Tajemnicze zbrodnie i szalone ambicje. „Consilio" Danuty Marć

Data: 2022-03-16 14:40:10 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Kraków, lata dwudzieste XX wieku. W Szpitalu Uniwersyteckim grupa osób skupionych wokół lekarza Juliana Zagajewskiego prowadzi tajne badania naukowe, eksperymentując z pionierskimi przeszczepami organów. Nieszczęśliwy wypadek kobiety bliskiej sercu jednego z medyków powoduje, że ambitni badacze posuwają się o krok za daleko...

Krakowska policja kryminalna zaczyna odnotowywać liczne przypadki okrutnego traktowania ludzi i zwierząt, a podejrzenia padają na środowisko medyczne.

Czy początkiem mrocznych zajść mogła być samobójcza śmierć pewnego sowieckiego zbiega i dokumenty, które razem z nim trafiły do Polski?

Obrazek w treści

Consilio Danuty Marć to opowieść o tajemniczych zbrodniach, szalonych ambicjach ludzi nauki oraz o początkach transplantologii, która odkrywa swoje ponure oblicze. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Lira. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki: 

Wydarzenia opisane w książce nie są prawdziwe. Celowo jednak przedstawiłam je na tle autentycznych miejsc, dokonań i wynalazków czasów, w których się dzieją. Wzmiankowałam o rzeczywistych wybitnych naukowcach, którzy działali wcześniej lub w latach, w których toczy się wymyślona przeze mnie historia. Ich osiągnięcia były bardzo istotne dla moich bohaterów, którzy są w stu procentach fikcyjnymi postaciami. Powiązanie ich z genialnymi ludźmi, którzy faktycznie wtedy żyli, miało na celu tylko i wyłącznie stworzenie pozoru realności postaci i przybliżenie czytelnikowi wymyślonych osób.

Autorka  

1

Rok 1926

Powietrze wisiało, było ciężkie od zapachów lata. Po dwutygodniowym upale rośliny straciły turgor* i tylko smętnie szeleściły uschłymi organami w nikłych, niemal nieodczuwalnych podmuchach wiatru. Liście ziół skręciły się niczym trąbki osadzone na kikutach łodyg. Leniwe gąsienice, wpełznąwszy w nie, chroniły swe włochate ciała przed spływającym z nieba żarem.

— Nie mam już siły, to koniec… — wyszeptał, mając wrażenie, że zaraz wyzionie ducha.

Zwalił się, dysząc ciężko, na suchą i przykrą w kontakcie ze skórą łąkę. Pokrowiec spękanej ziemi, upleciony z poplątanych źdźbeł trawy pozbawionych, jak i ona, jakiejkolwiek wilgoci.

— Naprawdę już nie mogę. Boże, nie pozwól im mnie znaleźć… — dodał.

Uniósłszy głowę nad połamanymi badylami, sunął wzrokiem po zaroślach, z których przed chwilą wypadł. Nic, ani śladu pogoni. Widać dali za wygraną.

Boże, dziękuję… — pomyślał.

Oblizał spierzchnięte usta. Gęsta, mazista ślina spotęgowała tylko uczucie pragnienia. Położył się na wznak. Wciągnął głęboko w płuca powietrze wypalone słońcem, drażniące woniami, usiłując wyrównać oddech. Musi tak pozostać. Odczekać. Upewnić się, że swołocz nie podąża już za nim.

Na szczęście nie mieli psów. W duchu dziękował za to opatrzności, bo gdyby było inaczej, nie miałby z nimi szans. Dopadliby go, zanim przekroczył zieloną granicę. Dźwignął się i znowu rozejrzał lękliwie nad pożółkłymi kępami, po czym ponownie opadł na ziemię, wzbijając tuman kurzu. Znieruchomiał, wlepiając wzrok w bezkresny błękit.

Ani jednej chmury. Nie ma szans na deszcz… pomyślał zrezygnowany.

Zmacał brudną dłonią zawiniątko we wnętrzu przepastnej kieszeni. Spoczywało bezpiecznie pod powłoką spłowiałego płótna starej bluzy, oddzielone przepoconą materią od mocno bijącego serca.

Zapadł w letarg, przerywany nerwowym opędzaniem się od much i bąków. Kąsały bezlitośnie, żłopiąc wprost z krwiobiegu lub zlizując szybko krzepnącą krew z licznych zadrapań. Strach trzymał go jeszcze przez jakiś czas pośrodku tego upiornego skwaru i wampirycznych pasożytów.

W końcu wychynął spomiędzy zakurzonych, obumarłych pędów. Ospale podniósł obolałe ciało z ziemi. Mięśnie nóg w odwecie zaprotestowały nieznośnym bólem, nienawykłe do kilkugodzinnego marszobiegu. Mimo to powlókł się ku pasmu zmęczonych drzew na brzegu wygonu. Dystans do nich zmniejszał się z każdym chwiejnie stawianym krokiem. Jeszcze tylko dwa, trzy skurcze i rozkurcze tkanki. Tyle wystarczy, żeby znaleźć się poza zasięgiem żaru.

Kiedy tam dotarł, oparł plecy o chropowaty pień starej wierzby. Rozkoszował się jej cieniem, z oczyma nadal czujnie wlepionymi w suchą łąkę. Jednocześnie wyczuwał nozdrzami niewielką zmianę zapachu i wilgotności powietrza. Jak wiedzione instynktem zwierzę.

Odwrócił się i skierował wzrok poza zarośla. Dostrzegł zakole rzeki, która jeszcze niedawno musiała wartko płynąć po niewielkiej wklęsłości terenu. Teraz pozostała nikła struga z wodą rozlewającą się gdzieniegdzie w płytkie kałuże.

— Woda! — szepnął i mimo zmęczenia podszedł spiesznie do tego ratunku.

Spiekota odsłoniła w korycie kacze mydło** o gołębim kolorze, zalegające warstwami pomiędzy kamieniami dna. Pochylił się, nabrał w dłonie ciepławej wody i pił, nie zważając na jej zmętnienie. Kilkakrotnie powtarzał czynność, zaspokajając pragnienie. Potem zdjął bluzę i spodnie, ułożył je starannie z dala od strumienia, by nie zamokły. Zaczerpnął mazistej niebieskawej gliny kaczego mydła i roztarł po obolałym ciele. Odczuł ulgę, chłodząc miejsca ukąszeń i przepracowane mięśnie.

Spłukał z siebie ił, nie czekając, aż zaschnie. Gołębioszare strużki spływały po skórze. Zbaczały, napotkawszy strupy lub splątane kępki włosów.

Doprowadził do porządku odzienie, strzepał z niego kurz i źdźbła traw. Podwinął rękawy, by zamaskować naderwaną tkaninę. To na wypadek spotkania kogoś po drodze. Żałował, że nie może zostać w tym zakątku dłużej, uprać i wysuszyć przepoconej odzieży. Zarzucił więc nieświeże ubrania na czyste ciało i czmychnął w las po drugiej stronie rzeki.

2

Przed zmierzchem natknął się na starą szopę. Rozłaziła się po polanie, sypiąc we wszystkie strony zmurszałymi deskami. Zwietrzały szkielet ledwo mógł ochronić go przed wzrokiem nieoczekiwanego przybysza.

Pomimo to zdecydował, że zostanie tu na noc. Zgarnął w najbardziej osłonięty kąt budy resztki siana, walające się tu i ówdzie po dziurawej podłodze. Chwilę trwało, nim umościł ciało, tak by nie czuć dotkliwego bólu, na prowizorycznym posłaniu.

Natychmiast zapadł w ciężki sen, przerywany szmerami i rumorem leśnej nocy. Nie sądził, że ciemność może być tak głośna. Nie potrafił rozpoznać źródeł westchnień, stukotów, pohukiwań i nagłych krzyków przeszywających powietrze. Nie orientował się dobrze w tych odgłosach. Rozumiał jednak, że były one rezultatem dzikiego życia. Zwykłego dla gąszczy rozciągających się wokół jego schronienia.

Dla niego jednak były czymś nieznanym. Czymś przerażającym. Z ulgą przyjął więc brzask wlewający się do środka przez szpary między deskami.

Postanowił spędzić w tym ustroniu kilka najbliższych dni, by zmylić ewentualne poszukiwania, zanim podąży dalej. Logika powiedzie tropiących go od razu do Krakowa. Każdego, kto zna jego przeszłość i będzie ścigać zbiega — od razu do Krakowa. Odczeka więc, aż zaniechają bezowocnych poszukiwań w mieście.

* Ciśnienie wewnątrzkomórkowe wywierane na ściany komórkowe, dzięki któremu zachowana jest jędrność blaszek liściowych i łodyg. Obniżenie turgoru powoduje więdnięcie rośliny.

** Ił ze skały łupkowej koloru niebieskiego lub szarego, zalegający na dnie strumienia, pieniący się po roztarciu.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Consilio. Powieść Danuty Marć kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Consilio
Danuta Marć 3
Okładka książki - Consilio

Kraków, lata dwudzieste XX wieku. W Szpitalu Uniwersyteckim grupa osób skupionych wokół lekarza Juliana Zagajewskiego prowadzi tajne badania naukowe, eksperymentując...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo