Do zasypanego śniegiem pałacu Denhoffów zjeżdża się cała rodzina. W tajemniczych okolicznościach ginie senior rodu. Za śledztwo bierze się Jakub Getling – policjant z Warszawy, zesłany na daleką prowincję. Nikt mu nie ufa. Nikt nie chce z nim współpracować… Mamy więc trupa, a potem… więcej trupów. Wąski krąg podejrzanych. Stary pałac w Kobryniu i śnieg za oknem. I śledczego, który ma wytropić mordercę oraz rozwikłać zagadkę. Czyli wszystko jak w porządnym, klasycznym kryminale w stylu retro.
Pojawia się jednak coś, co niepokoi bardziej niż czarne charaktery w typowych powieściach detektywistycznych – tu bowiem nie tylko żywi zabierają głos… A kraczące ptaszyska zdają się od początku wiedzieć więcej od ludzi.
„Co robią cienie, gdy nie patrzymy” to arcyoryginalne połączenie kryminału w stylu Agathy Christie z powieścią grozy Stephena Kinga. „Zagadka? Jest. Groza? Jest. Język? Jest. Czytać? Tak. Na pewno? TAK!” Jul Łyskawa
Wydawnictwo: Lira
Data wydania: 2026-01-28
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 496
Język oryginału: polski
Rok 1949. Wszystko jest inaczej. W niezniszczonym Kołobrzegu stoi wielki hotel. A wokół morderstwa, strajki i groźba rewolucji… Hotel Czarny...
Powojnie. Kamień Pomorski, rubieże nowego państwa. Z pozoru senne miasteczko, w którym dochodzi do okrutnej zbrodni. Czy może być lepszy czas i...
Przeczytane:2026-01-30, Ocena: 5, Przeczytałam,
Połączenie klasycznego kryminału w stylu Agathy Christie z powieścią grozy? Nie miałam wątpliwości, że to będzie naprawdę dobre, skoro wyszło spod pióra Macieja Paterczyka. Autor ten zaskoczył mnie już kilka lat temu nieoczywistym kryminałem retro „Morze krwi, ziemia ognia”, a wiem, że na wielu z Was duże wrażenie zrobiła też jego powieść „Czarny Bałtyk”. Pewne jest, że Paterczyk znakomicie odnajduje się w realiach pierwszej połowy XX wieku, a co więcej, ma niesamowitą rękę do budowania dusznego, niepokojącego klimatu.
„Co robią cienie, gdy nie patrzymy” zaczyna się jak klasyczna zagadka Królowej Kryminału. Mamy odizolowany, niszczejący pałac w Kobryniu, mroźny grudzień 1938 roku i rodzinę zjeżdżającą się na święta na wezwanie seniora rodu. Gdy pojawia się obowiązkowy trup, policjant Getling, nowy nabytek lokalnej komendy, podejrzewa udział osób trzecich i próbuje ustalić przebieg zdarzeń oraz tożsamość sprawcy.
A tutaj każdy wydaje się podejrzany. Dosłownie każdy kłamie i zdaje się mieć coś za uszami, począwszy od służby, przez skłóconą rodzinę, aż po tajemniczego aktora i chciwego księdza. Śledztwo prowadzi nas coraz głębiej w przeszłość, w której dawne zniknięcie młodej dziewczyny, śmiertelny upadek z wieży i osobista tragedia policjanta zaczynają niepokojąco wiązać się ze sobą i… pałacem Denhoffów.
Można wręcz odnieść wrażenie, że to miejsce żyje nie tylko tajemnicami mieszkańców, ale i własnym życiem. O ciepłym, przedświątecznym klimacie nie ma mowy we wnętrzach zimnych, opustoszałych i pełnych czających się cieni murów. I nawet się nie zorientujecie, kiedy śledztwo zacznie ustępować miejsca koszmarowi. Przestajemy odróżniać, czy to, co się dzieje, to jeszcze rzeczywistość, czy już obłęd. Autor tak manewruje naszymi emocjami, że w pewnej chwili zaczynamy ufać tylko... ptakom w starym sadzie, które zdają się wiedzieć więcej niż ludzie.
Najbardziej fascynująca okazała się dla mnie postać starego służącego, Iwana. Jego przeszłość oraz to, co uważa za dar, budzą ciarki i każą zastanowić się nad jego kondycją psychiczną. Podobne wątpliwości budzi policjant Getling. Okazuje się jednak, że czasem lepiej zaufać głosom w głowie niż żywym ludziom.
Jeśli fascynują Was klimatyczne, pełne mroku opowieści i lubicie, gdy autor robi Wam wodę z mózgu, koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Zakończenie to prawdziwy nokaut. Nawet kiedy myślicie, że już wszystko wiecie, a puzzle trafiają na swoje miejsca, Autor zostawia Was z takim ziarnem niepewności, że jeszcze długo po zamknięciu książki będziecie analizować każde słowo. Zupełnie tak jak ja!