Próbuję żyć w zgodzie z naturą. Fragment książki „Sekret antykwariusza"

Data: 2019-09-04 11:46:33 Autor: Sławomir Krempa

Każde miejsce ma swoją tajemnicę.

Piotr Stocki prowadzi antykwariat. Pewnego dnia wyjeżdża z miasta, aby spotkać się z kimś i spłacić zaległy dług.

Spirala nieprawdopodobnych zdarzeń wciąga mężczyznę w machinę zbrodni, a mroczny sekret z przeszłości daje o sobie znać. Dawne grzechy wychodzą na jaw. 

Kim tak naprawdę jest Piotr Stocki? Czy jego zmorą i przekleństwem jest antykwariat?

Wciągająca intryga i narastająca z każdą stroną powieści groza stanowią finezyjną mieszankę kryminału i thrillera psychologicznego. Sekret antykwariusza to powieść trzymająca w napięciu aż do zaskakującego zakończenia. Książkę polecamy Wam w naszej redakcyjnej recenzji. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Szara Godzina. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy premierowe fragmenty książki. Dziś czas na ciąg dalszy tej historii: 

Kierował się na południową część wyspy, mającą kształt wielkiego rogala, ale po paru krokach przystanął zdziwiony. Wspomnienia z czasów młodości nie przystawały do teraźniejszości. Zamiast dzikiej przyrody i zrujnowanego gospodarstwa pośrodku wyspy stała wypasiona piętrowa willa. Na drewnianym tarasie pod kremowym parasolem siedzieli jacyś ludzie i pokazywali intruza palcami.

Dopiero teraz Stocki dostrzegł tabliczkę z ostrzeżeniem, że naruszył teren prywatny. Namalowany na niej czworonóg z uwagą „Dobiegam do brzegu w 3 sekundy, a ty?” przemawiał do wyobraźni.

Popełnił błąd. Powinien się zapytać chłopaka wypożyczającego sprzęt w marinie, ale nie przypuszczał, że ktoś może zagospodarować „jego” wyspę.

Na odwrót było za późno. Postawny mężczyzna w sportowej marynarce i jasnych spodniach poderwał się spod parasola i ostro ruszył w kierunku nieproszonego gościa. Obok niego truchtał na krzywych łapach wypasiony i szeroki w klatce piersiowej rottweiler, całe szczęście, że na smyczy.

Stocki nie darzył psów sympatią. Gdy był dzieckiem, podwórkowy kundel nazywany Łajką ugryzł go w łydkę i chłopiec musiał przyjmować serię bolesnych zastrzyków przeciwko wściekliźnie. Zacisnął więc w garści szpadel, gotowy w razie czego zdzielić czworonoga przez łeb.

Nie minęło kilkanaście sekund i stali naprzeciw siebie. Mężczyzna nakazał psu leżeć, ale zamiast cierpkich słów wyciągnął rękę i uśmiechnął się do Stockiego, pokazując równe implanty, które musiały go kosztować majątek.

– Daniel Bredczuk! Cieszę się, że pan do nas przyjechał. Myśleliśmy już nawet z Hanią, że nasza oferta pana nie interesuje.

– Ależ nic podobnego! – odparł Stocki przekonująco, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć.

– A swoją drogą godzinę temu dzwoniłem do pana, ale pan nie odbierał.

– Pod jaki numer? – spytał z refleksem antykwariusz.

– Trzy szóstki, trzy dziewiątki i znowu trzy szóstki, łatwo zapamiętać.

– Numer się zgadza, ale… w pośpiechu zapomniałem telefonu komórkowego. Zorientowałem się, kiedy byłem w drodze. Zastanawiałem się, czy nie wrócić, lecz postanowiłem zaryzykować i przypomnieć sobie stare dobre czasy – łgał jak z nut Stocki.

– Też bym tak chciał, ale obawiam się, mistrzu, że to już niemożliwe – zaśmiał się mężczyzna i dodał: – Większą część wyspy już zagospodarowałem, ale został jeszcze tamten parów i chaszcze na skarpie. Nie mam pomysłu, co z tym fantem zrobić. Widzę, że narzędzie pan ma.

– Na początek wystarczy. – Stocki zademonstrował szpadel, błyskawicznie wchodząc w narzuconą mu rolę. – Potem się zobaczy. Przecież to rekonesans.

– Racja. Gdybym wiedział, że pan się do nas o tej porze wybierze, wypłynąłbym motorówką. Po co się męczyć? Na dodatek trzeba uważać, bo kiedy wiatr zawieje od wschodu, na jeziorze robi się niebezpiecznie.

Stocki był zaniepokojony przedłużającą się rozmową. Chętnie wsiadłby do kajaka i odpłynął, ale po krótkiej wymianie zdań było na to za późno.

– Słyszałem o panu wiele dobrego. Czy da się pan zaprosić do naszego stolika? Na parę minut. Należy się panu wypoczynek. Wiem, że ceni pan swój czas, mistrzu. Moja żona chętnie pana pozna.

– Z przyjemnością – odparł antykwariusz sucho.

Na widok dwóch idących mężczyzn towarzystwo przy stoliku poderwało się z ratanowych fotelików. Dwie tlenione blondynki po operacjach plastycznych odstawiły szklanki z napojami, a siedzący między nimi chudzielec poprawił rozwiane włosy.

– Haniu, pozwól, że ci przedstawię, to jest właśnie ów tajemniczy Otto Gerhard, którego zaprosiłem na naszą wyspę. Niekwestionowany mistrz architektury krajobrazu, który nigdy i dla nikogo nie ma czasu.

Hania, ustylizowana na nastolatkę filigranowa pięćdziesiątka, podała Stockiemu rękę, przytrzymując jego dłoń dłużej, niż się spodziewał.

– Marzyłam o poznaniu pana – wyszeptała, patrząc mu w oczy. – Widziałam pana albumy. Są prześliczne.

– Ho, ho! Nasz ekscentryk, który ukrywa się przed światem, we własnej osobie – dodała niska cipa w białym trykocie, która dawno by się rozsypała, gdyby nie ostry skalpel chirurga. – Mówią o panu, że ma pan genialne wyczucie światła.

– Skoro tak mówią…

– Mam na imię Sylwia, proszę mówić do mnie po imieniu, mistrzu!

Stocki się ukłonił, a wtedy towarzyszący im playboy w kwiecistych gaciach obciągnął koszulkę polo z profilem Einsteina i zamrugał do Stockiego, jakby go ostrzegał przed wdzięczącymi się kobietami.

– Wiktor Limonow – przedstawił się. – Dla znajomych Wiki.

– Mam na imię Otto, jestem zaszczycony – odparł antykwariusz.

Wiki, pal cię sześć, stary kutasie, pomyślał Stocki, dotykając czubkami palców kruchej dłoni obmierzłego faceta, jak nic geja. Ta zabawna sytuacja, w której się przypadkowo znalazł, przypominała mu przygodę niejakiego Losa z książeczki żydowskiego pisarza, który uciekł z polskiego piekła do Ameryki w atmosferze skandalu i dla którego cała prawda o człowieku kryła się w seksie. To skojarzenie sprawiło, że nabrał pewności siebie, ale i czujności. Próbował wyszperać w pamięci cokolwiek, by przedłużyć przedstawienie.

Doskonale pamiętał prawdziwego Ottona Gerharda. Pojawiał się kilka razy w jego składzie książek, za każdym razem w poszukiwaniu przedwojennych albumów ze zdjęciami pruskich, rodowych posiadłości. Był to łysy facet mniej więcej w jego wieku, o miłej aparycji, z którym Wiktoria lubiła rozmawiać, twierdząc, że jest w nim coś ujmującego. Już po paru zamienionych z nim zdaniach wydawało się jej, że zna go od wieków. Wiktoria zwróciła uwagę, że bije od niego jakiś spokój wewnętrzny, a Liza dodała, że chciałaby mieć takiego ojca.

Stocki po tym oświadczeniu czuł się upokorzony. Zapamiętał niespieszne ruchy faceta i charakterystyczny niski oraz przyciszony głos, zmuszający rozmówcę do przyjęcia podobnego, wyluzowanego tonu. Zwłaszcza Liza się nimi zachwycała. Zwróciła nawet uwagę, że są do siebie fizycznie podobni, ale on rzecz jasna natychmiast temu zaprzeczył, mówiąc, że nikt nie jest do niego podobny. „Jeśli chodzi o twój charakter, to na pewno!” – odparła Wiktoria, by mu dokuczyć.

W czasie wizyt w antykwariacie Otto nigdy nie był sam. Zawsze pchał przed sobą wózek z upośledzonym synem i był dla niego anielsko cierpliwy. Stocki przypomniał sobie albumy, które dwa lata temu wyłożył na wystawie: Ogrody świata oraz Życie ogrodów. Sprzedały się następnego dnia. Czyżby podszył się pod tego dziwaka? Nieprawdopodobne!

Zapamiętał zdjęcia z plenerów: wiszące nad polami mgły, kaczeńce, mokre kamienie, paprocie, a w tle wypasione wille z kolumienkami i maybachy nienasyconych właścicieli. Rozreklamowany do niemożliwości autor kiczu. Wiele by dał, by mieć teraz przy sobie jeden z jego albumów.

– Zaraz cię przeegzaminuję! – rzucił w jego stronę Bredczuk, wyrywając go z zamyślenia. – Co byś zaproponował w zacienionym miejscu na końcu wyspy, w parowie?

Antykwariusz zamarł na moment i obrócił głowę we wskazaną przez Daniela stronę.

– Ciemność jest moim domem, a przyjacielem cień– zaczął, próbując zyskać na czasie. –Bezpiecznie stąpam w mroku, mrużąc oczy przed zdradliwym światłem– dodał z emfazą, cytując fragment poematu o cieniu zapomnianego poety Paula Janssona, i zaraz dodał, przypominając sobie jakiś obrazek z Życia ogrodów: – Widzę tam „łosie rogi” albo tawułkę chińską.

– Nie wiem, co odpowiedzieć. To genialna propozycja, prawda, Danielu? Poezja, poezja i jeszcze raz poezja – podsumowała Hanna i dodała z nutką kokieterii: – Czy zostaniesz z nami na kolacji?

– Chyba nam nie odmówisz, bardzo prosimy – poparła ją Sylwia, składając dłonie jak do modlitwy.

– Koniecznie! – zawołał Daniel. – Nie masz, już, Otto, wyboru!

Stocki faktycznie nie miał wyboru. Wiki przysunął mu fotel, a Sylwia zaproponowała coś mocniejszego. Oparł się więc na ratanowym meblu i po namyśle wybrał Ballantines’a z lodem, choć powinien się wystrzegać alkoholu, by nie palnąć jakiegoś głupstwa. Nie minęła minuta, jak dostał oszronioną szklaneczkę, w której pływały trzy kostki.

Sączył trunek wolniutko, starając się poczuć czubkiem języka bogactwo smaków whisky. Przyglądał się towarzystwu i rozmyślał, kiedy dać drapaka, ale na razie nie było to możliwe. Zbliżał się wieczór. Po dwóch szklaneczkach zapitych coca-colą Stocki poczuł się błogo, a gdy koło jego stóp położył się Brutus, podochocone towarzystwo uznało to za ważną oznakę.

– Jak ty to robisz? – Hania niby przypadkiem dotknęła jego ręki.

– Próbuję żyć w zgodzie z naturą – rzekł Stocki bez zastanowienia.

– I jak ci się to udaje? – dopytywał się Daniel.

– Bywa, że pęd wystrzeli, lecz nie wyda kwiatu, i bywa, że zakwitnie, ale nie zdąży zawiązać owocu.

– Brawo! – odparł Wiki. – Sam to wymyśliłeś?

Stocki zamierzał mu wyjaśnić, że to z Dialogów Konfucjańskich, wydanych przez Ossolineum za czasów Gierka, lecz z iPhone’a, leżącego obok talerzyków porcelanowych, odezwała się skoczna melodyjka. Daniel skontrolował smartfona i przystawił go do ucha.

– Tu Bredczuk. Tak, miło pana słyszeć, panie premierze. Rozumiem, że chce pan to ze mną skonsultować. Oczywiście, że postaram się uczestniczyć, za… – zerknął na pozłacany zegarek – tak, najpóźniej za dwie godziny. Przylecę samolotem. Do zobaczenia! – Daniel schował telefon do sportowej marynarki. W jego oczach paliły się żywe ogniki. – Wiki, jedziesz ze mną, pakuj się! – rozkazał.

– A co z Ottonem? – wybełkotała Sylwia.

– Jest naszym gościem! – Hania wytrzeszczyła się na nią zdziwiona.

– Masz, Haniu, rację, i proszę cię, byś się nim serdecznie zaopiekowała. – Bredczuk uśmiechnął się przepraszająco do Stockiego.

Obaj panowie weszli przez taras do domu. Po chwili pokazali się z małymi neseserami w rękach. Wiki uścisnął Stockiemu dłoń, to samo zrobił Daniel, wręczając mu wizytówkę.

– To na wszelki wypadek, gdybyśmy się nie zobaczyli! – rzucił i ruszył w stronę pomostu, przy którym cumowała motorówka. – Odezwij się, proszę! – zawołał z daleka.

– Sorry, mistrzu! – krzyknął Wiki i pomachał mu ręką na pożegnanie.

Po chwili od strony wody doleciał donośny ryk silnika. Między drzewami mignęła błękitna łódź, ciągnąc za sobą kilwater. Ryk niósł się daleko po jeziorze, aż zamienił się wkrótce w brzęczenie komara.

Sekret antykwariusza kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Sekret antykwariusza
0
Okładka książki - Sekret antykwariusza

Każde miejsce ma swoją tajemnicę.Piotr Stocki prowadzi antykwariat. Pewnego dnia wyjeżdża z miasta, aby spotkać się z kimś i spłacić zaległy dług.Spirala...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Ta, która musi umrzeć
David Lagercrantz
Ta, która musi umrzeć
Bezmiar
Grzegorz Kapla
Bezmiar
Asiunia
Joanna Papuzińska
Asiunia
Bo trzeba żyć. Apolonia
Ewa Szymańska
Bo trzeba żyć. Apolonia
Bachor
Katarzyna Ryrych;
Bachor
Sekret antykwariusza
Paweł Jaszczuk;
Sekret antykwariusza
Łapy i ogony
Magdalena Podbylska
Łapy i ogony
Pokuta
Anna Kańtoch
Pokuta
To nie koniec świata
Ewa Maja Maćkowiak;
To nie koniec świata
Pokaż wszystkie recenzje