoc. Spieszę się, bo to już trzecie rodzi, a przy trzecim zazwyczaj, kurka wodna, szybko idzie. – Wygramoliła się z samochodu, wywlokła koszyk z wiktuałami, wpychając nam po kwaśnej, niedojrzałej antonówce w ramach podzięki, i pognała niezgrabnie w stronę drzwi, kołysząc się na boki jak kaczka. Ani na chwilę nie przerwała oracji. Widocznie nie przeszkadzał jej w niczym brak słuchaczy.

Oszołomiony nagłą i niespodziewaną ciszą, ugryzłem jabłko, skrzywiłem się okrutnie, wyskoczyłem jak oparzony do najbliższego kosza i dopiero pozbywszy się kłopotu, wróciłem do Ani.

– Co to było? – rzuciłem w przestrzeń z głupią miną.

– Jabłuszko – odpowiedziała beztrosko, dławiąc się ze śmiechu.

– Jabłuszko to luz, ale ta kobieta! To dopiero zjawisko. Współczuję temu jej zięciowi.

Przez chwilę oboje śmialiśmy się serdecznie, jakby wcale nie dzieliła nas przestrzeń sześciu lat ciszy i rozmiaru mojego draństwa. W końcu jednak Ania zerknęła nerwowo na zegarek i oświadczyła z napięciem:

– Za dwadzieścia minut muszę być w szkole.

– Przecież są wakacje – zdziwiłem się.

– No są. Od rana prowadzę warsztaty muzyczne na półkolonii. Podwieziesz mnie?

– Podaj adres.

Drogę odbyliśmy w milczeniu mąconym jedynie głosem kolesia z nawigacji. Minęło rozbawienie nieoczekiwanym towarzystwem i po wnętrzu auta rozpełzło się coś na kształt niepokojącego skrępowania. Wysiadając, Ania rzuciła niezobowiązujące podziękowanie i odłożyła Olafa na fotel. Odblokowało mnie dopiero trzaśnięcie drzwi. Wyskoczyłem gwałtownie i dopadłem ją, zanim weszła do budynku.

– O której kończysz? – spytałem, przytrzymując klamkę.

– Po co ci to?

– Proszę, powiedz. Chcę z tobą porozmawiać.

– Przecież już wszystko wiesz. Podglądasz mnie od kilku miesięcy, wpychając samochód w chaszcze naprzeciwko mojego domu. Pewnie zostawiłeś na nich pół lakieru z tej twojej wypasionej bryki.

– Nie wiem wszystkiego. – Nie dawałem się zbić z pantałyku, olewając to, że zostałem przyłapany. – Ty też wszystkiego nie wiesz.

– Nie powiem ci dokładnie, bo wychodzimy na występy do domu kultury. Wrócimy między dwunastą a trzynastą.

– Okej, nie ma problemu. Poczekam – oświadczyłem i kurtuazyjnie otworzyłem przed nią drzwi.

– Jak chcesz – odpowiedziała obojętnie i zniknęła we wnętrzu szkoły.

Wróciłem do samochodu. Miałem nieodparte wrażenie, że Olaf złośliwie chichocze. Obsobaczyłem go i wyzwałem od bezdusznych, tępych bałwanów, skoczyłem do cukierni po bułki i kawę. Nastawiony na długie czekanie, wyjąłem laptop oraz słuchawki. Odbyłem milion pogawędek służbowych i odpisałem na górę maili, zanim zorientowałem się, że stoję na płatnym miejscu parkingowym bez opłacenia go. Poinformowały mnie o tym urocze służby miejskie miasta Krakowa w stuprocentowo damskim, kuszącym i interesującym wiekowo składzie, wlepiając mi w rękę mandat, a w twarz dwie pary niewinnych ocząt.

Podryw wisiał w powietrzu. Zachowałem grzeczny, lecz chłodny dystans, bo nie miałem głowy do flirtów. Funkcjonariuszki zapewne nabrałyby przekonania, że panowie na łódzkich blachach to chamidła, gdyby nie fakt, że na ten moment trafiła wychodząca ze szkoły Ania. Rozpromieniłem się gwałtownie i wyprysnąłem z samochodu, w związku z czym służby mundurowe z marszu uznały, że przynależę do niej. Poniekąd nawet słusznie. Podeszła, zlustrowała spojrzeniem sytuację i spytała z drwiną:

– Planują go panie aresztować?

– Niekoniecznie. Nam wystarczy kara pieniężna, chyba że pani jakoś specjalnie zależy. Napsocił coś jeszcze?

Przez chwilę udawała, że się zastanawia, a ja, czując się jak kretyn, w myślach odszczekiwałem wszelkie wygłaszane wcześniej kalumnie pod adresem Edyty i wyczynianych przez nią idiotyzmów przy okazji jej podchodów z Jędrkiem. Widocznie oboje jesteśmy ciężko obciążeni głupotą. Pozostawało mieć nadzieję, że nie przeniosło się to w genach na Zuzię.

– Aż tak, żeby go w kajdanki, to w sumie nie. Niech zostanie na wolności. Może przy okazji podwiezie mnie do domu.

Panie pożegnały się grzecznie, a Ania bez słowa wsiadła do auta, czule witając się z Olafem, przez co od razu zacząłem go mniej lubić. Umundurowana płeć piękna udała się w stronę innych samochodów, a my, całą trójką – w swoją.

– Zawsze wozisz ze sobą pluszowe bałwany? – spytała z kpiną Ania, gdy tylko opuściłem feralny parking.

– Opowiesz mi o niej? – rzuciłem w napięciu, ignorując jej ton.

– Co chcesz wiedzieć?

– Wszystko. Absolutnie wszystko, czym zechcesz się ze mną podzielić.

– A jeśli nie chcę się nią z tobą dzielić?

Milczałem, szukając kontrargumentu, którym mógłbym ją przekonać do swoich racji. Wplątałem się w korek przy jakimś dużym skrzyżowaniu i siedziałem jak idiota, czekając, aż spłynie na mnie natchnienie. Zanim jednak którekolwiek z nas zdecydowało się odezwać, rozdzwonił się mój telefon. Rozłączyłem, nie patrząc. Zadzwonił jeszcze raz, a potem kolejny. Wreszcie przepchnęliśmy się szczęśliwie przez światła i znów byliśmy w ruchu.

– Odbierz – poleciła z lekką irytacją. – Może to coś ważnego.

Telefon tkwił w uchwycie tuż przy szybie, bo wciąż korzystałem z nawigacji. Puknąłem w zieloną słuchawkę oraz w symbol głośnika i samochód wypełnił głos Grzesia:

– Cześć, wujek.

– Cześć, Grzesiu. Co słychać?

– Wszystko super. Widziałem już nową szkołę, popłynąłem z tatą na ryby i byliśmy na plaży.

– Nie marnujesz czasu.

– No, wiadomo. Tu blisko mieszka chłopiec, który też ma osiem lat. Kuba. Teraz wyjechał na wakacje. Niedługo go poznam.

– A jak się ma Pan Pies?

– Bardzo świetnie, tylko myślę, że robię się za stary na pluszaki. Chciałbym go zamienić na prawdziwego psa. Myślisz, że rodzice się zgodzą?

– Myślę, że jest duża szansa. Musisz znaleźć odpowiedni moment, żeby ich podpuścić.

– Mówię ci, wujek, z nimi można teraz oszaleć. Cały czas się całują.

– Przeszkadza ci to?

– W sumie nie, tylko to takie śmieszne. Po co oni wiecznie robią coś takiego?

– Lubią to. W ten sposób pokazują sobie, że się kochają.

– Ble. Ja nigdy nie będę całował się z dziewczyną. Dziewczyny są głupie. Poza tym wtedy miesza się ślina i to jest obrzydliwe.

– Pogadamy za parę lat. Nie wszystkie dziewczyny są głupie.

– No nie. Mamusia jest spoko. Tylko te małe to porażka. Piszczą, beczą i bawią się kucykami albo lalkami. Ohyda. Ostatecznie mogę jeszcze lubić Jagodę. Ale trochę.

– Chcesz, żebym pogadał z rodzicami, żeby się nie całowali przy tobie? – przerwałem mu, bo nie chciałem, żeby drążył przy Ani temat Jagody.

– Nie. Nie trzeba. Po prostu chciałem, żebyś wiedział. W końcu dużo się wspólnie napracowaliśmy, żeby się wreszcie dogadali. To kończę, bo mnie wołają. Pa, wujek.

– Pa, Grzesiu. Uściskaj rodziców ode mnie.

Ania chichotała przez całą moją rozmowę. Rzuciłem na nią okiem i uśmiechnąłem się szeroko.

– Bardzo intrygująca pogawędka. Kto to był?

– Syn Agaty. Mój siostrzeniec.

– Nie wiedziałam, że masz siostrę. Ma na imię Agata?

– Nie, Edyta. Razem z mężem są od niedawna rodziną zastępczą dla Grzesia.

– A ta Agata co?

– Umarła – wyjaśniłem, poważniejąc.

– Przykro mi – rzuciła odruchowo i nagle zmieniła temat: – A co u twojej ciotki?

– Hm, to już zupełnie wariacka i nieprawdopodobna opowieść – podchwyciłem chętnie i korzystając z tego, że Ania chciała ze mną w ogóle rozmawiać, zrelacjonowałem jej historię nieszczęśliwej miłości wraz z niespodziewanym happy endem.

Ania wysłuchała jej w ciszy i z wielkim zainteresowaniem.

– Czyli czasem się udaje – bardziej stwierdziła, niż zapytała, kiedy podjeżdżaliśmy pod jej dom. – Rzeczywiście bywa tak, że pozory mylą?

– Dokładnie – przytaknąłem cicho, czując nagłą i głęboką wdzięczność wobec ciotki. – Nie zawsze wszystko jest czarno-białe.

Przez chwilę patrzyła mi w oczy, jakby próbowała coś w nich wyczytać. W końcu odpięła pas, wetknęła mi w ręce bałwana i wysiadła, mówiąc:

– Muszę już iść. Dzięki za podwiezienie.

– Aniu, poczekaj! – Zatrzymałem ją, łapiąc odruchowo za rękę. – Nic mi o niej nie powiedziałaś.

– Naprawdę teraz nie mogę. Siedzi od rana z moim tatą. Muszę przygotować obiad i dać jej leki.

– Zostawiłaś ją samą z ojcem?! – zaatakowałem z gwałtownym wzburzeniem.

– A dlaczego nie? – spytała zdziwiona. – Przepadają za sobą.

– Przepraszam. Masz rację. Dasz jej? Nie musisz mówić od kogo – poprosiłem, pchając jej w ręce Olafa.

– Nie, Wojtek, nie dam.

– Dlaczego?

– Bo to zupełnie inna dziewczynka niż te, o których tak zabawnie plotkował ten twój Grześ – wyjaśniła, obdarzając mnie uśmiechem. – Uznałaby tę zabawkę za obciach, a ja nie chcę się narażać na złośliwości małej hetery. Słaby z ciebie podglądacz, skoro tego nie zauważyłeś.

– Cholera, to chyba zostanie ze mną – przyznałem skruszony, również się uśmiechając. – Nie mam szans na uniknięcie kolejnej gafy, jeśli mi nie zdradzisz czegoś więcej.

– Będę wolna najwcześniej koło dziewiętnastej.

– Nie ma problemu. Zaczekam – podchwyciłem z ulgą.

– Znowu w krzakach?

– Nie. Fazę krzaków uważam za uroczyście zamkniętą. Po prostu wrócę tu na dziewiętnastą. Może być?

– Niech będzie – potwierdziła z lekkim westchnieniem, cmoknęła Olafa prosto w nos, wysiadła i nie oglądając się za siebie, popędziła do domu.

Zgromiłem bałwana spojrzeniem i rzuciłem go brutalnie na tylne siedzenie. Wykręciłem pod bramą i pomknąłem z powrotem w kierunku Krakowa, by zorganizować sobie jakiś nocleg. Byłem pełen sprzecznych uczuć. Miałem wrażenie, że Ania cały czas się ze mnie natrząsa, choć przecież mogło być gorzej. Mogła ziać nienawiścią i w ogóle nie chcieć zamienić ze mną ani słowa. Dzięki temu, że wiedziała o wartach pod chaszczami, zyskała nade mną przewagę. Miała możliwość psychicznie się przygotować na spotkanie ze mną, bo pewnie zdawała sobie sprawę, że w końcu się ujawnię i będę chciał pogadać. Wbrew pozorom tak było lepiej. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Zawsze miała ogromne poczucie humoru. Jeśli istniała szansa dotrzeć do niej za pomocą żartów, nie widziałem problemu w tym, że nabijamy się ze mnie.

Zalogowałem się w tym samym hotelu, w którym zatrzymałem się zimą. Dochodziła piętnasta. Miałem od diabła czasu, a znacznie mniej cierpliwości. Żeby nie zwariować, nastawiłem budzik w telefonie, dając sobie trzy godziny na odpoczynek, i kropnąłem się spać.

Książkę Piętno dzieciństwa kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka1
Okładka książki - Piętno dzieciństwa

Jaką cenę w dorosłym życiu płaci człowiek, który doświadczał w dzieciństwie przemocy? Wojtek Rawicki pozornie jest szczęśliwy i spełniony zawodowo...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo