Krążą plotki na twój temat, Ruby. "Wiem, że to ty"

Data: 2021-07-29 10:46:21 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Pierwszego dnia w nowej szkole Ruby znajduje na swojej szafce kartkę z napisem WIEM, ŻE TO TY. Jest przerażona myślą, że ktoś odkrył jej mroczną tajemnicę - dowiedział się, że jako czterolatka przyczyniła się do śmierci przyjaciółki - Hanny - podczas wspólnej zabawy na placu zabaw.

Tymczasem giną kolejni uczniowie z nowego liceum Ruby. Dziewczyna szybko zdaje sobie sprawę, że tajemniczy morderca chce zrzucić na nią winę za te zbrodnie. A może to ona ma być następną ofiarą?

Obrazek w treści

Wiem, że to ty to kolejny trzymający w napięciu thriller Sue Wallman, autorki: Kłamstwa minionego lata, Dzisiaj umrzesz ty i Zobacz, jak oni kłamią. Do lektury książki zaprasza wydawnictwo Books4YA. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy i drugi rozdział powieści, tymczasem już teraz zachęcamy do przeczytania trzeciego i czwartego rozdziału powieści:

ROZDZIAŁ 3

Następnego ranka mama wychodzi do pracy, zanim się obudzę. Ustawiła dla mnie budzik i napisała na WhatsAppie, że wyśle e-mail do szkoły. Żołądek mi się przewraca, gdy przypominam sobie tamtą kartkę, i naciągam kołdrę na głowę. Budzik stoi za drzwiami sypialni, więc muszę wstać z łóżka, żeby go wyłączyć. To był pomysł opiekuna roku w mojej ostatniej szkole, bo wiecznie się spóźniałam. Ale i tak zazwyczaj wyłączam alarm i wracam pod kołdrę. 

Rzeczywiste powody, dla których nie mogę wstać z łóżka, często nie są jasne nawet dla mnie samej. Są takie dni, gdy mój mózg i kończyny po prostu wydają się za ciężkie. 

„Taka z ciebie bystra dziewczyna. Ale co chwila zawodzisz sama siebie”, powiedział mój stary dyrektor, gdy kolejny raz wezwał mnie na dywanik. Jego słowa przypomniały mi o żarcie, który kiedyś opowiedziała Alice, i uśmiechnęłam się mimowolnie, a potem usłyszałam, że ironiczne uśmiechy donikąd mnie nie zaprowadzą. 

Hannah nie pochodziła z naszego miasteczka. Przyjechała tylko na weekend, w odwiedziny do dziadków. Gdy zmarła, jej babcia zebrała pieniądze na urządzenie ogrodu pamięci w parku. Było go widać z placu zabaw. Psy miały tam zakaz wstępu, a ja nigdy nie czułam się mile widziana w tym miejscu, chociaż nikt otwarcie nie zabronił mi odwiedzania go. Marzyłam o tym, żeby ten ogród pamięci został przeniesiony gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie wiedział, po co go założono, gdzie rośliny będą tylko roślinami nieobciążonymi żadnym znaczeniem. 

Nawet w wieku czterech lat byłam świadoma plotek krążących na mój temat. Rodzina Hannah próbowała pozwać radę miasteczka odpowiedzialną za place zabaw, ale niezależnie od tego, czy sprzęty były bezpieczne, czy nie, moja babcia nie była jedyną osobą, która uważała, że byłam wystarczająco duża, żeby umieć powstrzymać wybuch gniewu i złości. Podobnie sądzili dziadkowie Hannah, którzy zdaniem moich rodziców „przypadkowo” zdradzili moje nazwisko lokalnej gazecie, gdy pamiątkowy ogród został zdewastowany kilka lat później. 

Gazeta musiała przeprosić za ujawnienie mojego nazwiska, ale to niczego nie zmieniło. Przez wiele tygodni po publikacji tego artykułu wszyscy się na mnie gapili i obmawiali mnie za plecami. Gapili się tak bardzo, że czułam, jak mięśnie napinają mi się pod ich spojrzeniami. Nikt nigdy nie powiedział mi niczego prosto w oczy, nawet Luffy, który tylko patrzył w milczeniu, jak ukrywam się za składzikiem i dłubię w gnijących kawałkach drewna nożem podwędzonym ze stołówki. 

W końcu wstaję, ubieram się, zamykam drzwi na oba zamki i ruszam w stronę przystanku autobusowego. Według aplikacji to ostatnie połączenie, jakie mogę złapać, żeby nie spóźnić się do szkoły. Na przystanku czeka już tłum dzieciaków. Trzymam się z boku, więc gdy autobus przyjeżdża, wsiadam jako jedna z ostatnich i muszę stać przez całą drogę. Chłopak siedzący blisko mnie podkreśla niebieskim flamastrem fragmenty Opowieści wigilijnej. Musi być z tego samego rocznika, ale chyba nie widziałam go na lekcji angielskiego. Zaznacza zygzakiem fragment na marginesie, podnosi wzrok i patrzy mi prosto w oczy. Uśmiecha się. Jest słodki, a jego potargane włosy sprawiają, że wygląda jak pies, który potrzebuje strzyżenia, żeby sierść przestała mu włazić do oczu. 

Odwracam wzrok. Znam ten typ. Wyluzowany koleś z bandą głupich przyjaciół i łatwym życiem. Było takich mnóstwo w mojej starej szkole. Zajmuję się rozplątywaniem słuchawek. 

Gdy autobus dociera do Akademii Robinsona – dużego skupiska budynków, których część poczerniała od zaniedbania i smogu – odsuwam się na bok, żeby puścić wszystkich przodem. Niepokój związany z tą kartką na mojej szafce znowu wypływa na powierzchnię. Słowa Wiem, że to ty odbijają się echem w moim mózgu. Kto próbuje mnie sprowokować? 

Gdy w końcu wysiadam, drogę zachodzi mi Monique, jedna z grupy Linesmana, ta z koczkiem i wielkimi kolczykami w kształcie kół. Wymachuje srebrną butelką na wodę. 

– Mam ci coś do powiedzenia, nowa. Zrobiłaś krzywdę mojemu bratu, więc teraz będziesz miała do czynienia ze mną. 

Cofam się o krok, a serce wali mi jak oszalałe.

– O czym ty mówisz? – pytam, udając znudzenie.

– Popchnęłaś go wczoraj na ścianę. Ma wielkiego sińca na ramieniu.

Ach, chodzi o tamtego chłopaka. Moje ramię też jest obolałe, ale nie zamierzam płakać z tego powodu. Grymas jej ust i twarde spojrzenie podpowiadają mi, że nic, co powiem, nie pomoże. Nie zamierzam też przepraszać, bo tylko okazałabym w ten sposób słabość. 

Ignoruję ją i ruszam przed siebie. Wsadzam słuchawki do uszu, żeby zagłuszyć jej przekleństwa. Już lepiej orientuję się w rozkładzie głównego budynku i wybieram wejście najbliżej mojej szafki. 

– Ej, ty!

Wyciągam jedną słuchawkę z ucha.

Siwobrody mężczyzna, wystarczająco stary, żeby być moim dziadkiem, staje przede mną z wyciągniętą dłonią. – Oddaj mi je.

Marszczę brwi.

– Słucham? 

– Jesteś tu nowa? – pyta, a potem kontynuuje, nie dając mi szansy na odpowiedź. – Nazywam się Pompley. Używanie wszelkiego rodzaju słuchawek jest zakazane na terenie szkoły. Schowaj je albo zostaną skonfiskowane. 

Z aprobatą kiwa głową, gdy wsadzam słuchawki do kieszeni kurtki, ale potem marszczy brwi. 

– Te włosy. Będziesz musiała je przefarbować. 

– Ale przecież pan ma włosy w bardzo podobnym kolorze – zauważam. 

Mruga z niedowierzaniem. 

– Co proszę? – pyta, chociaż jego ton sugeruje, że o nic nie prosi. – Młoda damo, radzę ci, abyś miała się na baczności. – Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu, być może szukając trzeciego powodu do nagany, ale najwyraźniej go nie znajduje. – Zmykaj. Nie spóźnij się na lekcję. 

Pędzę w stronę swojej szafki, która znajduje się w długim rzędzie przy pomalowanej na żółto ścianie korytarza z salami do techniki. Wysokie okna naprzeciwko szafek wychodzą na boisko sportowe, a między nimi wiszą zdjęcia dokumentujące życie uczniów szkoły. Na jednym z nich rozpoznaję Georgię. Ma na nosie wielkie gogle i jest ubrana w nieskazitelnie biały kitel. Szczypcami przytrzymuje próbówkę nad płomieniem palnika Bunsena. Amber stoi obok niej, tylko częściowo w kadrze, i coś notuje. 

Ostrożnie podchodzę do mojej szafki, ale nie znajduję na niej żadnej nowej wiadomości. 

Scott stoi oparty o parapet jednego z okien, a neonowo zielony plecak leży u jego stóp. Chłopak stuka naprawdę szybko w klawiaturę telefonu. 

– Hej! – woła, podnosząc wzrok. – Jak leci?

– W porządku.

– Jesteś pewna? – pyta i podchodzi do mnie. – Wyglądasz na spiętą.

– Bycie nową uczennicą jest męczące – wzdycham, otwierając szafkę, i wpycham do środka kurtkę. – No wiesz. Trzeba wszystkich wybadać. 

– Musisz dołączyć do mojego prywatnego konta na Insta. Nazywa się Robinson Reveals. 

Szczerzy zęby w uśmiechu. Ewidentnie chce, żebym zaczęła go o to wypytywać. 

– Jasne. 

Przekręcam klucz w zamku szafki i liczę w myślach, żeby się przekonać, ile Scott wytrzyma, zanim pęknie. Raz... dwa... trzy... cztery... 

– To profil plotkarski, ale nie tylko – wyjaśnia. – Wszyscy go uwielbiają. Publikuję tam informacje o nowych romansach, rozmaite wyznania i złośliwe obserwacje. Znajdziesz tam również odrobinę demaskatorskiego dziennikarstwa. 

Kiwam głową.

– Zajrzę i sprawdzę.

Mina mu rzednie.

– W tej chwili akurat nie możesz, bo profil został tymczasowo zablokowany. Ktoś wykazał się brakiem poczucia humoru. Ale lada chwila odzyskam do niego dostęp. Daj znać, jeśli będziesz chciała podzielić się ze mną jakąś plotką. Moje DM’y stoją przed tobą otworem. – Puszcza do mnie oko. – Tutaj żaden sekret długo się nie uchowa. 

 

ROZDZIAŁ 4 

Gdy wchodzę do naszej sali na godzinę wychowawczą, Georgia siedzi sama w ławce. Zauważa mnie i klepie miejsce obok siebie. Na blacie przed nią leży otwarty podręcznik do historii. Amber przeniosła się do stolika na tyłach pomieszczenia i przepisuje coś z zeszytu ćwiczeń koleżanki. 

Wolałabym usiąść sama. Nieufnie podchodzę do przyjaźni z innymi dziewczynami; w przeszłości nieraz się sparzyłam. One zmieniają się z niezrozumiałych powodów, z kolei ja nie daję z siebie tyle, ile powinnam w takich relacjach. Jedyna moja przyjaźń, jaka przetrwała, to ta, która łączy mnie z Luffym. Mimo wszystko źle bym się poczuła, gdybym zignorowała Georgię. 

– Amber nie będzie miała nic przeciwko. Spisuje od Tolli pracę domową z hiszpańskiego – wyjaśnia Georgia, gdy przy niej siadam. – Musi ją oddać na następnej lekcji – dodaje z nutą dezaprobaty w głosie. – Pomogłabym jej, ale nie chodzę na hiszpański. 

– Wiem. Mamy ten sam plan lekcji, pamiętasz? – Chyba powiedziałam to zbyt szorstkim tonem, bo mruga, zaskoczona. 

– Naprawdę chciałam chodzić na hiszpański – kontynuuje Georgia. – Ale nie mogłam wybrać wszystkich przedmiotów, które mnie interesowały. Może zacznę się go uczyć dodatkowo w przyszłym roku... – Sięga po podręcznik do historii. – Zapomniałam ci powiedzieć, że na następnej lekcji mamy test z polityki okresu elżbietańskiego. 

– Mamy test? 

W tym momencie nasz wychowawca, pan Baldini, wkracza do klasy sprężystym krokiem. Woła, żebyśmy się uciszyli, i odczytuje listę obecności. Jest młody, wygląda, jakby dopiero co skończył studia, a twarz ma pomarańczową od samoopalacza. Może nie jak Donald Trump, ale jego opaleniznę trudno uznać za subtelną. Odczytuje z laptopa ogłoszenia i przypomina nam, że malowanie paznokci lakierem jest niedozwolone. 

– Słyszałyście, dziewczyny? – pyta. 

Zauważam plamy od samoopalacza na jego knykciach. Ewidentnie musi popracować nad techniką nakładania emulsji. 

– I chłopcy – dodaję pod nosem.

– Co takiego, Ruby? – pyta, przykładając dłoń do ucha. Waham się przez chwilę. Odezwałam się bez zastanowienia, ale chyba nie chcę być osobą, która mówi: „Nic”, żeby tylko uniknąć konfrontacji z nauczycielem. 

– I chłopcy – powtarzam odrobinę głośniej.

– Eee, tak – potwierdza pan Baldini. – Dzięki. I chłopcy.

Po klasie przetacza się jęk. Ludzie przewracają oczami, mamrocząc, jaka to niby jestem świadoma społecznych nierówności. Georgia wygląda na zażenowaną, ale słyszę, jak Amber mówi: 

– Ona ma rację. 

W drodze na lekcję historii mijamy nadciągającą z naprzeciwka grupę Linesmana. Isaac i Monique idą przodem, a pozostali dwoje ‒ kawałek za nimi. Dziewczyna ma asymetryczną fryzurę, połowę włosów wygoloną, podczas gdy druga opada jej na twarz. Nie rozumiem, jak coś takiego może być dozwolone, a mój kolor włosów nie. Chłopak ma w uchu diamentowy sztyft i strasznie się puszy. 

Monique odwraca się i woła: „Hej, Dani! Jay!”, a oni przyspieszają. Ewidentnie odgrywają rolę sługusów w tym układzie. 

– Oto Panna Doskonała i jej Babunia – komentuje Isaac, gdy zauważa mnie i Georgię. – Jak leci? 

– Nieźle. Dzięki, że pytasz – odpowiadam. 

Monique przedrzeźnia mnie piskliwym głosem, a potem dodaje: 

– Wczoraj zrobiła krzywdę mojemu bratu. Popchnęła go na ścianę, bo zaszedł jej drogę. 

– Żartujesz? – mówi Isaac. – To niestosowne. – Totalnie niestosowne – wtrąca Jay.

Dani kiwa głową.

– Niech ona lepiej się pilnuje. 

Monique rusza w moją stronę, a ja gwałtownie się cofam. Ona się śmieje:
– Wystraszyłam cię!

Pokazuję jej środkowy palec. 

Isaac mija nas spacerowym krokiem, po drodze uderzając Georgię mocno po głowie zeszytem ćwiczeń. 

Georgia wzdryga się i pociera czubek głowy.

– To bolało – skarży się po ich odejściu.

– Powinnaś była mu oddać – mówię.

Gdyby zrobił to mnie, nie zawahałabym się ani chwili. Ale nie zamierzam toczyć bitew za Georgię.

– Najlepiej ich ignorować – cedzi przez zaciśnięte zęby.

Na lekcji historii mamy test, a ja na szczęście pamiętam wszystko, co wyczytałam z repetytorium Georgii w trakcie godziny wychowawczej. Mam dobrą pamięć i jeśli będę ciężko pracować, poradzę sobie w tym roku. Chcę zostać dziennikarką i studia wyższe na pewno by mi w tym pomogły. Muszę też zacząć pisać więcej artykułów i spróbować coś opublikować. Do tej pory spisywałam je odręcznie w notatniku i są zbyt niedopracowane, żebym mogła je komukolwiek pokazać. 

Po zakończonym teście oceniamy nawzajem swoje prace. Ja jestem zadowolona, że dostałam dziesięć punktów na piętnaście. Georgia zdobywa czternaście, a gdy dostaje z powrotem swój test, zakreśla pytanie, na które źle odpowiedziała, czerwonym długopisem. 

Pan Roderick przysiada na skraju biurka i informuje nas, że mamy dwa tygodnie na przygotowanie pięciominutowej prezentacji na temat jednego z aspektów życia w epoce elżbietańskiej. Grupuje nas w trzyosobowe zespoły, używając najbardziej niepopularnej metody wszech czasów. Dzieli trzydziestoosobową klasę na trzy części i numeruje każdą część od jednego do dziesięciu, skutecznie rozdzielając przy tym kliki przyjaciół. Mnie przypada numer osiem. Dwie pozostałe ósemki to chłopak o imieniu Khalid i jakaś Claudia. Trafia nam się „teatr”, najwyraźniej jeden z łatwiejszych tematów. Do końca lekcji mamy zaplanować prezentację, a na następnej będziemy przygotowywać wstępne slajdy w PowerPoincie w sali informatycznej. 

– No dobrze, zabierajcie się do pracy! – woła pan Roderick. 

Claudia natychmiast odwraca się do nas plecami, odchyla się na krześle i zaczyna rozmawiać z dziewczyną z grupy obok. 

Khalid unosi brwi.

– Wygląda na to, że możemy liczyć tylko na siebie. Zauważam, że nosi metalową odznakę z napisem Naczelny 

Prefekt. Bez wątpienia jest pilnym uczniem. Wspólnie postanawiamy, że przygotujemy opatrzony komentarzami plan teatru The Globe, a potem kilka slajdów dotyczących jego działalności oraz jeden na temat pożaru, w którym spłonął budynek. 

– No to ustalone! – mówi Khalid. – Cieszę się, że trafił nam się teatr. 

– Tak? Jesteś w kółku teatralnym? – pytam, przygotowując wstępne szkice do slajdów. 

– Robię kurs z teatru improwizacyjnego poza szkołą – wyjaśnia Khalid. – Chcę zostać stand-uperem. 

Przyglądam mu się uważnie. Jest drobnej budowy, ma piękną skórę i szczery wyraz twarzy. 

– To bardzo odważne z twojej strony. 

– To przerażające – przyznaje. – Moje skecze opierają się na motywie ujawnienia mojej orientacji seksualnej rodzicom. – Brzmi super – stwierdzam, rysując czerwonym flamas

trem płomienie na dachu teatru.

– Mogę ci zadać osobiste pytanie? – pyta Khalid, bawiąc się masywnym złotym zegarkiem na chudym nadgarstku.

– Nie. Chyba że chcesz zapytać o moje włosy. Pytania dotyczące mojej fryzury zawsze są mile widziane. Ten kolor nazywa się Gołębia Szarość.

Khalid uśmiecha się kącikiem ust, a ja uznaję, że go lubię. Claudia z hukiem ląduje przednimi nogami krzesła na podłodze i znowu się do nas odwraca.
– Skończyliśmy już planowanie? – pyta.

Boże, nienawidzę pracy w grupie.

– Tak – mówimy z Khalidem w tym samym momencie. Dopiero gdy wychodzimy z klasy, Khalid w końcu przemyca swoje pytanie.

– Czy to do twojej szafki ktoś przyczepił wczoraj tę kartkę? Serce bije mi gwałtownie.

– Nie wiem, o czym mówisz – odpowiadam. A więc ludzie to widzieli. Pewnie zrobili zdjęcia i teraz je sobie wysyłają. – Nie widziałam żadnej kartki – kłamię. 

– Mój błąd – mówi Khalid. – To musiała być szafka kogoś innego. Albo kartka została zdjęta, zanim zdążyłaś ją zobaczyć. – Co było na niej napisane? – Zatrzymuję się i patrzę mu prosto w oczy, udając, że tego nie wiem.

– Nie pamiętam – odpowiada Khalid pośpiesznie na widok zbliżającej się do nas Georgii. – Ale jestem pewien, że to nic takiego. Tutejsi uczniowie potrafią być bardzo niedojrzali. 

Wyciąga poobijany, wibrujący telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki. 

– Muszę lecieć – mówi szybko, odwracając się na pięcie. 

Patrzę za nim, jak znika w zatłoczonym korytarzu, po drodze wysyłając do kogoś wiadomość. 

 

ROZDZIAŁ 5 

– Krążą plotki na twój temat, Ruby – informuje mnie Amber trzy godziny później. 

– Czyżby? – pytam neutralnym tonem.

– Tak. Że zostałaś wyrzucona ze swojej poprzedniej szkoły. Robię minę pod tytułem: „Co, do cholery?”. Jest pora lunchu i siedzę przy stole z Georgią, Amber i dwiema dziewczynami z jej lekcji hiszpańskiego. Właśnie przez bite pięć minut słuchałam ich narzekań na szalone ilości prac domowych, jakimi są zarzucane. 

– Od kogo to usłyszałaś? – pyta Georgia. 

– Scott mówi, że chodzą słuchy na ten temat – wyjaśnia Amber. – A on zawsze trzyma rękę na pulsie. 

– Chyba nie wierzysz we wszystko, co wychodzi z ust tego chłopaka? – pyta Tolla, najgłośniejsza z nich. – On rozpaczliwie chce pozostać na topie po tym, gdy to jego głupie konto na Insta zostało zablokowane. Rozpuści teraz każdą plotkę, byleby tylko nakłonić ludzi do gadania. 

– No pewnie, że nie wierzę we wszystko, co mówi Scott – prycha Amber, zirytowana. – Chciałam tylko ostrzec Ruby. 

Jeśli coś jest prawdą, to czasami lepiej od razu powiedzieć o tym otwarcie, niż czekać, aż Scott cię zdemaskuje. On wyczuwa krew na kilometr. 

– Ohyda – mówi Tolla, dźgając makaron widelcem. – Ale czy to jest prawda, Ruby? 

– Nie – odpowiadam. – Nie jest. A więc wy obserwujecie – czy też obserwowałyście – Robinson Reveals na Instagramie? 

Wszystkie cztery kiwają głowami. 

– Trzeba być na bieżąco z najnowszymi dramatami – stwierdza Amber. – Szczególnie ja, bo pracuję dla gazety. Biorę stamtąd pomysły na artykuły. 

– Ale niektóre plotki bywają śmieszne, prawda? – mówi Tolla. – Wybacz, Georgia, ale post o tym, że podoba ci się Isaac Linesman, był przezabawny. 

Georgia przestaje przeżuwać kanapkę i przewraca oczami, ale wydaje mi się, że jednak trochę się czerwieni. 

– Wisiał tam zdecydowanie za długo. – Patrzy z ukosa na Amber. – Mogłaś namówić Scotta, żeby go wykasował. 

– Daj spokój, Georgia. – Amber przeczesuje dłonią krótkie włosy. – Nie mam nic wspólnego z tym kontem. Scott zajmuje się nim na boku. I w ogóle nie bierze pod uwagę moich opinii. 

– Naprawdę podobał ci się Isaac, Georgia? – pyta druga dziewczyna. – Rozumiem, że jest wysportowany i ma gadane, ale przecież on znęca się nad słabszymi. 

– Kochała się w nim, gdy miała jedenaście lat – wyjaśnia Amber. – W tym wieku wszyscy popełnialiśmy błędy w ocenie sytuacji. 

Georgia piorunuje ją wzrokiem.

– Amber!

– Powiedziałabym, że to był dość niefortunny błąd – kwituje Tolla.

Wszystkie się śmieją, z wyjątkiem Georgii.

– Okej, okej. Dajcie mi spokój. Odczepcie się. To było dawno temu!

– Za to Isaac i Monique zasługują na siebie – zauważa Tolla. – Pfuj. To prawda – zgadza się Amber. 

Potem zostaję wykluczona z rozmowy, co szczególnie mnie nie dziwi. Tolla dokucza Amber w związku z jakimiś butami, które Amber chce kupić, a które Tolla uważa za paskudne, z kolei Georgia narzeka, że dostała ochrzan w trakcie lekcji, chociaż tylko próbowała pomóc uczennicy siedzącej obok. Byłam świadkiem tego zdarzenia; to nie był żaden ochrzan, najwyżej uszczypliwa uwaga, że nie powinna rozmawiać. Coś mi mówi, że Georgia jest przewrażliwiona. 

W końcu zmieniają temat i zaczynają rozmawiać o bezdomnym człowieku, który został zaatakowany w centrum Barchester tydzień wcześniej. Ponura historia. Wstaję od stołu i mówię, że muszę się zgłosić po egzemplarz musicalu Blood Brothers, który wszyscy uczniowie dostali na początku semestru. Mogłabym poczekać z tym do jutra, ale potrzebuję trochę przestrzeni. Dziewczyny machają mi na pożegnanie, nawet nie patrząc w moją stronę. 

Skrzydło muzyczno-teatralne mieści się w parterowym budynku, znacznie nowocześniejszym od głównego gmachu szkoły. Drzewa w doniczkach przy wejściu i ogromny przedsionek sprawiają, że przypomina recepcję jakiegoś wakacyjnego kurortu, ale z bliska widzę, że jedno z drzew w czterdziestu procentach składa się ze zwiędłych liści, a pod sklepieniem przedsionka wiszą ogromne pajęczyny. Niektóre huśtają się niebezpiecznie nisko. 

W lobby siedzi garstka uczniów, a na ścianach widać plakaty reklamujące przesłuchania do zbliżającej się inscenizacji Grease oraz tablice ogłoszeń z rozkładem zajęć muzycznych i prób orkiestry szkolnej. Wędruję przez budynek, odczytując niebieskie tabliczki na drzwiach, aż docieram do pracowni teatralnej. Zaglądam przez kwadratową szybę i widzę, że pomieszczenie jest puste. Mimo wszystko łapię za klamkę, ale drzwi są zamknięte. Opieram się o nie i czuję, że uczniowie siedzący w grupkach na włochatych dywanikach gapią się na mnie z zaciekawieniem. 

Przypominam sobie słowa Khalida: Czy to do twojej szafki ktoś przyczepił wczoraj tę kartkę? 

Jakaś dziewczyna wychodzi z sali muzycznej i zostawia drzwi otwarte na oścież, a ja podbiegam, żeby je złapać, zanim się zamkną i będą wymagały wprowadzenia kodu PIN. To mała sala z pianinem zajmującym niemal całą jedną ścianę. W kącie stoją skrzypce w futerałach i pulpity na nuty w rozmaitych stadiach zaniedbania i rozpadu. 

Siadam na wytartej tapicerowanej welwetem ławie do pianina i wyciągam telefon. Brzuch mnie boli, gdy wpisuję w pasek wyszukiwarki hasło: wypadek park rosemead. Czytanie o tamtych wydarzeniach nie jest zdrowe, ale muszę się upewnić, czy w internecie nie pojawiły się jakieś nowe informacje na mój temat, które mogłyby skłonić kogoś do zostawienia tej kartki. 

Znajduję oryginalny artykuł z lokalnej gazety, opisujący żałobę rodziny czteroletniej dziewczynki, która zginęła w tragicznym wypadku na placu zabaw w parku Rosemead. Dziewczynka spadła ze zjeżdżalni i natychmiast została zabrana do szpitala, ale po dotarciu na miejsce stwierdzono jej zgon. Rzecznik policji poinformował, że „badane są okoliczności śmierci czteroletniego dziecka”. Moje nazwisko nie zostało wspomniane w tekście. Nie podano go w żadnych oficjalnych doniesieniach, bo sama byłam dzieckiem. 

Przeszukuję inne artykuły. Znam je już wszystkie na pamięć. Historia została podłapana przez małą gazetę w Szkocji i jeszcze jedną w Kanadzie. Jest też krótka kontynuacja oryginalnej publikacji, informująca o werdykcie, według którego śmierć była przypadkowa. Potem posypały się artykuły na temat bezpieczeństwa dzieci na placach zabaw, przelotnie wspominające o Hannah Cole. Następnie pojawiło się kilka, gdy otwarto pamiątkowy ogród, i znacznie więcej w czasach, kiedy został zdewastowany. Artykuł, w którym padło moje nazwisko, został przeredagowany i już go nie zawiera. 

Niektórym tekstom towarzyszy zdjęcie Hannah. Dziewczynka ma na nim wielkie okrągłe oczy, tak niebieskie, że nie dałoby się pomylić tej barwy z żadną inną. Schludnie wyszczotkowane włosy sięgają jej tuż poniżej podbródka, a minę ma pogodną i szczęśliwą.

Książkę Wiem, że to ty, kupić można w popularnych księgarniach:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wiem, że to ty
Sue Wallman1
Okładka książki - Wiem, że to ty

Zamiana szkoły bywa zabójcza! Pierwszego dnia w nowej szkole Ruby znajduje na swojej szafce kartkę z napisem WIEM, ŻE TO TY. Jest przerażona myślą...

dodaj do biblioteczki
Autor