Wichura. Fragment książki „Ktosiek 2.0"

Data: 2019-12-05 10:04:12 Autor: Sławomir Krempa
News - Wichura. Fragment książki „Ktosiek 2.0

Ktosiek 2.0 to barwna, zagadkowa, tchnąca optymizmem opowieść o chłopcu, który musi odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji i w nieznanym, zadziwiającym miejscu. Po wielu latach Ktosiek, bohater pierwszego tomu książki, sprowadza się z kilkuletnim synem do domu dziadków. Chłopiec podąża śladami ojca i odkrywa uroki opuszczonego ogrodu. Pewny siebie, wszystkowiedzący urwis, zafascynowany grami i Internetem zaczyna się zmieniać. Okazuje się też, że czasami daleko pada jabłko od jabłoni...

***

Ktosiek 2.0 to opowieść o tym, jak w miarę dorastania dzieci stają się przyjaciółmi rodziców. Autorka bardzo umiejętnie i z wielką łagodnością prowadzi czytelnika – aż do ostatniego rozdziału nie można przewidzieć zakończenia. Inaczej tę książkę odbiorą dzieci, a inaczej dorośli, ale jednym i drugim ma szansę się spodobać oraz przynieść wiele radości i korzyści – dr Monika Waluś

***

Ktosiek 2.0 to poetycka, wzruszająca powieść o chłopcu, który powraca ze świata wirtualnego do więzi z ludźmi i do realnego świata – jedynego, który może zaspokoić pragnienia ludzkiego serca. Ta książka to remedium, które skutecznie chroni przed pułapką cywilizacji wirtualnej. (...) Czytałem tę historię z radością i wzruszeniem, podobnie jak pierwszy tom Ktośka – ks. dr Marek Dziewiecki

***

Ktosiek 2.0 to opowieść chwilami wzruszająca, chwilami – lekko zabawna, momentami nostalgiczna, a nawet trochę smutna. Cały czas karmi czytelnika pozbawioną naiwności i taniego optymizmu pogodą ducha, pozytywnym nastawieniem do życia, świata i ludzi. Pokazuje nam, jak ważne są spotkanie z drugim człowiekiem, przyjaźń, relacje z bliskimi. Dlaczego nie należy gnać szaleńczo przez życie, dlaczego warto znaleźć czas na rozglądanie się wokoło siebie i dostrzeganie chociażby piękna dzikiej przyrody. Dlaczego warto być cierpliwym i nie zrażać się porażkami.

->recenzja książki Ktosiek 2.0 w serwisie Granice.pl

Dziś w naszym serwisie możecie przeczytać premierowe fragmenty powieści Ktosiek 2.0:

Wichura

Pogoda nam się zepsuła. Po fali upałów i wielkiej nocnej burzy ochłodziło się i silnie wiało z zachodu, zaganiając na niebo całe stada wielkich, szaro-białych obłoków. Słońce chowało się za nie przed południem i dopiero przed wieczorem trochę wyglądało. Za to noce były pogodne, a niebo czyste. Jakby nie mogło być odwrotnie. Dziadek czytał mi prawie codziennie o lotnikach i zacząłem się wciągać w tę historię. Cieszyłem się, że jest coraz bardziej sprawny, choć zmęczony rehabilitacją. Mimo to nudziłem się kosmicznie, bo Franek wyjechał nad morze, a nie zdążyłem poznać nikogo innego. Trochę mu współczułem, bo pogoda nie była najlepsza na plażowanie i kąpiel.

– To może pójdziesz posłuchać drzew do ogrodu? Za altaną jest stara grusza. Trochę trudno tam dotrzeć, ale na pewno ci się uda. Im starsze i wyższe drzewo, tym głośniej przemawia… Nie ma chyba bardziej sędziwego okazu w okolicy. Dwie osoby nie obejmą pnia, tak jest gruby – zachwalała babcia, pokazując mi jego czubek przez okno spiżarni na tyłach domu. Najwyraźniej miała dosyć mojego narzekania na nudę i chciała się mnie pozbyć.

– Drzewa nie mówią – odpowiedziałem zdecydowanie. „Takie bajki można wciskać małym dzieciom. Bez przesady, kto by uwierzył w takie historie!” – myślałem. Fakt, nie byłem jeszcze za altaną, ale przedzierać się przez tę plątaninę? Nie chciało mi się za bardzo. Nie lubiłem się zbytnio wysilać.

– Czyli jeszcze nie słuchałeś drzew… – Babcia uśmiechnęła się zagadkowo.

Nuda mnie trawiła od głowy, coraz bardziej w kierunku rąk i nóg, więc gotów byłem zrobić cokolwiek, aby się jednak wyrwać z marazmu. Dziadek dziś nie mógł mi czytać, bo pomagał babci w robieniu przetworów, więc nie wytrzymałem i samodzielnie przeczytałem dwa rozdziały. „Oj, gdybym tak miał audiobooka. Poleżałbym sobie, posłuchał…” – wzdychałem. Posprzątałem po obiedzie zgodnie z grafikiem, a potem znów nie miałem co robić.

– To idę za altanę – rzuciłem na odchodne, a babcia z dziadkiem wymienili się spojrzeniami. O co im znowu chodziło?

Z domu dobrze było widać ciemnozielone drzewsko, ale gdy zagłębiłem się w chaszcze, z trudem zachowywałem właściwy kierunek. Szybko minąłem altanę. Z zarośli czmychnęła kotka. „Może mieszka tutaj?” – przebiegło mi przez myśl. Nie było żadnej dróżki, więc rozglądałem się, gdzie najłatwiej będzie przejść, i tak klucząc, zygzakiem kierowałem się w stronę gruszy. Coś mi się jednak najwyraźniej pomyliło, gdyż wyszedłem na drogę wyciętą przez pechową maszynę. Błądzi się, jak się traci z oczu cel.

Zadarłem głowę, aby zobaczyć, gdzie znajduje się grusza, ale średnio było widać cokolwiek poza splątaną zieloną masą gałęzi, więc ruszyłem w kierunku stawu. Może z tamtej strony będzie widoczna? Gdy cel jest zbyt blisko, to też możesz go na chwilę stracić z oczu, bo jest tak ogromny i widać tylko jego część. Najlepiej się widzi z perspektywy.

W połowie drogi zauważyłem, że w prawo odchodzi jakby ścieżka, wąski niski tunel wśród zieleni. Lepsze to niż przeciskanie się między krzakami, które niemiłosiernie drapały po rękach. Dodatkowo wichura targała koronami drzew co chwilę w inną stronę. Przecież musiała być jakaś lepsza droga do gruszy, skoro babcia tutaj przychodziła. Nie wyobrażałem sobie, aby przedzierała się przez zarośla jak ja. Może po prostu czasami trzeba znaleźć właściwą ścieżkę do celu? Może niektórzy nie potrafią jej znaleźć i dlatego do niego nie docierają?

W mrocznym korytarzu wiatr hulał wcale nie mniej niż na otwartej przestrzeni. Czułem, że zmierzam w dobrym kierunku i tym razem się nie pomyliłem. W odległości kilku metrów, przy ścieżce ujrzałem gruby, spękany, czarny pień. Dopiero gdy podszedłem do drzewa i spojrzałem w górę, zdałem sobie sprawę z jego potęgi – tysiącem gałęzi wybijało się wprost w niebo. Między jednym a drugim konarem, wcale nie tak wysoko, w szerokiej dziupli nieruchomo tkwił posągowy ptak o wielkich oczach. Skłonił lekko głowę, aby mnie obejrzeć, ale tułów mu nawet nie drgnął. Potem spojrzał w bok. Wydawało mi się, że może obrócić głowę dookoła bez najdrobniejszego poruszenia ciała.

– Cześć sówko! – zawołałem, a ona znów spojrzała na mnie, aby po chwili zawiesić wzrok gdzieś z boku. Nie wydałem się jej ciekawym obiektem do obserwacji, choć ja wpatrywałem się w nią jak zahipnotyzowany.

I wtedy usłyszałem przeciągłe jęki i jakby łopotanie flagi na wietrze. Dźwięki ustały po chwili i znów się rozległy. Kilkakrotnie natężały się i cichły. Podejrzliwe spojrzałem na sowę, ale ona milczała jak zaklęta, mimo że przecież nocą pohukiwała dosyć groźnie. Dziś dawała mi znak, że to nie ona jest sprawczynią hałasu. „Może tak właśnie gadają drzewa?” – zadałem sobie pytanie, na które wciąż nie znałem odpowiedzi. Przyłożyłem ucho do gruszy i przez chwilę wsłuchiwałem się w ciszę. Czy jak się nic nie słyszy, to się słyszy… ciszę? Chyba nie. Potem usiadłem na wystającym korzeniu, a w końcu czule objąłem pień gruszy. I wtedy przez drzewo przeszedł dreszcz, który odczułem pod swoim policzkiem, i usłyszałem ciche zawodzenie. Grusza jęknęła przeciągle. Zdałem sobie sprawę, że zaśpiewała po swojemu przy silnym podmuchach wiatru. Wsłuchiwałem się w tę rzewną melodię, aby zrozumieć słowa. Stara grusza lamentowała cicho, że nie ma wigoru, jest pusta w środku, mocno spróchniała, pełna sęków, podgryzają ją korniki, a koroną od początku bezskutecznie próbuje dosięgnąć nieba. I że nieznośny huncwot-wiatr uwielbia dokuczać jej i innym starym drzewom, więc one na znak sprzeciwu śpiewają ballady o ciszy i młodości. Mogą się tylko żalić… Zafrasowałem się i znów przysiadłem na korzeniu.

Sowa uparcie wpatrywała się w jeden punkt, zupełnie mnie ignorując. Nie przejmowała się skrzypieniem pnia, choć ja dalej nasłuchiwałem, próbując zrozumieć wszystkie nuty. Nie bała się mnie, ale dziś ja się jej też nie bałem. Po chwili niespodziewanie zatrzepotała skrzydłami i zniknęła gdzieś w koronie sąsiedniego drzewa. Obszedłem gruszę dookoła, rozglądając się na boki i wtedy zobaczyłem lśniący kolorowy balon w kształcie serca łopoczący na wietrze. To w jego kierunku uparcie spoglądała sowa i to on ją niepokoił. Zawiało wyjątkowo mocno, drzewo jęknęło przeciągle, potem westchnęło utrudzone walką z wichurą, a dmuchane serce o mało nie uwolniło się z uwięzi i nie poszybowało w przestworza. Wtedy zauważyłem, że ktoś przyczepił do niego kartkę. Może to jakiś list, przesłanie, prośba o pomoc? Gorączkowo zastanawiałem się, coby mogła znaczyć zwisająca na wstążce kartka, bo przecież musiała coś znaczyć. Wszystko, co się wydarza, ma znaczenie, tylko czasami nie wiemy, jakie.

Trzeba szybko zadziałać, ściągnąć balon na ziemię, aby nie porwał go wiatr i nie pognał, nie wiadomo gdzie. Ale jak to zrobić? Wisiał wysoko na cienkiej gałęzi. Poza tym tata zabronił mi chodzić po drzewach. „Oby tylko wiatr się uciszył!” – prosiłem w duchu rozemocjonowany, nie mogąc znaleźć wyjścia. Gdy przebiegłem w myśli wszystkie możliwe rozwiązania, jak zwykle zdałem sobie sprawę, że sam nie dam rady i muszę szukać pomocy. Jak najszybciej posuwałem się nibyścieżką do drogi, a potem pędem ruszyłem do domu.

– Co taki zziajany? – zapytał mnie tata, kończąc późny obiad.

– List wisi na drzewie i… wiatr go zaraz zabierze – wykrztusiłem, ledwie łapiąc oddech.

– Jak to, listonosz zgubił? – dopytywał mnie bez sensu.

– Nie, leci z balonem. – Powoli odzyskiwałem głos. Padłem na krzesło bez tchu.

Tata milczał, dopijając herbatę. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.

– Może to jest wołanie o pomoc od rozbitków na bezludnej wyspie? Musimy działać – przekonywałem go.

– Wytłumacz mi, o co chodzi… – Z niewzruszonym spokojem patrzył na mnie pytająco.

Opowiedziałem historię, której słuchał z rosnącym zainteresowaniem.

– Ciekawe, ciekawe… Nie wiem, czy mamy tak długą drabinę. Można by spróbować czymś złapać balon albo przebić, aby nie poleciał dalej… Nie wiem, nie wiem… – powiedział w końcu.

„Jak może nie wiedzieć!” – wkurzałem się na niego bezsensownie, choć ja sam bladego pojęcia nie miałem, co robić. „Dzieci mogą czegoś nie wiedzieć, ale kto ma wiedzieć, jeśli nie dorośli?” – mówiłem do siebie.

– To chodź ze mną, coś wykombinujemy – zaproponowałem w końcu.

Ogarnęła mnie prawdziwa gorączka. Tata posuwał się jak ślimak. „A co, jeśli balonu już nie ma? Ktoś inny odczyta list! Chyba tego nie przeżyję. Czuję, że jest to list właśnie do mnie” – roztrząsałem w myśli. Gnałem jak na skrzydłach. „Och, gdybym naprawdę miał skrzydła, to poleciałbym wysoko i zdjąłbym balon” – marzyłem. Na szczęście jeszcze tkwił na drzewie.

– Tato, a może by tak zarzucić wędkę i złapać go na haczyk? – zapytałem.

– Balon nie połknie haczyka, co najwyżej udałoby się go przebić… – Tata nie był zachwycony pomysłem. Dreptał w koło i dumał. Przynajmniej wiedział, że sprawa jest poważna.

– Musimy go czymś zahaczyć, jakimś kijem, i ściągnąć na ziemię – wymyślił w końcu.

Ruszyliśmy do garażu po siekierę, aby uciąć jak najdłuższy patyk. Babcia nas zastała przy wejściu. Wysłuchawszy historii doradziła:

– Lata temu do ściany stajni przytwierdzony był długi bosak. Może by się w końcu przydał do czegoś. Kiedyś nie instalowano piorunochronów, więc na budynkach umieszczało się bosaki na wypadek pożaru. Pamiętam doskonale, bo nazywałam go halabardą.

Dostać się do stajni wcale nie było łatwo. Już raz próbowaliśmy.

– Musimy znaleźć jakieś dojście. To niemożliwe, aby nie było tam żadnej dróżki – powiedziałem do taty nauczony już doświadczeniem. Udało się. Znaleźliśmy miejsce, gdzie kiedyś przechodziła w poprzek ścieżka – w jedną stronę wiodła w kierunku stajni, a w drugą do starej gruszy i dalej. Przedzieranie przez nią polegało nie tyle na omijaniu slalomem krzaków, co na skuleniu się i mocnym pochyleniu głowy, odgarnianiu pędów, aby nie zawadzać o zwisające gałęzie.

– Byliśmy już tam kiedyś. Nawet udało się nam dostać do pomieszczenia z karocą. Drugie drzwi były zamknięte, ale halabardy nie widziałem… – poinformowałem tatę.

– To prowadź! – Zdał się na mnie tata.

– Ale wtedy szliśmy nieprzetartym szlakiem. Kto wiedział, że kiedyś była tu ścieżka? – Zdałem sobie sprawę, że dochodzenie do celu też wymaga strategii i nie zawsze warto brnąć na oślep byle dalej. Czasami lepiej się zastanowić, poszukać sposobu, możliwości, dowiedzieć się…

Dotarliśmy do stajni od strony zamkniętych drzwi. Tata poruszył silnie klamką raz i drugi, pociągnął, w końcu szarpnął, ale bez efektu. Zajrzał przez wyłamane wrota i zobaczył karocę.

– Musimy tu wrócić, ale teraz szukajmy bosaka.

Znaleźliśmy go dopiero z trzeciej strony. Czwarta strona stajni dalej pozostała nieodkryta. Długi kij z zakrzywionym szponem na koniuszku wisiał wysoko na wielkich hakach, więc z niemałym trudem go zdjęliśmy i ruszyliśmy z powrotem. Chodzenie po chaszczach z bosakiem, który zawadzał wciąż o gałęzie, to dopiero sztuka! Droga powrotna trwała trzy razy dłużej i doprowadziła tatę do białej gorączki. Na szczęście wiatr jakby powoli ustawał, więc rosła nadzieja, że nie przedzieramy się na próżno. Zmierzchało już, gdy dotarliśmy do gruszy. Balon dalej mienił się wśród drzew na znacznej wysokości.

Halabarda okazała się za krótka, więc tata wziął mnie na barana i za którymś podejściem z ledwością zahaczyłem bosakiem za wstążkę z listem i powoli pociągnąłem w dół. Uf, udało się… Wielkie, połyskliwe, balonowe serce było nasze. List okazał się tylko twardą karteluszką zapisaną maczkiem. Tata powiedział, że laminowaną i w języku niemieckim. Ileż to kilometrów leciała z wiatrem, aby zaczepić się o ostre kolce naszej gruszy i ostatecznie zaplątać w koronie drzewa?! Gdyby nie sowa, może bym jej nie zauważył? Nie mogłem wyjść z podziwu. Tylko, że nie znaliśmy niemieckiego…

– Dziadek zna, więc przeczyta – uspokoił mnie tata, gdy głośno dumałem, co będzie teraz. Oparł bosak o gruszę i ruszyliśmy do domu. Ściskałem prawie pusty balon przed sobą i delikatnie trzymałem list. W głowie kotłowały mi się najbardziej nieprawdopodobne myśli.

Dziadek nałożył okulary i z namaszczeniem coś dukał pod nosem. Chyba jego znajomość niemieckiego nie była wielka, ale historia w miarę czytania okazywała się coraz bardziej niezwykła. List pisany był przez polską dziewczynkę, która miała nadzieję, że wiatr zaniesie balon za Odrę, do naszych sąsiadów. Chyba nie znała niemieckiego, więc dziadek miał problem z odczytaniem z powodu wielu błędów. Pisała go Florentyna, mająca dwanaście lat, z miasteczka przy granicy, mieszkająca w domu pełnym dzieci. Raz w roku, tradycyjnie w czerwcu, na święto patrona po wieczornej uroczystości każdy mieszkaniec ośrodka wypuszczał balon wypełniony helem z dowolną wiadomością. Niektóre dzieci wypisywały śmieszne rzeczy dla kawału, bo prawdziwe listy adresowały do swoich bliskich. Florentyna pisała do kogokolwiek albo do kogoś nieokreślonego, a może do kogoś konkretnego, na pewno do takiego, który ma otwarte serce. Wiedziałem, że chciała nawiązać kontakt. Miała tylko jedno życzenie-zagadkę: „Chciałabym Cię poznać drogi przyjacielu czytający ten list. Odnajdziesz mnie?” Zdawała się na wiatr, który wybrał adresata, i zamiast pognać balon za wielką rzekę, wywiódł go wbrew jej intencjom do zdziczałego ogrodu setki kilometrów w przeciwną stronę. Domyśliliśmy się, że mieszka w domu dziecka i może nawet nie zna nikogo, do kogo mogłaby wysłać wiadomość. Zadumałem się. Wszyscy zamilkliśmy.

– To nie jest przypadek – zawyrokowałem i byłem dziwnie wdzięczny zachodniemu wichrowi, że przyniósł tutaj tajemniczy list i… dodatkowo nauczył mnie słuchać drzew. Naprawdę czułem, że był adresowany do mnie, choć Florentyna nie wiedziała o moim istnieniu. Czasami nadzwyczajne zdarzenie łączy niby przypadkowych ludzi, w gruncie rzeczy jakoś tam pasujących do układanki, jaką jest życie. Niekiedy wiatr pokrętnie gna nasze myśli do osób, których nawet nie chcielibyśmy poznać i nie wiemy, że istnieją…

– Odnajdziemy ją i zaprosimy do nas – postanowił tata, niewiele się namyślając.

Kto by przypuszczał, że nudny wietrzny dzień może zakończyć się tak niezwykle. Właściwie to każdy, nawet najgorszy dzień może być albo niespodziewaną lekcją, albo wyczekiwanym wybawieniem, albo punktem zwrotnym. Tego zawczasu nie wiadomo, wiadomo natomiast po fakcie…

– Florentyna, Florentyna, co za dziwaczne imię. Kim jest ta dziewczynka? – zadawałem sobie to pytanie po cichu, zanim zasnąłem.

Książkę Ktosiek 2.0 kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Ktosiek 2.0
Beata Piliszek-Słowińska0
Okładka książki - Ktosiek 2.0

Barwna, zagadkowa, tchnąca optymizmem opowieść o chłopcu, który musi odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji i w nieznanym, zadziwiającym miejscu...

dodaj do biblioteczki