reklama

Rozliczyć się z przeszłością. "Shadowscent. Korona światła"

Data: 2021-04-12 12:00:06 Autor: Piotr Piekarski

W imperium Aramteshu zmysł powonienia jest królem wszystkich zmysłów, a zapach przenika każdy aspekt życia jego mieszkańców. Zapach to magia i sposób komunikowania się z bóstwami. Zapach może uleczyć, może też... zabić. Drugi tom i jednocześnie zakończenie dylogii rozgrywającej się w oryginalnym świecie, stworzonym przez P.M. Freestone.

W tym tomie śledzimy dalsze losy Rakel, dziewczyny o niezwykłym talencie do zapachów, i Asha - osobistego strażnika następcy trony Cesarstwa Aramteshu - księcia Nisaia.

Obrazek w treści

Po tym, jak Rakel i Ashowi udało się skomponować antidotum i uratować życie księciu, para przyjaciół jest zmuszona rozdzielić się. Rakel musi udać się poza granice Cesarstwa, by odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące przeszłości jej rodziny. Gdy każde z nich podąża z własną misją, Imperium Aramteshu staje na krawędzi wojny domowej. Każdy z bohaterów musi wybrać, po której stronie stanie.

Do lektury 2 tomu z cyklu Shadowscent Korona światła zaprasza Wydawnictwo Zielona Sowa. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment powieści, tymczasem już dziś zachęcamy do lektury kolejnej jego części: 

Budzi mnie ból pleców.

Musiałam przez całą noc leżeć zwinięta w ciasną kulkę. Pamiętam, że zasypiałam i budziłam się, nogi miałam zdrętwiałe z zimna, pamiętam zapach cyprysu i… czegoś jeszcze. Przysięgłabym, że to majeranek, używany na drugim etapie żałoby, gdy czci się pamięć tych, którzy odeszli do nieba.

Otwieram oczy. To nie moja wyobraźnia. Cienka pałeczka żałobnego kadzidełka leży niedaleko mojego nosa. Z rodzaju tych drogich. Bogata w zapach.

Nie jestem głupia. Wiem, że to sygnał, by się pozbierać. Zacząć iść naprzód. „Wspomnienia to ostrza, a utrata sprawia, że się nie tępią” – tak kiedyś powiedział Ash. Strata kogoś, kogo się kocha, jest wystarczająco bolesna, strata dwukrotna to specjalny rodzaj okrucieństwa. Po incydencie z mrzonkowymi pnączami, jakaś część mnie chce tu zostać i czekać, aż cała odrętwieję z zimna. Może ktoś to zauważył.

Barden i Kip przygotowują kuce na kolejny dzień wspinania się coraz wyżej na te przeklęte góry. Poza tym Nisai siedzi na skraju obozowiska i pali kadzidełka modlitewne. Mija trochę czasu, zanim ich zapach do mnie dociera. Im jest zimniej, tym mniej mogę polegać na swoim nosie. Ach. Jest. Taki sam jak kadzidełko w moim ręku. To miłe z jego strony, że myśli o mnie, choć sam jest w żałobie.

Teraz rozumiem, dlaczego Ash był wobec niego lojalny. Zatem i ja też będę wierna. Jeśli ta świątynia, o której mówi Luz, okaże się godna swojej nazwy, to wiem, że Ash chciałby, żebym szła, aż tam dotrę. Dopóki książę nie będzie bezpieczny.

„Przebrnąć”, powiedziałby, biorąc mnie za rękę. „Najlepszym sposobem, by wydostać się z tego bagna, jest przez nie przebrnąć”.

Wsiadamy na wierzchowce i wyruszamy, zaczynając kolejny dzień niedoli. Wabi nas linia śniegu nad nami. Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko śniegu. Nawet gdy byliśmy z Ashem w górach Hagmiru, aż duszących od grubego baldachimu roślinności, nigdy nie wspięliśmy się tak wysoko jak my teraz po tych nagich skałach.

Formacje skalne tutaj bardzo się różnią od aphoraiskiego krajobrazu. Otaczają nas szare kamienie, tworzące pionowe szczyty, które bodą niebo. Sterczą pod każdym możliwym kątem niczym ostre skalne czerepy, tak różne od piaskowca nizin, któremu pogoda wygładza każdą ostrą krawędź. Świątynia w mieście Aphorai była najwyższym szczytem w moim świecie. Przy tych szczytach wyglądałaby jak mrowisko.

Powinnam być podekscytowana. Zaciekawiona. Nie tylko świątynią. Również znacznie głębszą tajemnicą.

Moją matką.

Kilka godzin, które spędziłam w rodzinnej wiosce, zanim wyruszyliśmy w tę podróż, miało być radosne. Zamiast tego miałam wrażenie, jakby ziemia zatrzęsła się pod moimi stopami. Powinnam być zadowolona, że ona żyje. Ciężar, który zawsze dźwigałam, świadomość, że żyję kosztem innego życia, został ze mnie zdjęty. Ale zastąpiła go ziejąca pustka. Uczucie, że jestem niechciana. Porzucona.

„Pozwoliłem ci żyć w cieniu kłamstwa”, próbował mi to wyjaśnić ojciec. „I zawsze będę tego żałował. Chciałem, żebyś była bezpieczna. Chciałem, żebyś miała własne życie. Kiedy mi powiedziała, że odchodzi zaraz po twoich narodzinach i że tam, dokąd się wybiera, nie może nas zabrać ze sobą, że zabroniono jej zabrać cię…”

W głowie mi się zakręciło. Nie musiała odchodzić? Nikt jej nie zmuszał?

Ojciec wyglądał na bezradnego, jakby usiłował znaleźć równowagę pomiędzy winą i wybaczeniem. „Yaita była zmuszona do odejścia. Nie znam wszystkich powodów, ale wiem, że ponad wszystko chciała poświęcić się jakiejś wyższej idei. Strażniczka Zapachów dopilnowała, żeby rozniosło się, że umarła na gorączkę popołogową i dzięki łasce Sephine twoja matka zachowała honor kapłanki i została odesłana do nieba. Byłem pewny, że oprócz niej tylko ja wiedziałem, że ciało złożone na stosie pogrzebowym nie należało do twojej matki. Powiedziano mi, że jeśli wiedza o tym ujrzy światło dzienne, mnie – i tobie – będzie groziło niebezpieczeństwo”.

Tu i teraz zamarzający deszcz zaczyna kłuć mnie w twarz. Ledwie widzę na dwie długości konia przed sobą.

Odrętwienie powraca razem z zimnem.

Wędrujemy nieskończenie długo. Ja uciekałam przez wieczność i po co? Po więcej tajemnic. Więcej kłamstw. Odpowiedzi, które wiele księżyców temu tak bardzo chciałam poznać, pod koniec tej podróży nie wydają mi się już istotne. Wszystko zdaje się ponure. Szare. Daremne. 

Koń stawia jedną nogę przed drugą. Nie przestaje iść. Siedzę prosto, ale to nie oznacza, że wszystko ze mną jest w porządku.

Barden jedzie obok. Celuje w obserwowaniu mnie, niczym jastrząb, ale jest zbyt niezdarny, żebym tego nie zauważyła. To, że mam tu przyjaciela, powinno być dla mnie pociechą. Ale nic nie czuję. Tak jak ten krajobraz – skały, śnieg i żadnych oznak życia – jestem pusta w środku.

Zimne dni i mroźne noce zlewają się w jedno zamarznięte piekło. Jedyna różnica polega na tym, że jesteśmy coraz wyżej, a śnieg staje się bardziej zbity. Wkrótce jesteśmy zmuszeni zsiąść z wierzchowców, by przejść przez całe połacie lodu. Przy każdym kroku możemy się poślizgnąć. Zwykle pewnie stawiające kopyta kuce teraz ostrożnie wyszukują oparcia dla nóg.

Nie mam pojęcia, jak długo idziemy i wspinamy się coraz wyżej, kiedy Luz zatrzymuje nas uniesieniem ręki.

Znajdujemy się zaledwie kilka kroków od skraju urwiska. Wiatr szarpie połami mojej peleryny, wpija mi ostre pazury w głowę pokrytą krótkimi włosami. Nawet nie próbuję mu przeszkadzać.

Luz stoi nad przepaścią, jakby nic sobie z tego nie robiła, patrzy w dół za kamieniem, który wrzuciła w otchłań, tak głęboką, że przy niej kaniony w pobliżu mojej wioski wyglądają jak zagniecenia na tkaninie. Dno jest zasnute niebieską, skłębioną mgłą. Na smród i fetor, nie mogę dojrzeć, co jest pod nią, choć niewyraźne widzenie od czasu uzdrowienia Nisaia, zaczęło mi przechodzić. A może po prostu nauczyłam się z tym żyć.

Ścieżka przed nami znika. Istnieje tylko wąska półka skalna, z trudem mieszcząca jednego kuca. Nigdy wcześniej nie było tak jasne, dlaczego kupiła górskie kuce.

Teraz omiata nas wzrokiem.

– Pojedynczo, moi drodzy. Prowadźcie zwierzęta. A jeśli macie lęk wysokości, ukryjcie go. Kuce natychmiast wyczują wasz strach i będzie przerażał je bardziej niż sama wysokość.

To pewnie najprawdziwsze słowa, jakie słyszałam z jej ust.

Gładzę Lil po szyi.

– Nic nam nie będzie, prawda, mała?

Klacz stoi nieruchomo. Gotowa. Ciepła i żywa. Nie mogę tego powiedzieć o sobie.

– Losanko, poprowadzisz?

Kip kiwa głową. Nawet nie mrugnęła okiem, słysząc tę poufałość. Jako pierwsza przyzwyczaiła się do przezwiska, które Luz jej nadała.

– Potem nasz książę, a za nim Lord Bursztyn.

Barden się krzywi. Inni nadal nie przywykli do nowych przydomków.

– Potem ty i twoja Nocna Zjawa, kwiatuszku.

Nie zawracam sobie głowy poprawianiem jej, jak Lil naprawdę się nazywa.

– A ja będę zamykała tyły.

Prycham drwiąco, mój oddech kłębi się przez chwilę, ale wiatr zaraz go rozwiewa.

– Żeby jedno z nas sprawdziło, gdzie jest najniebezpieczniejsze miejsce?

– Będę mogła wrócić i przeprowadzić kuca księcia. I tylko ja będę musiała przechodzić tamtędy trzy razy.

Och.

– Ale miło słyszeć, że odzyskujesz powoli jadowitość. Brakowało mi oparów octu. – Ostatnie słowa wypowiada z tym swoim irytującym mrugnięciem oka.

Ustawiamy się gęsiego, pozostali prowadzą kuce, ja Lil. 

Kip rusza naprzód, powoli, ale pewnie. Nisai idzie za nią, sprawdza lód końcem każdej z kul, zanim w pełni się na nich oprze. Zastanawiam się czy nie byłoby lepiej, gdyby ktoś go niósł. Z drugiej strony, czy sama bym chciała, żeby ktoś miał aż taką kontrolę nad moim losem?

Niemal w połowie drogi, jedna z kul się ślizga.

Zasysam powietrze przez zęby.

W chwilę potem Barden staje obok Nisaia, silnym ramieniem pomaga mu odzyskać równowagę, drugim trzyma podenerwowanego kuca na bezpieczną odległość. Książę bierze się w karby i ponownie skupia uwagę na ścieżce.

Moja kolej.

Półka z pewnej odległości wygląda na wąską. Z bliska wydaje się jeszcze bardziej ciasna. Ledwie może nas pomieścić. Lil ociera bokiem o skałę. Patrzę za siebie i zauważam, że strzemię wisi w powietrzu.

– Patrz przed siebie, kwiatuszku! – woła Luz.

I ten jeden raz zgadzam się z nią z całego serca.

Przemieszczam się, krok za krokiem.

Niedaleko miejsca, gdzie Nisai się poślizgnął, coś nieoczekiwanego dociera do mojego nosa. Jestem pewna, że poczułabym to wcześniej, ale mroźne powietrze wszystko zaburza.

Tam. Bestia niczym przerośnięty lew bez pierzastej grzywy skrada się po przeciwnej stronie wąwozu. Ma śnieżnobiałą sierść, która niemal zupełnie maskuje ją na tle śniegu, poza miejscami, gdzie jest pomazana krwią. Chyba niedawno się pożywiała. Mam nadzieję, że nie ma ochoty na następny posiłek.

– Spokojnie – mamroczę do Lil bez oglądania się za siebie i modlę w duchu, żeby jej nie zauważyła.

Robimy następny krok. A potem Lil prycha, przestępuje z kopyta na kopyto na półce, zrzucając w przepaść kawałk lodu.

– Nie mogę cię puścić – mówię do niej.

Ale to drapieżnik, a ona jest potencjalną ofiarą, w powietrzu wisi zapach śmierci. Nie mogę tu utknąć z klaczą, która wpada w panikę. Nigdy z własnej woli mnie nie skrzywdziła, jednak instynkt to potężne narządzie.

Patrzę na Bardena. On już przeszedł. Z powrotem na solidnym gruncie książę wzdycha z ulgą wypuszczając z ust kłęby pary.

Droga wolna. Robię kolejny krok i przywieram do niewielkiego wgłębienia w skale.

– Chodź! – rozkazuję.

Waha się, a potem jej panika mija.

Zerkam do tyłu na Luz. Jej kuc nerwowo prycha, poza tym wszystko wydaje się w porządku. A kiedy patrzę w miejsce, gdzie przed chwilą był wielki kot, nie widzę nic poza tumanami śniegu.

Przy moim obecnym stanie wzroku, pomyślałabym, że mi się przywidziało, gdyby nie wystraszona Lil.

– Nie zatrzymuj się – nakazuje Luz. – Prawdopodobnie wraca do legowiska, ale jakoś nie wyrywam się do sprawdzania tej teorii.

Wciągam głęboko powietrze, wydycham je i robię następny krok. Przemieszczam się tak wolno i tak ostrożnie, że w takim samym stopniu czuję, jak słyszę, kiedy lód trzeszczy. Próbuję przesunąć ciężar ciała, ale obsuwam się. Wykręcam ciało, lecz noga wyślizguje się spode mnie. Wtedy upadam na twarz i ocieram sobie brodę, głośno dysząc.

Nagle zaszokowana uświadamiam sobie, że nogi zwisają mi nad przepaścią.

– Rakel!

Głos Bardena. Dochodzi mnie z drugiej strony przejścia i odbija echem od skał. Bar jest za daleko, żeby podać mi rękę.

Gwałtownie macam dłonią przed sobą. Ale nie ma tam niczego, czego mogłabym się chwycić, za co podciągnąć. Zsuwam się powoli z pokrytej śliskim lodem skały. Zsuwam ku mojemu końcowi.

W moim odrętwiałym umyśle pojawia się pytanie, czy to byłoby rzeczywiście źle. Musimy być już blisko świątyni. Nisai jest bezpieczny po drugiej stronie ścieżki.

Upadek stąd pewnie przypomina lot. A później będzie po wszystkim.

Żadnego zimna. Żadnej pustki.

Żadnych niekończących się dróg.

Żadnego żalu.

Po prostu nic.

Lecz potem długie palce owijają się wokół mojego nadgarstka, niebieskie oczy wpatrują się we mnie.

– Nawet o tym nie myśl, kwiatuszku.

Z siłą, której nie spodziewałabym się przy niewielkiej posturze, Luz wciąga mnie z powrotem na półkę.

– Mam polecenie dostarczenia cię do celu naszej podróży. I wolałabym, żebyś nie była wtedy workiem zamarzniętej brei zeskrobanej z dna wąwozu. W porządku. Coś złamałaś?

Siniaki bez wątpienia pojawią się na żebrach, ramię boli mnie od wciągania przez Luz. Ugryzłam się w język, kiedy uderzyłam o lód – czuję metaliczny smak w ustach – a otarta broda piecze mnie na mroźnym powietrzu.

– Parę zadrapań, to wszystko.

– Świetnie. A teraz zapomnijmy o tym nieprzyjemnym incydencie, dobrze?

Wpatruję się w nią pustym wzrokiem.

– Ty pierwsza – nalega, wskazując ścieżkę przed nami.

Po drugiej stronie Kip kiwa do mnie głową.

Nisai omiata mnie łagodnym spojrzeniem.

– Nic ci nie jest?

Barden przepycha się przed nich i obejmuje mnie ramionami.

– Na gwiazdy, Rakel. Już się bałem, że cię straciłem.

Zmuszam się do czegoś w rodzaju uśmiechu.

Udało mi się.

Książkę Korona światła kupić można w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Shadowscent. Korona światła
P.M. Freestone0
Okładka książki - Shadowscent. Korona światła

W imperium Aramteshu zmysł powonienia jest królem wszystkich zmysłów, a zapach przenika każdy aspekt życia jego mieszkańców. Zapach...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Na wieki wieków Pani Amen
Bianka Kunicka - Chudzikowska
Na wieki wieków Pani Amen
Spowiedź Goebbelsa
Christopher Macht
Spowiedź Goebbelsa
A miał być happy end
Katarzyna Kalicińska
A miał być happy end
Niskorosła
Joanna Bartoń
Niskorosła
Sam i Watson patrzą sercem
Ghislaine Dulier
Sam i Watson patrzą sercem
Największy sekret
Rhonda Byrne
Największy sekret
Czerwona księżniczka
Sofka Zinovieff
Czerwona księżniczka
Pokaż wszystkie recenzje