Czas między wielkimi wojnami XX wieku.
W sztetlu, położonym gdzieś między Krakowem a Lublinem, mieszkają wyznawcy trzech religii – katolicyzmu, prawosławia i judaizmu. Zarówno przekonania religijne, jak i mentalność oraz tradycja mają wpływ na życie mieszkańców, nie przeszkadza to jednak im być sąsiadami, znajomymi, przyjaciółmi.
Niemałą rolę w życiu miasteczka odgrywa przyroda i zwierzęta towarzyszące człowiekowi. Nikt nie ma patentu na mądrość, nikt nie jest bez grzechu, bo wszyscy są tylko ludźmi. Targają nimi namiętności, czasami determinującą rolę odgrywa w ich życiu historia, jeszcze innym razem prawa biologii, zawierające się między narodzinami a śmiercią.
Wszyscy bohaterowie budzą w czytelniku jakiś rodzaj czułości, którą darzy ich świat cisza, narratorka opowieści, nieodłączna towarzyszka ludzkiej egzystencji. Właśnie ona posiada nieograniczoną wiedzę o mieszkańcach sztetla. Cisza jest dyskretna, tkliwa i mądra. Wielokrotnie właśnie ona zabiera glos, by skomentować wybory, życie i losy bohaterów.
Wydawnictwo: Czarna Dama
Data wydania: 2026-01-29
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 342
Tytuł oryginału: Ani tu, ani nigdzie
Język oryginału: Polski
ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗠𝗶𝗲𝗷𝘀𝗰𝗲 𝗽𝗼𝗺𝗶ę𝗱𝘇𝘆 ś𝘄𝗶𝗮𝘁𝗮𝗺𝗶
Są historie, które nie potrzebują wielkich wydarzeń, by potrafiły mnie poruszyć. Wystarczy kilka ludzkich losów, miejsce naznaczone codziennością i cisza, która pamięta więcej, niż mogłoby się wydawać. Taką opowieścią jest 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 autorstwa Barbary Malawskiej. To książka, która poprowadziła mnie do świata spokojnego i kruchego zarazem, do miejsca, w którym życie płynie własnym rytmem, a ludzkie historie splatają się ze sobą w sposób niemal niezauważalny. Już od pierwszych stron czułam, że będzie to opowieść bardziej do przeżywania niż do pośpiesznego czytania, dlatego z ogromną ciekawością zanurzyłam się w tej historii. Czytanie tej powieści było dla mnie czymś więcej niż tylko spędzaniem czasu z literaturą. Od zawsze wierzę, że książki potrafią mówić do mnie w wyjątkowy sposób. Jedne przynoszą chwilę wytchnienia, inne zostają w sercu i skłaniają do refleksji. Lubię historie, które zachwycają słowem, klimatem i przesłaniem, jakie autorzy subtelnie wplatają w swoją opowieść. 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to książka, która pozwala na powolne czytanie i delektowanie się każdym zdaniem, a jednocześnie wymaga uważności, szczególnie ze względu na zastosowaną narrację nielinearną. Autorka nie prowadzi wydarzeń w porządku chronologicznym, lecz swobodnie przeskakuje w czasie. Opowieść zaczyna się od końca, przeplata teraźniejszość z przeszłością, wplata retrospekcje, wspomnienia, a czasem także wizje przyszłości. Dzięki temu poznawałam historię w sposób bardziej złożony, chwilami zaskakujący, ale jednocześnie dający głębszy wgląd w emocje i motywacje bohaterów. Ten zabieg budował napięcie, wprowadzał nutę tajemnicy i sprawiał, że ciekawość towarzyszyła lekturze książki aż do ostatnich stron.
Barbara Malawska snuje historie ludzi, których losy w nieoczekiwany sposób się splotły i wzajemnie na siebie wpływały. Choć nie zawsze wszystko kończy się dla każdego pozytywnie, w powieści nie ma dramatyzmu, gwałtownych zwrotów akcji ani burzliwych emocji. Wszystko toczy się spokojnie, w ciszy, która w życiu każdego człowieka jest obecna, a w tej książce staje się nietypowym narratorem. To cisza opowiada i komentuje to, co dzieje się w sztetlu, małej miejscowości, gdzie mieszkają wyznawcy judaizmu, katolicy i protestanci. Egzystując obok siebie, współżyją w harmonii, a gdy trzeba, sobie pomagają. To miasteczko wyróżniało się tym, że miało trzy krańce. Pierwszy, żydowski, z synagogą, drugi prawosławny, z cerkwią, i trzeci chrześcijański, z ceglanym kościołem. Trójkąt wyznaczony przez te świątynie tworzył przestrzeń oka opatrzności.
Jeśli w miasteczku działy się rzeczy dziwne, z pozoru niemożliwe, mieszkańcy sztetla w każdym zdarzeniu widzieli sens. W narodzinach nadmiernie owłosionego dziecka, w śmierci Eleonory, żony Bogdara, i w tym, że jej grób odwiedzał majętny Tyszkowski, prowadzący za rączkę dziecko podobne do Eleonory. Święta Bożego Narodzenia też były inne, bo różnie obchodzone przez mieszkańców miasteczka. Każdy czynił to zgodnie ze swoją wiarą.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to historia nieoczywista, napisana pięknym językiem, balansująca na granicy rzeczywistości i realizmu magicznego. Pomiędzy ciszą, dzwoniącą w uszach, a wiarą w Boga czczonego przez wyznawców trzech różnych religii. O gromadzie ludzi żyjących ze sobą w symbiozie, gdzie wszyscy potrzebowali Boga i nie miało znaczenia, jak Go nazywali. Bogiem, Ojcem, Haszem, wszyscy pragnęli Jego opieki i obecnej ciszy.
W książce pojawia się mnóstwo postaci powiązanych ze sobą w różny sposób. Autorka starała się tak o nich opowiedzieć, by każdego z nich dało się poznać. Przedstawione postaci to często ludzie samotni, którzy choć żyją wśród innych, pozostają jednak jakby na uboczu. Są inni, więc ludzie ich nie rozumieją, ponieważ żyją po swojemu. Czasem w sztetlu, czasem poza nim. Często uważano ich za wariatów, bo nie potrafiono zaakceptować kogoś, kto różnił się od reszty. Często z konieczności przyzwyczajali się do ich obecności. Resztę dopowiadał wszechwiedzący narrator, jakim była cisza. Ona wie najwięcej, bo towarzyszy ludziom od zawsze. Nie ocenia, mówi o nich z czułością.
Cisza, o której tak łatwo zapominamy i którą tak często lekceważymy, gdy szukamy zgiełku, hałasu, gwaru, a przecież to ona ma władzę nad słowem, bo to dzięki niej rodzi się potrzeba nazywania myśli. Ta historia pokazała, że wszystko ma swoją kolej i swój porządek, że wszystko dzieje się po coś. Nawet ludzie, którzy wydają się dziwni, mają swoją rolę do spełnienia. Jednak jeśli ktoś wyjedzie, jak Borys, szukać szczęścia w wielkim świecie, mieszkańcy szybko o nim zapominają. Tylko rodzice cierpią i tęsknią. Przecież wyrwy w pamięci i w życiu wypełniają się nowymi ludźmi, nowymi zdarzeniami, nowymi doświadczeniami. Nikt nie pielęgnuje wspomnień tych, których już nie ma. Lepiej zapomnieć, przeskoczyć jak strumyk i iść dalej.
Ta historia nie jest optymistyczna, choć napisana pięknym językiem, niesie ze sobą ciężar ludzkich losów. Ludzie z jednej strony prosili Boga o łaskę i cud, a z drugiej, gdy się spełniało, oczekiwali, że ten sam Bóg im to zabierze i każe za szczęście zapłacić. Przyznaję, że Judaizm znam bardzo pobieżnie i nie orientuję się dokładnie w zasadach tej religii, ale podczas lektury odniosłam wrażenie, że zatrzymał się na Starym Testamencie, dlatego Bóg jest przez nich postrzegany w taki sposób. Wszyscy wydają się nieszczęśliwi, bo uważają, że za szczęście trzeba zapłacić. Takie przekonanie tkwi w ludzkiej głowie, choć Bóg jest miłosierny i pozostawił człowiekowi wolną wolę. Nie jest złośliwym starcem, jak ludzie sobie Go wyobrażają, choć nikt Go nie widział. Za popełnione czyny sami wymierzamy sobie karę, bo dręczy nas sumienie. Właśnie tak jak żebrak z powieści, który mógł wrócić do domu jak syn marnotrawny, lecz tego nie zrobił. Podobnie Borys i Tamara, którzy mogli być szczęśliwi, ale woleli cierpieć, zwalając wszystko na Boga. Nie potrafię zrozumieć takiego punktu widzenia Stwórcy. Nie wiem, czy wynika on z kultury, czy z mojej własnej wiary.
Długo zastanawiałam się, co autorka chciała przekazać w swojej powieści. Czy chodziło jej o bliskość człowieka z Bogiem, czy raczej o jej brak? Czy chciała pokazać, że ludzie wyznający różne religie mogą żyć obok siebie w zgodzie? Bóg jest przecież jeden i wszyscy ludzie w Niego wierzą, choć każdy na swój sposób. Próbowałam zrozumieć, dlaczego autorka przedstawiła Boga jako wymagającego posłuszeństwa i gorliwości, jako dawcę i sędziego, który nakazuje. A przecież to ludzie stworzyli taki obraz Stwórcy. Bóg kocha człowieka i dał mu wolną wolę, to nie On sprawił, że niektórzy, jak Dymitr, w imię źle pojmowanej wiary zamykali się w klasztorach wbrew własnej woli, a potem cierpieli z powodu tej decyzji przez całe życie. Nie Bóg był winien temu, że Tamara przez lata cierpiała na bezsenność z tęsknoty za ukochanym. Sami to sobie uczynili. To nie była wina Boga, który jest miłością, lecz skutki ich własnych wyborów.
Moim zdaniem to powieść dla dojrzałego i wymagającego czytelnika. Nie ma tu pędzącej akcji ani historii zapierających dech w piersiach. Zamiast tego panuje spokój i cisza, która towarzyszy bohaterom i pełni rolę narratora. Ciągle coś dopowiada, bo wie więcej, niż się wydaje, choć nie zna wszystkich szczegółów. 𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to literatura piękna, łącząca realizm magiczny z ezoteryką. Na pierwszy plan wychodzi kultura żydowska, a fascynacja nią autorki jest wyczuwalna w każdym opisie. Przedstawiony sztetl to miejsce archaiczne, typowe dla Europy Środkowej i Wschodniej przed II wojną światową. Małe miasteczko, w którym życie społeczności opierało się na tradycji, religii i zwyczajach. Autorka pokazuje również polskie spojrzenie na codzienność, choć jej opowieść obejmuje różne narodowości. To niezwykła przestrzeń, w której splatają się dobro, zło i namiętności. Nie ma tu klasycznej akcji ani gwałtownych zwrotów fabuły. Losy ludzi przeplatają się ze sobą, a ich interakcje robią ogromne wrażenie. Mieszkańcy sztetla kochają i nienawidzą, pojawiają się łzy, krew, seks i namiętność, a wszystko toczy się w spokojnym rytmie codzienności.
To, co wyróżnia tę powieść, to brak klasycznej, liniowej narracji. Nie ma jednego bohatera, jest ich kilkudziesięciu. Zdarzenia nie następują po sobie wprost, przyczyna i skutek nie zawsze są tu oczywiste. Czasem skutek pojawia się dopiero dużo później, a czasem autorka wraca do wcześniejszych wydarzeń. Liniowość jest zaburzona, pojawiają się powroty, reminiscencje, ale mimo to akcja pozostaje zwarta i konsekwentna.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to książka niełatwa w odbiorze, nawet dla mnie, wytrawnej czytelniczki; momentami była dość trudna do przebrnięcia. Zachwycił mnie jednak przepiękny język i ogromna wiedza autorki o Judaizmie, a także sposób, w jaki splata go z katolicyzmem i prawosławiem. Na pierwszy plan wychodzi jednak Judaizm i sposób, w jaki Bóg jest przedstawiany w tej wierze. Od dawna interesuje mnie spojrzenie innych religii, bo ciekawi mnie, jak różni ludzie postrzegają Boga i w jaki sposób Mu oddają cześć. Mimo że szanuję podejście wyznawców innych religii, zabrakło mi większej uwagi poświęconej chrześcijanom i prawosławnym. Spodziewałam się, że autorka równomiernie pokaże różne punkty widzenia, a tymczasem historia opiera się głównie na Judaizmie i Starym Testamencie. Katolicyzm i Prawosławie zostały tylko liźnięte, w efekcie czego pozostał mi lekki niedosyt, choć i tak powieść pozostawia silne wrażenie.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 Barbary Malawskiej przeniosło mnie do świata, który już nie istnieje, do niewielkiego sztetla gdzieś między Krakowem a Lublinem, w którym życie toczyło się spokojnie, a losy ludzi naturalnie przeplatały się, jak zmieniające się pory roku. Powieść rozgrywa się w okresie między dwiema wojnami światowymi, w miejscu, gdzie obok siebie żyli ludzie różnych wyznań i tradycji, starając się znaleźć wspólną przestrzeń do codziennego życia i zwykłej ludzkiej bliskości.
To nie jest opowieść skupiona na jednym bohaterze ani jednym wielkim wydarzeniu. Autorka pokazuje raczej codzienne życie różnych ludzi, którzy zmagają się ze swoimi pragnieniami, słabościami i nadziejami. Ich życie nie jest spektakularne, ale właśnie w tej zwyczajności odkryłam największą siłę tej książki. Mogłam zaglądać do domów mieszkańców miasteczka, obserwować ich relacje, konflikty, uczucia i drobne radości. W tle stale obecna była historia, która powoli zbliżała się do tej społeczności niczym cień nadchodzącej burzy.
W tej historii ważną rolę odgrywa też natura. Przyroda nie jest tu tylko tłem, lecz cichym świadkiem życia mieszkańców. Zwierzęta, zmieniające się pory roku i codzienne rytuały przypominają, że życie toczy się dalej, niezależnie od ludzkich problemów. W tym świecie każdy ma swoje wady, popełnia błędy, ale wszyscy zasługują na zrozumienie.
𝐴𝑛𝑖 𝑡𝑢, 𝑎𝑛𝑖 𝑛𝑖𝑔𝑑𝑧𝑖𝑒 to powieść o wspólnocie, różnorodności i ludziach, którzy mimo odmiennych tradycji potrafią być dla siebie sąsiadami, przyjaciółmi i wsparciem. To także historia o kruchości świata, który wkrótce przestanie istnieć, dlatego czyta się ją z delikatnym poczuciem tęsknoty za czymś utraconym. Czytając „Ani tu, ani nigdzie”, miałam poczucie, że obcowałam z historią o pamięci i o świecie, który powoli odchodził w przeszłość, a mimo to trwał w ludzkich wspomnieniach. To książka, która porusza swoją prostotą. Wystarczyli zwykli ludzie, ich uczucia i codzienne sprawy, które w tej opowieści zyskały niezwykłą moc. Po lekturze pozostała we mnie spokojna refleksja i poczucie, że takie historie, ciche, uważne i ludzkie, są niezwykle potrzebne.
𝑊 ż𝑦𝑐𝑖𝑢 𝑘𝑎ż𝑑𝑒𝑔𝑜 𝑐𝑧ł𝑜𝑤𝑖𝑒𝑘𝑎 𝑗𝑒𝑠𝑡 𝑝𝑟𝑎𝑤𝑑𝑎, 𝑘𝑡ó𝑟𝑎 𝑝𝑟𝑧𝑦𝑗ąć 𝑚𝑢 𝑡𝑟𝑢𝑑𝑛𝑜. 𝐾𝑎ż𝑑𝑦 𝑚𝑎 𝑠𝑤𝑜𝑗ą 𝑝𝑟𝑎𝑤𝑑ę 𝑖 𝑚𝑖𝑒𝑟𝑧𝑦ć 𝑠𝑖ę 𝑧 𝑛𝑖ą 𝑚𝑢𝑠𝑖 𝑐𝑜 𝑑𝑧𝑖𝑒ń[…] 𝑘𝑎ż𝑑𝑦 𝑗ą 𝑚𝑎.
Między Krakowem a Lublinem leży sztetl, w którym czas płynie wolniej, dzieją się tu rzeczy dziwne, z pozoru niemożliwe. Małe miasteczko, w którym żyli ludzie zamknięci w polu trójkąta, którego wierzchołkami były świątynie. „Pierwszy żydowski, gdzie mieściła się synagoga z trzema dumnie sterczącymi wieżami, drugi, prawosławny, z cerkwią o zielonym dachu i trzeci chrześcijański, z ceglanym kościołem i plebanią”.
Są książki, które oferują dynamiczną akcję, łączą w sobie elementy intrygi i sensacji.
Są i takie, które nie krzyczą, które warto przeczytać, bo mogą wzbogacić i zachwycić, poruszają nieznaną tematykę, oferują nowe perspektywy i pozostawiają trwały ślad w umyśle.
Zbiór bohaterów mieszkających w jednym mieście, gdzie różnorodność kultur i wyznań z każdą stroną nabiera szczególnego znaczenia. Religia, mentalność oraz tradycja mają znaczący wpływ na życie mieszkańców.
Barbara Malawska odeszła od tradycyjnej techniki narracyjnej, łamie utarte schematy, stosuje narrację nielinearną. Brak tradycyjnego porządku chronologicznego, co podkreśla jej kreatywność i wprowadza czytelnika w zaskakujący świat postaci i zdarzeń. Prowadzi do emocjonalnego zaangażowania i głębokiej refleksji nad rzeczywistością.
Autorka otwiera przed czytelnikiem drzwi do świata splątanych losów ludzi, którzy się kochają, ale też i nienawidzą. Odzwierciedla wolność, mądrość i wnikliwe rozmyślanie na temat ludzkiej natury. Mamy tu miłość, życzliwość, seks i łzy, ale też wzajemne oddziaływanie, co prowadzi do budowania skomplikowanych relacji i tworzenia więzi w wielu aspektach życia.
„Ani tu, ani nigdzie” to książka dla czytelnika, który czuje głód emocjonalny i duchowy. Jest to historia dla tych, którzy lubią zagłębiać się w relacje międzyludzkie, o innej kulturze, wierze i przekonaniach. Idealna dla czytelników, którzy chcą poznawać głębsze aspekty ludzkiej natury i psychiki.
Poruszająca historia czterech pokoleń żydowskiej rodziny, która pragnęła odnaleźć swoje miejsce na świecie Aniela trafia do szpitala psychiatrycznego...
Przeczytane:2026-03-26, Ocena: 6, Przeczytałem, Mam,
Czy można żyć pomiędzy... ani tu, ani tam... i naprawdę czuć, że gdzieś się należy? A może właśnie to „pomiędzy” jest najbardziej ludzkim stanem, w którym ścierają się pragnienia, tradycja i codzienność?
Po tę książkę sięgnęłam trochę intuicyjnie, a trochę z potrzeby zanurzenia się w świecie minionym, który, jak dobrze wiem, często mówi o nas więcej niż współczesność. Przyciągnął mnie zarówno tytuł, jak i klimatyczna okładka, zapowiadająca coś spokojnego, refleksyjnego, wręcz intymnego. Opis tylko mnie w tym utwierdził, bo obiecywał historię o ludziach, ich wyborach i życiu splecionym z historią, naturą i drugim człowiekiem.
Autorka zabiera nas do sztetla gdzieś między Krakowem a Lublinem, w czasie międzywojennym. To miejsce, gdzie obok siebie żyją katolicy, prawosławni i Żydzi. Nie żyją ze sobą w konflikcie, a w codzienności. I właśnie ta zwyczajność jest tu niezwykła. Bo czy nie jest fascynujące obserwować, jak różne światy potrafią się przenikać? Jak wygląda życie, gdy religia, tradycja i mentalność kształtują każdy wybór? I czy w tym wszystkim jest miejsce na własne pragnienia?
Najbardziej poruszyło mnie to, że ta książka nie opowiada jednej historii. Ona opowiada prawdziwe życie. Widzimy bohaterów od narodzin aż po kres, z ich błędami, namiętnościami, słabościami. Nie ma tu idealnych postaci, ale są prawdziwi ludzie, których nie sposób nie obdarzyć czułością. Szczególnie zapadły mi w pamięć momenty, gdy codzienność zderza się z nieuchronnością losu, gdy trzeba wybierać między sercem a tym, co „wypada”. Czy można wtedy podjąć dobrą decyzję?
Ogromnym atutem tej powieści jest narracja prowadzona przez… Ciszę. Ten zabieg jest absolutnie wyjątkowy. Cisza widzi więcej, czuje głębiej, rozumie to, czego bohaterowie często nie potrafią nazwać. Dzięki niej cała historia nabiera poetyckiego, niemal hipnotyzującego wymiaru.
To książka pełna emocji, ale nie tych gwałtownych, tylko cichych, sączących się powoli. Jest tu nostalgia, wzruszenie, refleksja, momentami nawet smutek, który zostaje gdzieś pod skórą. To historia, którą się nie tyle czyta, co przeżywa.
Najbardziej spodobało mi się to wyciszenie i prawda, która z niej płynie. To, że autorka nie próbuje niczego na siłę dramatyzować, lecz pokazuje życie takim, jakie jest. Zwykłe, a jednocześnie niezwykłe.
Z całego serca polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią zatrzymać się na chwilę i poczuć więcej. To nie jest szybka historia... to opowieść, którą trzeba smakować.