Optymaci rządzący Mniejszym Światem stworzyli iluzję idealnego społeczeństwa. Pod powierzchnią kolorowej rzeczywistości jak ze snu sączą się jednak niepewność i paranoiczny strach. W zapomnianym uzdrowisku na obrzeżach cywilizacji rodzi się plan, który ma wstrząsnąć posadami obu światów.
Kiamand, zmuszona do noszenia w sobie setek obcych, bolesnych wspomnień. Lori i Elad, desperacko poszukujący przyjaciółki, którą system uwięził we własnym dzieciństwie. W świecie, w którym manipulacja masowo zawiera sojusz z tyranami biedniejszych narodów, a przerażająca siła spoza granic ludzkiego pojmowania budzi się do życia, ich ścieżki wkrótce się przetną.

Niepokojąca, brutalna i piekielnie wciągająca książka. Dzieci Nieporządku odzierają fantastykę z baśniowych złudzeń. Tu nikt nie jest niewinny, a każdy sekret ma swoją cenę. Zapraszamy do lektury! W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dzieci Nieporządku. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Ktoś inny niż ona
Czernina
Watra nie słyszał gwaru panującego w barze. W głowie kołatało mu się bardzo świeże wspomnienie: wyszczerzone w szerokim uśmiechu zęby dziewczynki, skierowane na sufit spojrzenie jej wielkich, szarych oczu, w których błyszczał zachwyt, jakby widziała coś, czego nikt inny nie dostrzegał. Ten zachwyt nie zniknął nawet wtedy, gdy do jej twarzy zbliżała się rozżarzona końcówka papierosa.
„Była jakaś dziwna. To nie było zwyczajne dziecko” – te myśli pojawiały się w głowie Watry, gdy tylko na moment stracił koncentrację, jak mdłości przed snem, kiedy wypije się o jedno piwo za dużo. Ta dziewczynka, którą dziesięć dni temu zabrał z ulicy, tak naprawdę wcale nie była dziewczynką. To było coś innego.
COŚ innego.
Watra potrząsnął głową. Nie chciał o tym myśleć. Wiedział, że nie może, zdecydowanie nie powinien o tym myśleć.
– Zamknij się – wyrwało mu się.
– Gdo ma zię zamgnądź?
Ten głos przypominał dźwięk piły tnącej zardzewiałą blachę. Kolega Watry, Groń, przyglądał mu się badawczo ze śladem rozbawienia na bardzo ogorzałej twarzy. W jego głęboko osadzonych, okrągłych oczkach nie było jednak wesołości. Siedzieli w Lagunie, jednym z tanich barów Czerniny: ponure, zielonkawe światło lamp wykonanych z mosiądzu i szkła, niskie, kamienne stoły, przy których stłoczona klientela piła tani alkohol z ustawionych w rządkach metalowych kubeczków, pochylała się nad grą w kości lub stosikami cennych drobiazgów zwędzonych lub nabytych od odwiedzających miasto turystów ze szczęśliwszej części świata.
Czernina była najludniejszym i najmłodszym osiedlem Swentu – powstała po odkryciu w pobliżu dużych złóż węgla. Jednak po krótkim okresie dostatku zapotrzebowanie na ten surowiec zaczęło spadać: coraz częściej korzystano z energii czerpanej z sił natury; prawa rządzących stolicą Optymatów tylko wspierały ten trend. Wówczas osiedle podzieliło się na dwie części: bogatą, zamkniętą dla osadników, lecz otwartą dla turystów, przede wszystkim hojnych miłośników życia na prowincji, i biedną, żyjącą z resztek przemysłu wydobywczego, rolnictwa czy, tak jak Watra i Groń, parającą się tym i owym.
Ostatnio większą część dochodów Watra czerpał ze zdobywania i wypychania różnych części zwierząt. Chętnie i regularnie kupowali je przedstawiciele dziwacznej zbieraniny zajmującej dawny ośrodek uzdrowiskowy Bursztyn, który obrócili w coś w rodzaju siedziby kultu religijnego. Byli bandą odklejeńców i Watra nie miał pojęcia, po co im tego aż tyle, ale płacili znakomicie, bo w żelu, który chyba sami wytwarzali.
– Gdo ma zię zamgnądź? – zapytał ponownie Groń.
– Ty – rzucił Watra. – Znikam na moment.
Przemknął pod rzędem ciężkich, czarnych kotar na zaplecze, gdzie w powietrze wzbijał się wonny, kolorowy dym, puszyste dywany tłumiły odgłosy kroków wiotkich dziewcząt i chłopców, spoconych, obdartych, lecz obwieszonych błyskotkami, kołyszących się do muzyki, która nagle wydała się mężczyźnie mroczna, niezupełnie ludzka i niepokojąca.
Watra czym prędzej sięgnął do kieszeni po niewielkie metalowe pudełko po gwoździach. W środku jednak nie było gwoździ, lecz kosteczki przezroczystego, lśniącego milionem drobnych gwiazdeczek żelu. Sprzedawano go aż w sześciu odmianach, ta była najmocniejsza. Watra włożył sobie jedną kosteczkę za dziąsło. W gardło zapiekła go cudownie rześka gorycz. Ostra czystość ze zdrojów starożytnego uzdrowiska. Drżąca, lodowata fala euforii wezbrała pod jego sercem i rozpłynęła się po całym ciele: och, tak, wieczór na mieście, koktajle i śmiech, i mroczne wibracje muzyki przenikające jego ciało aż do kości. Trwało to może trzy sekundy, a potem natrętna myśl powróciła.
– Co za akcja – powiedział na głos. Trudno mu było uwierzyć, że minęło już tyle dni, od kiedy znalazł tamtą dziewczynkę. Albo, poprawił się w myślach, coś, co najpierw wziął za dziewczynkę pałętającą się po ulicy, a co było tak naprawdę czymś innym. Tak czy owak, zaproponował wtedy, że może u niego posiedzieć, jeśli jest jej zimno. Być może zrobił to dlatego, że kogoś mu bardzo przypominała. Tak, z całą pewnością zrobił to właśnie dlatego, że kogoś mu przypominała.
Kogoś, kogo zobaczył, kiedy był małym dzieckiem i po raz pierwszy w życiu widział działający kryształ.
Stał wówczas w sporym tłumie gapiów i z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w osadzony na skomplikowanej konstrukcji z lśniącego metalu gładki, ciemny, półprzezroczysty owal, w którym dokonywał się cud. Kryształy były przedmiotami rzeźbionymi z samego kośćca ziemi: łączyły ludzi i pokazywały im różne rzeczy, czasem takie, które oni chcieli zobaczyć, ale częściej takie, które one same chciały im pokazać. Ten kryształ pokazał mu rówieśniczkę. Watra wiedział, że nazywała się Nenno i wydawała mu się wtedy najładniejszą dziewczynką, jaką widział. Śpiewała. W jej śpiewie było coś, czego Watra nigdy nie zapomniał. Gdy go słuchał, jego głowa wydawała się lekka jak piórko i było mu smutno, ale w taki sposób, że było to przyjemne. Myślał o swojej matce, którą ledwo pamiętał: śpiew Nenno sprawiał, że widział ją wyraźnie jak nigdy wcześniej i nigdy później. Tłumy ludzi uwielbiały dziewczynkę. Jak żadnego innego człowieka wcześniej. Nazywano ją fenomenem. Fenomen studiowano, lecz nikt jak dotąd nie zdołał w pełni go wyjaśnić.
Istota, którą Watra znalazł na ulicy, była zaniedbana i zachowywała się dziwnie, ale do złudzenia przypominała mu Nenno. Tylko że ona miałaby teraz dwadzieścia parę lat. Watra wiedział jednak, że to skojarzenie to nie efekt regularnego nadużywania żelu – podobieństwo spotkanego na ulicy dziecka do Nenno wydawało mu się tak samo uderzające, gdy był trzeźwy. Co prawda wielu uzależnionym od żelu przywidywały się różne rzeczy – żeby daleko nie szukać, Groń kiedyś załatwił jedną ze swoich kobiet tulipanem, przekonany, że kiwała go na boku. Z psem.
– A dy dzo – zagadnął Groń, gdy Watra wrócił do ich stolika – żel brałeź?
Pokiwał głową.
– Dy… – Usta Gronia były rozdziawione. Watra spojrzał tam, gdzie kolega pokazywał.
Do baru weszła kobieta, która musiała chyba wywodzić się z jakiegoś miejsca, o którego istnieniu Watra nie wiedział. Nigdy wcześniej nikogo takiego nie widział: skóra ciemna jak heban, włosy gęste i kręcone, czarnoniebieskie, z kosmykiem ufarbowanym na srebrno. Była ubrana jak na bal, w zwiewną sukienkę mieniącą się różnymi odcieniami zieleni, która zdawała się łagodnie falować, jak na wietrze, choć w pomieszczeniu nie było przeciągu, miała też wielkie kolczyki w uszach i okulary w cieniutkich złotych oprawach, które musiały być warte więcej, niż Watra zarabiał przez pół roku. Jakby tego było mało, skierowała się prosto do nich.
– Przepraszam bardzo – zagadnęła niskim głosem, pozbawionym akcentu, którego można było się spodziewać. – Nie wiecie może, jak stąd dojść do Urzędu Górskiego?
– He, a po co ci do tego urzędu? – zapytał Watra, jak tylko ochłonął po paru sekundach.
– Po pozwolenie na zbieranie lokalnej flory – odparła. – A nijak nie mogę się tu znaleźć. Wy, pomyślałam, wyglądacie mi na tutejszych, na pewno mi pomożecie…
Groń z uciechy wydał z siebie niski, gardłowy syk, jak pies, któremu dać do miski kiełbasy i złapać go za pysk. Bezgłośnie wymówił wyrazy „baza” i „impreza”. Watra też nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, ale się powstrzymał. Cudzoziemka nie sprawiała wrażenia, jakby spostrzegła wymianę spojrzeń między nimi.
– No, więc… – zaczął Watra – teraz z kolegą sobie jemy. Ale co tam, pomogę, pokażę, co trzeba…
Wydawała się wdzięczna i poszła za nim bez słowa. Powietrze było przesycone zapachem mokrej i zimnej ziemi. Mijali wąskie i wysokie domy wielorodzinne, wykonane w całości z drewna i zwieńczone bardzo spadzistymi dachami ze zdobieniami w kształcie górskich zwierząt. Zielonkawe światło latarni rzucało nikły poblask na bliskie zbocza gór i pełne gwiazd niebo, migotało w drobinkach szkła zaścielających ulice, pozostałościach po tych czy innych zamieszkach. Choć od czasu odkrycia kryształów ludzkość zrobiła niesamowity postęp w niektórych dziedzinach nauki o nazwach, których znaczenia Watra mógł się tylko domyślać, dotyczył on głównie wielkich miast, równie odległych, jak świecące nad dachami Czerniny gwiazdy. Energia czerpana ze słońca, wiatru i wody umożliwiła ludziom dokonywanie rzeczy, które wcześniej wydawały się niemożliwe, jak przemierzanie wielkich regionów w ciągu dnia czy spowijanie całych miast w jasnym świetle, jednak z większości tych dobrodziejstw korzystali przede wszystkim mieszkańcy szczęśliwiej położonych miejsc niż Czernina.
– A tak w sumie – zagadnął Watra, chcąc przerwać milczenie – to skąd jesteś?
– Ach – zaśmiała się cudzoziemka. – Urodziłam się na Wyspach Księżycowych. Ale jestem ze Stolicy.
– A. Stolica. – Nie był w stanie wymyślić mądrzejszej odpowiedzi.
Stolica była miejscem, o którym Watra nie wiedział prawie nic i które nic go nie obchodziło. Siedzieli tam Optymaci, obrzydliwie bogaci starcy, którzy tym wszystkim rządzili. Kiedyś Watra zobaczył kilka obrazków ze Stolicy na czyimś krysztale: boleśnie piękny świat, jak ze snu. Strzeliste kamieniczki o ścianach z marmuru mieniącego się barwami świtu lub zmierzchu i ogromnych oknach z ciemnobłękitnego szkła obramowanego złotem. Przyjęcia na dachach pałaców, gdzie w srebrnych baliach bulgotał grzany koniak, a śliczne dzieci umalowane jak lalki roznosiły tace ze stosami żywych raków i langust. Napędzane słońcem i wiatrem powietrzne machiny podobne do obłoków, przepływające pomiędzy budynkami tak wysokimi, jak dziesięć domów z Czerniny postawionych jeden na drugim.
– Tu, w prawo – odezwał się, kiedy zbliżyli się do bramy wiodącej na ich podwórko. – Muszę, tego, taką paczkę odebrać. Chwilkę tylko zajmie. Zaczekaj w środku.
Gdy weszli na podwórko ich kamienicy, na twarzy cudzoziemki po raz pierwszy odbiły się chyba jakieś wątpliwości. Rzeczywiście, pogrążone w mroku miejsce wyglądało ponuro: z węglowych piecyków bił słaby, czerwonawy blask, okna, z których dawno wybito szyby, pozasłaniane były dywanikami, ceratami i ogólnie wszystkim, czym się dało, na rogach podwórka piętrzyły się świeżo wypchane głowy dzikich zwierząt, a woń dymu z tanich kadzidełek nie do końca maskowała smród towarzyszący ich produkcji.
– Tylko na chwilkę – powiedział Watra i pchnął cudzoziemkę delikatnie w stronę wejścia. – Zaczekasz w środku.
– Eee... – wyjąkała kobieta. – Chętnie, chociaż trochę mi się spieszy…
Watra uśmiechnął się w duchu.
– To już tylko kawałek stąd – powiedział. – No, idziemy, idziemy. – Znów popchnął ją lekko: żel rozgrzewał mu krew i zaczynał się niecierpliwić. – Bo koledzy przyjdą, a oni już będą mniej mili.
– Patrz! – wykrzyknęła cudzoziemka. – Straż idzie! – wskazała jakiś punkt za plecami Watry.
Mężczyzna się odwrócił. Dopiero po sekundzie zdał sobie sprawę, że w Czerninie przecież straż rzadko pokazuje się na ulicach o tej porze. Kiedy ponownie spojrzał na cudzoziemkę, ta stała przed nim w dziwacznej pozycji. Jedną dłonią zakrywała oczy, w drugiej trzymała jakiś drobny przedmiocik – złotawe pudełeczko rozkładające się jak kwiat, w środku którego coś migotało, jak drobniutka gwiazda.
– Co do… – mruknął Watra trochę z rozbawieniem, ale nie do końca, bo zaniepokoiła go nagła pewność siebie widoczna w ruchach kobiety.
– Mamy cię, Watra – powiedziała.
Chwilę później rozbłysło światło, tak jasne i potężne, że przesłoniło cały świat.
– Ej… – wydyszał, ale nie zdążył dokończyć. W tym momencie poczuł na plecach dotyk czegoś ostrego i twardego, następnie ciszę wypełnił ogłuszający hałas przypominający trzask, jaki wydałaby z siebie ogromna, przełamująca się powoli tafla szkła. Plecy mężczyzny wygięły się gwałtownie do przodu, a następnie do tyłu, przez całe ciało przebiegła fala skurczów tak silnych, że zawyłby, gdyby nie fakt, że nie mógł wydobyć z siebie głosu. Twarda, zimna ziemia wybiegła mu na spotkanie, potoczył się po niej, jakby turlała go jakaś olbrzymia, niewidzialna ręka. Wyrżnął głową o ścianę. Z oczu ciekły mu łzy, a z ust ślina. „Dziryt szokowy” – zdążył pomyśleć. Trzask pękającego szkła rozległ się ponownie i Watra stracił przytomność.
Pierwszym, co zobaczył, gdy się ocknął, była twarz mężczyzny. Twarz o dziwnym kolorze, szarym czy może szarobrązowym. Tłuste, ciemne włosy zwisające w strąkach. Owalne i bardzo podkrążone oczy. „Wschodniak” – pomyślał Watra. „Jak jedna z tych łajz kręcących się po rynku nad ranem”.
– No nie. – Watra rozpoznał głos cudzoziemki, niski i matowy, zanim ją zobaczył. – A taka impreza się szykowała – parsknęła śmiechem.
– Śmieć – prychnął jej towarzysz, kopiąc Watrę w żebra. – Chciałeś sobie poszaleć. Chętnie po wszystkim oddałbym cię służbom, ale obchodzą się tu z takimi jak ty zbyt wyrozumiale.
Sięgnął po coś do zawieszonej na ramieniu torby. Watra spróbował się rozejrzeć. Byli w jakiejś piwnicy. Sterty dywanów i narzędzi walały się po ziemi. Pokój oświetlało wyłącznie światło z trzymanego przez cudzoziemkę kryształu: gładkiego, ciemnego owalu z rozjarzonym pomarańczowo wnętrzem przywodzącym na myśl żar z ogniska. Mimo zimna, bólu i przerażenia Watra nie zdołał powstrzymać westchnienia: pierwszy raz od lat widział jeden z tych pięknych, groźnych, tajemniczych przedmiotów, które wydawały się żywymi istotami. Spróbował się poruszyć i od razu napotkał opór. Był starannie przywiązany do rury grzewczej przy pomocy grubej liny wspinaczkowej.
– Pewnie zastanawiasz się, w co właściwie wdepnąłeś, co? – Wschodniak popatrzył Watrze w oczy. Pokręcił głową. – Nie masz pojęcia – dodał, chyba bardziej do siebie, i znowu parsknął śmiechem, który zaraz zamarł w zimnej ciemności piwnicy.
– Zostaw go, Elad – mruknęła cudzoziemka. – Nie traćmy czasu.
Watra słyszał tylko swój przyspieszony oddech. Przez chwilę walczył z odruchem wymiotnym.
– Co wy… co wy ludzie… – wydyszał, usiłując złapać oddech. – Kim wy, kurwa, jesteście? Nie wiecie… – Nie przerwali mu. Watra wziął to za dobry znak. – Nie wiecie nawet…! – wykrzyknął, wytrzeszczając oczy. – Wiecie, kim jestem? Koledzy będą mnie szukać. Pożałujecie, że was tu przywiało. Obiecuję wam to.
– Wiemy, kim jesteś. – Cudzoziemka przez chwilę mierzyła go spojrzeniem. – Mamy kilka pytań. Odpowiadaj prosto i uczciwie, a obiecuję, że nic więcej ci nie zrobimy. W porządku?
Watra nic nie powiedział. Czuł, że ci ludzie nie są nawykli do przemocy. Kobieta wzięła do ręki kryształ.
– Przyjrzyj się uważnie temu dziecku. Czy widziałeś je już kiedyś? – zwróciła się w stronę kryształu. – Nenno – wyszeptała. – Nenno, Nenno, Nenno.
Serce podeszło Watrze do gardła, gdy usłyszał jej imię. Nie chciał patrzeć na kryształ, ale nie mógł się powstrzymać.
Ponoć lubiły pokazywać ludziom ból i cierpienie, nieraz ciężko było się z nimi porozumieć i zmusić je do działania, choć, jak mówiono, materia, z której je wytwarzano, miała coś wspólnego z ludzkim organizmem. Gdy się to udawało, były w stanie pokazywać ludziom najróżniejsze obrazy, teraźniejszość i przeszłość, pozwalały im też na wysyłanie do siebie wiadomości i rozmowę na odległość. „Czary” – mówił ojciec Watry, gdy jeszcze żył. „Nic dobrego z tego nie wyjdzie”.
– Nenno, Nenno, Nenno – powtarzała cudzoziemka.
Wreszcie kryształ najwyraźniej usłuchał i ze złotej mgiełki wyłoniła się drobna, blada twarzyczka. Watra wlepił w nią wzrok z uwagą. A potem na moment go zatkało. „To ona” – zrozumiał, a dreszcz przeszedł mu po plecach. Nie była podobna. Była identyczna. Tylko jeśli to istotnie była Nenno, to dlaczego nadal miała dwanaście lat? „Albo to coś tylko wyglądało na dziewczynkę w wieku dwunastu lat” – pomyślał Watra, czując, jak przeszywa go dreszcz. Żel pulsował mu w żyłach, a myśli gnały jak szalone. Szalona rzecz, która mu się przydarzyła, zaczęła urastać do rozmiarów dziejącego się na jawie koszmaru. Najpierw ta dziewczynka, którą znalazł na ulicy, teraz oni.
Musieli wyczytać prawdę z jego twarzy.
– Powiedz wszystko, co o niej wiesz – nakazała kobieta.
Watra otworzył i zamknął usta. Potrzebowali go. Inaczej nie zadawaliby pytań. Jednego Watra nauczył się w obcowaniu z ludźmi, którzy mogli zdmuchnąć go w mgnieniu oka – należało maskować strach i, jeśli to możliwe, znaleźć ich słaby punkt.
– A w ogóle – wciągnął powietrze, starając się nadać swojemu głosowi neutralne brzmienie – czemu tak bardzo obchodzi was bezdomny dzieciak, co miał chyba pecha i polazł do nie tej dzielnicy, co trzeba? Jej rodzicami to raczej nie jesteście.
Przez zmęczoną twarz mężczyzny, którego cudzoziemka nazwała Eladem, przemknął spazm bólu.
– Lepiej po prostu mów, co wiesz, śmieciu. – Te słowa były tylko trochę głośniejsze od szeptu.
– Nic nie wiem.
Wschodniak nachylił się nad nim.
– A mi się coś wydaje, że jednak wiesz. Tak… – pokiwał głową. – Wygląda na to, że dobrze wiesz. – Elad nagłym ruchem opuścił mu spodnie.
Watra potrząsnął głową i szarpnął się wściekle.
– Odłóż to – warknął, patrząc, jak mężczyzna zbliża się do niego z dzirytem szokowym w dłoni. Urządzenie przypominało wykonaną ze lśniącego metalu krótką włócznię albo oszczędne w zdobienia i ostro zakończone berło. Przyciski na jego powierzchni rozjarzyły się mocnym, liliowym blaskiem. Jeszcze jeden z wynalazków, które ludzkość zawdzięczała rewolucji technologicznej po odkryciu kryształów. – Co to ma być? Odłóż to, kurwa! Natychmiast! Co to jest? No bez jaj.
– Bez jaj? – zdziwił się Elad. – A ja właśnie myślę – dodał, manewrując dzirytem w okolicy krocza Watry – że z jajami.
Dźwięk trzasku pękającego szkła trwał krócej niż sekundę, ale tyle wystarczyło, by Watra z bólu zawył jak bity pies. W ustach miał pełno krwi: musiał ugryźć się w język. Łapał powietrze krótkimi, szybkimi wdechami.
– Lori – rzucił mężczyzna, patrząc na cudzoziemkę. – Twoja kolej.
– Na czym skończyliśmy? – zapytała kobieta. – Więc widziałeś tę dziewczynkę.
Watra zawisł na podtrzymujących go więzach. Nie mógł oderwać wzroku od końcówki dziryta.
– No. Dziwna była – wydyszał. – Jakby stuknięta albo coś. Zrobiło mi się żal dzieciaka, nie?
– Jak się zachowywała?
– No… Ten. Dziwnie.
Patrzyli na niego w ciszy.
– Watra – odezwał się mężczyzna po trzech sekundach – a mógłbyś być bardziej dokładny?
– Więc – Watra wziął głęboki oddech – jak ją zobaczyłem, że się błąka bez celu, to jej powiedziałem… No, że jak nie ma dokąd pójść, to może posiedzieć chwilę u mnie, nie? No i potem przyszedł Groń. Na imprezę, żel, wino. Zaraz zobaczył tę dziewczynkę, no i pyta, co to za jedna. To się razem napiliśmy, ale ona nic nie mówiła. Wtedy wciągnęliśmy żel. A ta mała cały czas… jakby nie kontaktowała. Dałem jej trochę żelu. Żeby się lepiej poczuła, nie? Co w tym dziwnego? Ja w jej wieku już wciągałem. Minęła może z minuta i jak ona się nie wydrze nagle… Takiego wjazdu to w życiu nie widziałem. Oczy wybałuszone jak nie wiem co, i drze coś na całe gardło bez sensu. Coś jakby piosenka. Róża, cierń, coś takiego. Że się nie boi. – Mężczyzna i kobieta wymienili się spojrzeniami. – Drze się i nie chce przestać, i wymachuje rękami. – Watra przypomniał sobie, że już wówczas przeraził się nie na żarty. Jakby dostąpiła jakiegoś objawienia, czy czegoś w tym rodzaju. Szeroki uśmiech, wybałuszone oczy, wyciągnięte ręce. Przeszedł go dreszcz. I wtedy, i teraz, kiedy opowiadał. Nie zachowywała się jak żadne dziecko, które do tej pory widział. – Próbowałem ją uciszyć. Ale już było za późno. Groń się obudził, bo mu się przysnęło, i jak to zobaczył, to się trochę wkurzył. I… Powiedział, że spotkaliśmy demona. No i się wydarł, kopnął ją, zgasił na niej papierosa, a potem uwiązał ją na łańcuchu do pieca. – Watra przełknął ślinę, zastanawiając się, czy powinien mówić dalej. Nie zobaczył, co Groń zrobił dziewczynce, ale mógł się domyślać. – Co później z nią robił, nie wiem, bo nie mogłem patrzeć, wyszedłem.
Książkę Dzieci Nieporządku kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
